Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka 1918 – 1920

Andrzej Chwalba  Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka 1918 – 1920 Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Lance do boju, szable w dłoń! Człowiek, który zaliczył Bitwę Warszawską – przełomowy epizod wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku – w poczet najważniejszych starć zbrojnych świata (to znaczy takich, których możliwy do wyobrażenia rezultat odwrotny zmieniłby całkowicie bieg dziejów czy całej cywilizacji zgoła…), zasłużył na wdzięczność Polaków (w przeliczeniu na realia: pomniczek jakiś, wdzięczny biuścik, popiersiem zwany, modną ostatnio ławeczkę, czy choćby tablicę z profilowym medalionem) choć jego klasyfikacja nie przebiła się do communis opinio… Ergo: świat nie wie – ani że taka bitwa była, ani o jej rezultatach nie ma pojęcia. No cóż, w świadomości powszechnej łatwiej umocniły się epizody z wojny domowej Amerykanów, ważne może dla historii anglosaskiej, ale przecież nie dla całego globu. A jakaś bitwa na krańcach widzialnego i znanego, choć barbarzyńskiego świata? No bez przesady, panowie… Lord Edward Vincent wicehrabia D’Abernon (bo o nim tu mowa) – brytyjski polityk i dyplomata – był świadkiem i w pewnym sensie uczestnikiem wydarzeń jako członek oficjalnej misji alianckiej w Polsce, ale ten powściągliwy urzędnik imperialnego establishmentu nie miał temperamentu polemicznego swego szefa Lloyda George’a ani swego młodszego parlamentarnego kolegi sir…

Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych
nauka – popularyzacja / 29 czerwca 2020

Konrad Malec  Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Orzeł i reszta Wiek zaawansowany (na razie jeszcze umiarkowanie…) i kilka schorzeń poważnie upośledzających możliwości motoryczne (marsz skryty w terenie podmokłym alibo też wspinaczka na Halę Gąsienicową – która kiedyś była spacerkiem – teraz wykluczone!) ograniczyły w sposób boleśnie istotny jedno z moich ulubionych zajęć, czyli podglądactwo ornitologiczne. Ograniczyły, ale nie wyeliminowały. Mam bowiem w perypatetycznym zasięgu koło domu parczek niewielki ze starodrzewem, a w nim dwa stawki-oczka wodne nieledwie. A w zasięgu kilku minut samochodem – inne parki, już blisko stuletnie, z większymi akwenami (jeden nawet żeglowny…), mocno zadrzewione i zakrzaczone. A nawet „uparkowione” leśne uroczysko. Więc spacery o dowolnej porze roku coś tam jeszcze pozwalają dojrzeć. Prócz wrednych, wszechobecnych gołębi (niechętnie i raczej w tajemnicy podziwiam je za upierdliwość i wytrwałą ekspansywność…) – widuję coraz liczniejsze mądre kawki i coraz mniej ich większych kuzynów gawronów. Tu i ówdzie spacerują zmanierowane sroki, nisko pod krzakami – plądrują państwo kosowie płci obojga, czasem przeleci rozhisteryzowana sójka, pojawią się na krótko gołąb grzywacz i sierpówka, z rzadka i pojedynczo (a kiedyś stadami…) zajrzy na trawnik szpak, buszują też zięby i rudziki, a słowiki rdzawe zajmują rewiry…

Teatr świata. Mapy, które tworzą historię

Thomas Reinertsen Berg Teatr świata. Mapy, które tworzą historię Przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak (litera nova), Kraków 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Zapamiętać świat… Stryj Bolesław rysował mapy. Zawodowo. Był kapitanem, geografem w Wojskowym Instytucie Geograficznym; zginął w katastrofie lotniczej (w owianym kiepską sławą samolociku rozpoznawczym lubelskiej fabryki Plage Laśkiewicz) na polowym lotnisku pod Wilnem w sierpniu 1938 roku. Niewiele pamiątek po nim zostało – warsztat rysownika i zbiory prac uległy rozproszeniu, gdy w styczniu 1940 roku rodzina dostała 45 minut na spakowanie i została wysiedlona z własnego domu, by zrobić miejsce dla jakiego chamskiego Szwaba przeflancowanego do Łodzi z Besarabii, na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow. Przypadkiem ocalał tylko „Powszechny atlas geograficzny” Eugeniusza Romera – niegdyś prezent od stryja dla najmłodszego brata (a mojego ojca…). I to była moja podstawowa lektura we wczesnych latach 50. Dzięki atlasowi Romera nauczyłem się czytać na długo przed pójściem do szkoły, a z mapami (i to w najlepszym wydaniu…) zaprzyjaźniłem się jako dziecię nieletnie… Od tamtej pory każdą mapę w zasięgu wzroku staram się wziąć do ręki i uważnie przestudiować. Chyba że formę ma niewygodną – wielkiej ulicznej tablicy z planem miasta czy przydrożnej planszy reklamującej lokalne atrakcje turystyczne lub wytyczającej drogi…

Niewyjaśnione okoliczności
biografistyka , nauka – popularyzacja / 23 listopada 2018

Richard Shepherd Niewyjaśnione okoliczności Przełożyła Urszula Gardner Wydawnictwo Insignis, Kraków 2018 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 2/5 Gorąca spowiedź zimnego chirurga… Anatomopatolog to ma klawe życie… Pacjent mu nie podskoczy – nie zagrozi procesem ani nie zechce nachalnie okazywać tzw. wdzięczności. Spokojnie za to poczeka w kolejce. Kryzysowa sytuacja powstaje tylko wtedy, gdy pojawia się jeden nieboszczyk więcej, niż jest miejsc w chłodniach kostnicy. Zmarli są prawdomówni – oczekują od anatomopatologa tylko profesjonalizmu, który im pozwoli przemówić po raz ostatni; powiedzieć, co się stało – jak i dlaczego – wszystkim, którzy zechcą i powinni tego wysłuchać… Tak, anatomopatolog, medyk sądowy jest ważnym uczestnikiem procesu dochodzenia do prawdy, gdy w grę wchodzi nagła śmierć, nieoczekiwana i nienaturalna. Jest pośrednikiem faktów, rekonstruktorem prawdopodobieństwa, piewcą statystyk, zwiastunem możliwego… Innymi słowy: potrafi zobaczyć śmierć. Albo tak mu się tylko zdaje. Za to z dużą dozą pewności. Lekarz sądowy odpowiada za prawdę – to nie jest górnolotny frazes, ale opis stanu faktycznego. Jest ekspertem – uznanym nosicielem i głosicielem prawdziwej (czyli zgodnej z rzeczywistością) wiedzy. Wypowiada się przesądzająco, chociaż nie jest sędzią. Ma jednak władzę nad faktami, więc może i nad osądami per analogiam. Czy jego eksperckość można pomierzyć? Czy jest taka sama po dwudziestu trzech…

Moja europejska rodzina. Pierwsze 54 000 lat

Karin Bojs Moja europejska rodzina. Pierwsze 54 000 lat Przełożyła (z angielskiego) Urszula Gardner Wydawnictwo Insignis, Kraków 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 2/7 Pramatkę zgwałcił neandertalczyk… Szwedzki biolog molekularny i genetyk Svante Pääbo, badacz z niemieckiego instytutu biologii molekularnej im. Maxa Plancka, przed całkiem niewieloma laty doszedł do wniosku, że homo neandertalensis nie jest bezpośrednim przodkiem homo sapiens (czyli nas samych…) w linii prostej. Z punktu widzenia historii ewolucji neandertalczyk, choć niewątpliwie należący do rodziny hominidów (i to na wysokim stopniu rozwoju…), był raczej boczną odnogą, nieudanym eksperymentem ewolucyjnym, zarzuconym przez Matkę Naturę, gdy okazało się, że jako gatunek nie potrafił sobie zapewnić sukcesu w postaci przetrwania i rozwoju… Wprawdzie na wiele tysięcy lat przed nami zajął on interesujące i obiecujące terytoria na Bliskim Wschodzie, w Europie i Azji, ale jakoś nie potrafił wykorzystać szansy ewolucyjnej. Gdy osobniki gatunku homo sapiens podjęły z Afryki swoją wędrówkę na nowe tereny, wszędzie napotykały w sąsiedztwie neandertalczyków. Miejsca i zasobów było jednak tak wiele, że obie grupy nie musiały sobie wchodzić w drogę. Dopiero po wielu tysiącach lat ostrożnej, nieufnej koegzystencji terytorialnej człowiek jako gatunek odniósł sukces ewolucyjny – rozrodczy, technologiczny, kulturowy, zaś neandertalczyk równolegle i równocześnie swego potencjału nie wykorzystał… Nie ulega…

Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych
nauka – popularyzacja , styl życia / 17 kwietnia 2018

Qing Li Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych Przełożyła Olga Siara Wydawnictwo Insignis, Kraków 2018 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Życie leśnych ludzi czyli dyskretna woń szyszki… W drugiej połowie lat 50. zgrzebne, ascetyczne (i co tu ukrywać: śmierdzące…) okowy życia codziennego na socjalistyczną modłę, praktykowanego w robotniczym mieście znacznej wielkości, zaczęły powoli puszczać… Wyczuwalnym sygnałem jakościowych zmian były nowe zapachy w przestrzeni komunalnej: świeżo zmielonej prawdziwej kawy w delikatesach, a w drogeriach – intensywna woń żelatynowych szyszek kąpielowych, wypełnionych esencją o ostrej, intensywnej nucie jodłopodobnej, wypierającej podejrzany zapaszek szarego mydła, dla zmyłki zwanego „biały jeleń”. W świeżo oddanej wtedy do użytku klasy robotniczej z łódzkiej dzielnicy Chojny łaźni miejskiej przy Rzgowskiej aura przynoszonych przez klientów jodłowych szyszek zmagała się z wonią eau de Javel, którą funkcjonariusze kąpielowi obficie szafowali do dezynfekcji… Razem te zapachy tworzyły węchowy bukiet, któremu czoła stawić mogli (bez uszczerbku na zdrowiu i tzw. zdrowych zmysłach) tylko wytrawni, znieczuleni pasażerowie tramwajów w godzinach szczytu, do tego pracujący w ówczesnych (czyli de facto wciąż XIX-wiecznych…) farbiarniach i apreturowniach branży bawełnianej… Te dziecięce wrażenia węchowe przypomniały mi się, gdy dostałem od wydawcy (serdeczne dzięki…) „Shinrin-yoku”, czyli księgę o kąpielach leśnych doktora Qing Li (z nazwiska sądząc, raczej Chińczyka…

Podziemne życie
nauka – popularyzacja , reportaż / 5 kwietnia 2018

Tullis C. Onstott Podziemne życie Przełożył Andrzej Hołdys Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2018 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/7 Szukajcie, a znajdziecie – bakterie we Wszechświecie… Chodzimy po tej naszej Pramatce Ziemi, chodzimy – i oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że naszym krokom trwożnie (albo zgoła obojętnie…) przysłuchują się mieszkańcy cienkiej warstewki naszej planetarnej skorupki, dla których nie zawsze jesteśmy miłymi, nieszkodliwymi sąsiadami. Takie dżdżownice, choć pracowicie, pożytecznie i bezinteresownie spulchniają glebę, poddawane są masowej eksterminacji, by skończyć jako przynęta na wędkarskim haczyku. Mrówkom i kretom wydajemy bezlitosne wojny. Bakterie polewamy wybielaczem. Grzyby zjadamy… No i w ogóle depczemy, wykopujemy, zalewamy betonem. Nie żyjemy w pokoju z naszymi sąsiadami spod ziemi, oj nie. Podobnie zresztą jak i z tymi co w wodzie, w powietrzu i na ziemi. Z drugiej wszelako strony pewien odłam niespokojnych, analitycznych i dociekliwych umysłów ludzkiej populacji zżerać poczęła ciekawość – jak też „oni” tam żyją w tych skrajnie nieprzyjaznych warunkach – w skałach, piaskach, żwirach, iłach, mułach, zamarzniętych na kość błotach, w gorących źródłach, zasolonych, zakwaszonych jeziorkach podziemnych, podmorskich gejzerach i wulkanach – a w ogóle byle gdzie, nawet w kosmosie… Ci niespokojni to oczywiście uczeni: doktorzy nauk wszelakich, ambitni doktoranci,magistranci, profesorowie polujący na wolne…

Mapy Kosmosu
nauka – popularyzacja / 20 grudnia 2017

Priyamvada Natarajan Mapy Kosmosu Przekład: Bogumił Bieniok i Ewa L. Łokas Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2017 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Dlaczego w nocy jest ciemno? To była dobrze przygotowana prowokacja. Nie ukrywam, że nie wymyśliłbym jej, ani nie przeprowadziłbym pomyślnie, gdyby nie pilna lektura mojego ukochanego w latach 60. miesięcznika „Młody Technik”, który w znacznej mierze odpowiada za uformowanie zrębów mojego światopoglądu, w tym także kosmologicznej jego części – po dziś dzień zresztą… We wczesnych latach 60. bowiem – w klasie jedenastej licealnej (czyli tuż przed maturą) – była w programie nauczania (osobno…) astronomia, w wymiarze jednej godziny lekcyjnej tygodniowo; oprócz fizyki – ma się rozumieć. W moim liceum astronomię i fizykę wykładał profesor Tadeusz Lis, który nie był zwykłym nauczycielem fizyki – był fizykiem. Powiecie – co za różnica? Zbyt subtelna, by się nad nią zastanawiać? Ależ żadną miarą! Profesor był fizykiem dobrze poinformowanym (o tyle, o ile wtedy pozwalała na to niewidzialna, ale prawie zupełnie szczelna bariera Żelaznej Kurtyny…). Nauczał nas wedle programu, a w tym programie dominowała teoria stanu stacjonarnego Wszechświata – jednorodnego, niezmiennego w czasie i przestrzeni tworu kosmicznego, nieskończonego we wszystkich kierunkach, wypełnionego nieskończoną ilością obiektów emitujących światło (w tym w zakresie fal…

Rzecz o ptakach
nauka – popularyzacja / 22 kwietnia 2017

Noah Strycker  Rzecz o ptakach Przekład: Michał Radziszewski Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2017 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Ptaszkowie niebiescy, jak wy to robicie? Chyba jakoś tak w 1955 roku ojciec przyniósł do domu sporą i bogato ilustrowaną czarno-białymi zdjęciami księgę Włodzimierza Puchalskiego „Wśród trzcin i wód”. Od tego się dla mnie zaczęła znajomość (nadal, mimo upływu tylu lat, niedostatecznie pogłębiona…) z ptactwem, awifauną – mówiąc naukawo… W 1958 roku przybyła reedycja fundamentalnego, dwutomowego dzieła „Ptaki ziem polskich” Jana Sokołowskiego; przedwojenne wydanie zaginęło podczas nieobecności rodziny w domu, spowodowanej przymusowym wysiedleniem po przyłączeniu Łodzi do Okręgu Warty w III Rzeszy… To te dwie lektury – ulubione, zaczytane – osobliwie po każdym powrocie z wakacji (trzeba było skonfrontować zapamiętane wrażenia z naukowymi objaśnieniami…), a nawet po spacerach w parku – uformowały moje ptasie doświadczenie. Później zarzucone, więc w zasadzie dziś amatorskie, powierzchowne. Ale i tak większość z tego, co lata (i nie jest owadem…) potrafię odróżnić od innych obiektów latających i nazwać. A poza tym lubię swego celestrona 80 postawić na koronie zapory zbiornika Jeziorsko i zerknąć w dal, by sprawdzić, co porabiają czaple, perkozy, mewy, rybitwy i ten błotniak stawowy kołujący nad sygnaturką kościółka św. Marka w Siedlątkowie… Lubię sikory…