Złodzieje bzu
polecam , proza polska / 20 września 2019

Hubert Klimko-Dobrzaniecki Złodzieje bzu Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Na dwóch krańcach universum… Mit Kresów ciąży naszej literaturze (i pozostałej sztuce w ogólności) tak bardzo, że wywołuje istną dewiację magnetyczną – odchylenie od normy, zawłaszczające pole narracji, rzucające cień, zmieniające kierunek zaplanowanego ruchu. A jeśli nawet mit ów akurat nie ma mocy sprawczej, narzucającej formułę, język i treść opowiadania, to chociaż wtrąca swoje okluzje jak ziarnka piasku do buta – albo brzmi w tle jak monotonne basso continuo, powtarzające zapętlone zaklęcia, odwołania do pamięci, majaki senne, rojenia i roszczenia… Mit Kresów to choroba duszy. Mit Kresów to dwa skonfliktowane ze sobą kontrmity: szczęśliwej Kukanii ciągnącej się od Dźwiny po Dniestr – i oblanej krwią (naszą, plemienną krwią…) dziedziny Wołynia (i nie tylko). Żadnego z tych mitów nie żywię – jako dziecię niezgrabnego, swojskiego czworokąta ziem polskich, rdzennie piastowskich, między Łęczycą, Kutnem, Łowiczem i podzgierską Białą. Ani duchowej, ani historycznej, ani krewniaczej, ani sentymentalnej, ani wspólnotowej więzi nie czuję. I wcale nad tym nie ubolewam. Nie jest mi to potrzebne do podtrzymywania ducha wspólnoty (na czym innym ją zasadzam…) – ani kultywowania tradycji jagiellońskiej (tę akurat uważam za bezpowrotnie wybrzmiałą i bez przyszłości). Może to…

Dżender domowy i inne historie
proza polska / 22 września 2017

Hubert Klimko-Dobrzaniecki Dżender domowy i inne historie Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2017 Rekomendacja 4/7 Ocena okładki: 2/5 Pryncypialny minimalizm faktury czyli łyso mi… Hubert Klimko-Dobrzaniecki, bezsprzecznie zaliczany (prywatnie, wyłącznie w mej własnej opinii, nie roszczącej sobie żadnych praw, osobliwie zaś prawa wpływania na opinię publiczną…) do elitarnego grona liderów literatury krajowej doby obecnej, postanowił wreszcie dowieść, że jest, że potrafi być ascetą słowa. Że oszczędnie nad wyraz gospodaruje tworzywem. Że dotarł do matecznika pisarstwa, gdzie odebrał odznakę „Bądź Gotów do Pracy i Obrony” pierwszej klasy mit Eichenlaub, Schwertern und Brillanten w uznaniu dla powściągliwości, za kultywowanie w praktyce cnoty werbalnego skąpstwa, tudzież za chwalebne samoograniczanie pokusy wokabularnego rozpasania. Aż do krawędzi kastracji leksykalnej… Klimko-Dobrzaniecki nigdy oczywiście nie był dotąd jednym z tych rozrzutnych grafomanów dotkniętych skrajnym nieposzanowaniem słowa, ale też i nie był umartwionym eremitą, weteranem wiecznego postu twórczego, strażnikiem odcedzonego strumienia wyobraźni. Do tej pory był raczej normalnym piszącym facetem, jednym z tych utalentowanych osobników, rozsądnie korzystających ze swego przywileju (odpowiednie dać rzeczy słowo to przywilej umysłu, czasem intuicji, iskry bożej…). Bez nadużyć, ale i bez bojaźni. Innymi słowy: dostawcą przyzwoitego towaru za rozsądna cenę… Ba – przy niewielkim poluzowaniu kryteriów możnaby uznać, że jego „Bornholm, Bornholm” (2011),…

Zostawić Islandię
literatura drogi / 8 sierpnia 2016

Hubert Klimko-Dobrzaniecki Zostawić Islandię Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2016 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Nostalgia słowiańskiego wikinga, czyli wołowina z tranem Karierę literacką Huberta Klimko-Dobrzanieckiego od kilku lat śledzę z sympatią i nieudawanym zainteresowaniem. Lubię bowiem facetów osobnych, trasujących własne szlaki w kompletnej izolacji od pisarskich mód, stadnych fascynacji i gorączkowego odkrywania, jakie też najaktualniejsze są trendy opiniotwórczych koterii, by w nie się wpasować – czy to przodem, czy tyłkiem, byle Nominację załapać… A taki Klimko (to nazwisko po żonie; po tatusiu, który odszedł w siną dal trzy bloki nieopodal, jest Dobrzaniecki…) ma to gdzieś. Robi swoje, a w zasadzie szuka swojego tam, gdzie go fantazja (po części zapewne motywowana materialnie…) zaniesie. No i pisze też po swojemu. Na początku trochę na boku jakby uporczywej walki o pomysł na życie i środki na życie. A ponieważ umie opowiadać, tworzyć klimaty i ludzi – innymi słowy: kreować osobliwą (może nieco po Einsteinowsku zakrzywioną…) przestrzeń fabularną, to pewnym czasie terminowania literatura zaczęła mu do życia wystarczać. Nawet Nominacje przychodziły niechcący… Ale co się przedtem nachapał, to jego: dorastanie w Bielawie, nowicjat u pallotynów, studia rozmaite filo-, a nawet teolo-, cebulki i kapucha w Holandii, mały handełes zigaretten nach Berlin, studia filologiczne…