Cham z kulą w głowie
polecam , proza polska , thriller / 28 maja 2020

Ziemowit Szczerek  Cham z kulą w głowie Wydawnictwo Znak, Kraków 2020 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Alternatywy cztery albo ze sześć… Polska dla Polaków? Za każdym razem, gdy słyszę lub dostrzegam to niewymyślne, oczywiste w swej prostackiej oczywistości hasło, rozglądam się trwożliwie, czy już zza rogu ulicy nie nadciąga horda godnościowo wzdętych osobników januszopodobnych, wąsatych brzuchaczy w przykrótkich t-shirtach, odsłaniających obfite bandziochy nad opadającymi gatkami-kolanówkami, w klapkach lub adidaskach, dzierżących w jednej łapie bejsbola, w drugiej – puszkę bóbra, swojaka czy tam hejnasia lubo watry (nazwy płynów celowo zniekształcam, by uniknąć posądzenia o premedytację, złą wolę, utrudnianie wolności gospodarczej i niezasłużoną dyskredytację). To właśnie CI są jedyni Polacy – dla nich Polska. I widzę, jak ta z początku bezładna, anarchiczna horda płynnie się porządkuje, zwiera szeregi, prostuje, przyobleka w jednolite mundurki; łapy zbrojne w bejsbole wpadają w regulaminowy marszowy wymach, pojawiają się pochodnie, race, flary i inna drobna kibolska pirotechnika. I te buty – ciężkie glany, zdatne do kopania leżącego przeciwnika po żebrach i głowie… I ten wrzask rytmiczny: Tu jest Polska! Jebać Żydów, jebać ciapatych, jebać żółtych, jebać czarnuchów! Jebać komuchów! Jebać pedałów (no, no)! Wszystkich jebać! Wszystkich, którzy nie nasi! A którzy nasi? To już my sami wiemy…

Wyrwa

Wojciech Chmielarz Wyrwa Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Tajemnica tajemnic, czyli zajefajne zabijanie? Zewsząd dobiegają entuzjastyczne okrzyki, z których sensu niezbicie wynika, że Wojciech Chmielarz wielkim pisarzem jest – i basta. Wszędy go pełno było – w gazetach i na telewizorze, ale jakoś ta frenetyczna ruchawka mnie nie wciągnęła. Pracowity autor kryminałów i thrillerów pozostawał poza światem mej czytelniczej świadomości, a gdy Canal+ pochwalił się serialem „Żmijowisko” wedle jego prozy, już po dwóch odcinkach długotrwały i silny odruch wymiotny odrzucił mnie od ekranu. Choć wszyscy bardzo się starali, żeby nie… Ale nie umieli zejść z mielizny, na którą wpakował ich Chmielarz. Tak bywa, gdy continuum tuzinkowej (ale trzymającej się w granicach przyzwoitości) intrygi dobrze się czyta, lecz nie da się go zagrać masywnie i wielopoziomowo – w obrazkach, z aktorami, pejzażami, rekwizytami, w kostiumach i z charakteryzacją – by było przekonujące… Wszelako w sumie ponad dziesięć poważnych tekstów wydanych, z sukcesem sprzedanych (jeden sfilmowany) to dorobek godzien szacunku. Wiec może coś jest w tym Chmielarzu? Ale co? By to ustalić definitywnie (na własny użytek; nie zgłaszam pretensji do uprawiania profesjonalnej krytyki literackiej), w czas posuchy na rynku wydawniczym (spowodowanej przez wiadomego wirusa…) pozwoliłem sobie nabyć „Wyrwę”…

Pomocnik kata

Marek Krajewski  Pomocnik kata Wydawnictwo Znak, Kraków 2020 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 3/5 Pieriepały z Razwieduprem Po raz pierwszy, odkąd mam do czynienia z Krajewskim i jego twórczością, osobną i wysokie zajmującą miejsce w mojej prywatnej hierarchii i historii krajowej literatury współczesnej, nader powściągliwe namawiam (a właściwie: nie namawiam) do lektury jego najnowszego dzieła, czyli „Pomocnika kata”. Rekomendacja „niekoniecznie, ale gdy czasu nie szkoda…” – aczkolwiek sformułowana ostrożnie, w istocie przecież może znaczyć: dajcie spokój, słabizna! W istocie… Przykro mi to pisać, ale amicus Plato… Nowy „krajewski” to kontynuacja rozpoczętego niedawno szpiegowskiego wątku przygód podkomisarza lwowskiej policji Edwarda Popielskiego – długoletniego (jak ten czas leci; to już dziewiąty „popielski”!) równoległego „towarzysza” nieco większego, sławniejszego i… lepszego cyklu o Eberhardzie Mocku, policjancie z Breslau. Jest już dziesięć „mocków”, znanych, tłumaczonych na liczne języki obce (podobno ktoś kupił nawet prawa do sfilmowania „mocków”). Pierwszy sensacyjno-szpiegowski „popielski” to była wydana jakoś tak rok temu „Dziewczyna o czterech palcach” (rekomendowałem ją – pozytywnie, niemal entuzjastycznie – w tym blogu 16 maja 2019 roku…) – o tajnej (ale nieustępliwej i krwawej…) wojnie na pograniczu toczonej przez polski kontrwywiad, policję i KOP, z sowieckim Razwieduprem (razwiedywatielnoje uprawlienie – zarząd wywiadowczy, oddział sztabu generalnego Armii Czerwonej, od…

Stramer
polecam , proza polska / 9 maja 2020

Mikołaj Łoziński Stramer Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Kadisz dla cieni… Tarnów przed wojną żadną miarą nie był klasycznym żydowskim sztetlem z orientalnym klimatem handlowego rejwachu kontrapunktowanym szabasowym odrętwieniem. To było galicyjskie miasto średniej wielkości – diecezjalnym ozdobione biretem, przemysłowe (państwowe zakłady chemiczne w branży azotowej), kupieckie, rzemieślnicze i garnizonowe. Miało nieco ponad 50 tysięcy mieszkańców (według ostatniego przed wojną spisu powszechnego w 1938 roku: 55 642…), z czego 45 procent stanowili Żydzi. Ale Tarnów nie był konserwatywno-klerykalną, zatęchłą mieściną. Przeciwnie: aktywni byli i znaczne wpływy mieli postępowi socjaliści z PPS i Bundu, a próby wywoływania w latach 30. pogromów antyżydowskich spotykały się ze zdecydowanym odporem. W sumie miasto przekształcało się w nowoczesne, zamożne i przyjazne dla swych obywateli środowisko do życia… Jak to się skończyło, dlaczego się przerwało – to w zasadzie temat na osobne opowiadanie (aczkolwiek nie całkiem…). Ostatecznie „Stramer” Łozińskiego też jest opowieścią o wymuszonym końcu pewnej cywilizacji, która ze stanu absolutnie, obiecująco żywego przeszła nagle w stan kopalny… Z faktu, że tarnowska kamieniczka, w której Rywka i Nathan Stramerowie z sześciorgiem przychówku – Rudkiem, Reną, Salkiem, Hesiem, Welą i Nuskiem oraz psem Suchardem (taka czekolada kiedyś była…) zajmowali pokój z kuchnią na…

Opiłki i okruszki
proza polska / 25 marca 2020

Tomasz Jastrun Opiłki i okruszki Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Przeciw grawitacji Kapitalny pomysł: sprowadzić całe ludzkie życie do pojedynczych, migawkowych (ale znaczących, niekiedy wręcz przełomowych) epizodzików. Dosłownie – jeden na każdy rok życia. Jedno zdarzenie, ale reprezentujące cały rok, opowiadające cały rok, odpowiadające za cały rok, definiujące cały rok, skrywające cały rok, rozgrzeszające cały rok, magazynujące cały rok. Jedno – w zasięgu pamięci, w zasięgu słów, w zasięgu horyzontu, w zasięgu wyobraźni. Osobliwy koncept, bardzo poetycki, metaforyczny jak cholera… Jak dla mnie – czyniący Jastruna na powrót wierszokletą. Tęgim – zasługującym na wieniec laureatusa poetą życia codziennego. Piewcą poszukiwania (i znajdowania) osobliwości w zwyczajności. Poczułem się raźniej – to ja tam jestem, w tych opiłkach i okruszkach. W końcu jestem starszy od autora ledwie o dwa lata bez trzech dni. Na podwórku w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku to byłaby różnica – ale teraz? Rówieśnictwo, ot co… No i te tytułowe opiłki i okruszki… Kosmiczna, cudowna metafora! Drobinki materii – tak różniące się pochodzeniem i strukturą morfologiczną – zjawiają się w zasięgu naszego wzroku i możliwości poznania, gdyż (po oderwaniu się od macierzystej bryły; pomińmy na razie kwestię – z jakiego powodu…) ich wywołany prawem…

Kult
proza polska / 18 marca 2020

Łukasz Orbitowski KultWydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2019 Rekomendacja: 4/7Ocena okładki: 3/5 Jacy jesteśmy, czyli spiritus flat ubi vult… W tradycyjnej polskiej religii ludowej (z poważnymi obawami i zastrzeżeniami można by ją było nazwać katolicyzmem) znane są na ogół dwa sposoby objawień, czyli manifestowania prób nawiązania komunikacji (niekoniecznie werbalnej) istoty wyższej z populacją wiernych wyznawców. Pierwszy z nich to tzw. demonstracja, drugi zaś to wniknięcie… Demonstracja z kolei dzieli się na tzw. przedstawienie ikoniczne oraz mobilny akt metafizyczny. Przedstawienie ikoniczne to klasyka. Oto bystrzejszy od innych obserwator dostrzega w zwyczajnym elemencie scenografii sąsiedzkiego habitatu – na dachu, na szybie okiennej, pniu drzewa itp. – ikoniczne przedstawienie postaci objętej kultem; na ogół są to Jezus Chrystus lub Matka Boska – dwie figury powszechnie rozpoznawalne i znane (w sensie graficznego odwzorowania…). Jeżeli odkrywca odpowiednio sugestywnie opisze swe omamy wzrokowe, grono wpółwidzących powiększy się szybko… Drugi ze sposobów demonstracji – akt ruchomy – najczęściej ma postać hydrauliczną: łzy spływające po portrecie, krople krwi sączące się z posągu… Klasycznym aktem tego typu jest coroczne upłynnianie się zawartości ampułki z krwią świętego Januarego z Benewentu – patrona Neapolu. Demonstracje – aczkolwiek spektakularne i sugestywne – mają ograniczone możliwości komunikowania istotnych treści; można je interpretować jako napomnienia,…

Nieradość
proza polska / 25 lutego 2020

Paweł Sołtys Nieradość Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019 Rekomendacja: 4/7Ocena okładki: 3/5 Bilet na rondo w pętli czasu Nieradość kojarzy się automatycznie. Ze starością. Starość – nie radość… Potoczne doświadczenie, wpisane na stałe w język. Ale i tak trochę się zdumiałem, gdy w tytule swej nowej książki, zbioru opowiadań skądinąd, słowa nieradość użył Paweł Sołtys, autor młody – zaledwie czterdziestolatek (rocznik 1978) – do tego w pełni sił, opromieniony sukcesami w branży muzycznej (Pablopavo kojarzycie?) i w ogóle na towarzyskim i artystycznym topie. Co on z tą starością? Dla niego starość to wciąż tylko ćwiczenie stylistyczne – i to, przyznajmy, nienajwyższego lotu. Oczywiście nie zamierzam sugerować, że o starości dozwalam pisać tylko tym, co przeżywają ten stan równolegle w rzeczywistości. No nie… Zostawcie starość starcom – takie hasło to byłaby przesada. I wedle surowych współczesnych kryteriów poprawności – dyskryminacja. Starość to doświadczenie uniwersalne, możliwe do poznania i przepracowania pisarsko „z drugiej ręki”. Gdyby ktoś chciał bardzo pilnie i nie mógł poczekać na własne przeżycie w tej mierze. Zresztą mógłby nie zdążyć spożytkować owoców poznania; mówiąc brutalnie: mógłby zejść w międzyczasie. Palce na klawiaturze mogłyby nie pogonić za świadomością… Więc proszę bardzo – można o starości z podglądania, nawet z wyobraźni; można…

Pokrzyk
kryminał , proza polska / 2 lutego 2020

Katarzyna Puzyńska  Pokrzyk Wydawnictwo Prószyński Media Sp. z o.o., Warszawa 2019 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 3/5 Gdzie jest wyjście awaryjne? Właściwie cały tekst rekomendacji poprzedniej książki Puzyńskiej w tym blogu (Rodzanice” – 26 02 2019), poświęciłem namawianiu autorki do… przeprowadzki. I co? I nic… Jeśli przeczytała, to z rady nie skorzystała. Bo co jej tam jakiś upierdliwy staruszek będzie truł za uszami… Ona ma swój fanklub, swoje zmyślone Lipowo w prześlicznych okolicznościach przyrody wedle Brodnicy, swoją „stawkę” bohaterów pieczołowicie polepionych, ma swoją narrację sfastrygowaną z intryg coraz bardziej dziwacznych. Ma też swoją sprolongowaną wieczyście umowę z wydawcą… I mniema, że to dla niej dobrze. Ale czy dobrze dla literatury, którą uprawia? To jest właśnie to pytanie, na które domagam się natychmiastowej odpowiedzi od autorki. Nie chcę bowiem poprzestawać na własnym mniemaniu, opartym tylko na egzegezie tekstu. A z niej wyłania się odpowiedź, że to dla literatury źle, bardzo źle… Źle, bo uporczywie tkwiąca w niewielkim kraiku naddrwęcańskim literatura staje się (mimo woli autorki) procederem nudnym i przewidywalnym. A wieś Pokrzydowo – zdaniem fanklubu Puzyńskiej najbardziej prawdopodobny pierwowzór „Lipowa”, realnie istniejący w terenie – staje się karykaturą samej siebie i swego literackiego alter ego. Nie słyszałem, aby jej mieszkańcy mocno i…

Śmierć z ogłoszenia
kryminał , proza polska / 31 grudnia 2019

Grzegorz Kalinowski  Śmierć z ogłoszenia Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2019 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Wszystko wolno, byle było stylowo… Rekonstruowanie błyskawicznie stało się najpopularniejszym sposobem uprawiania literatury sensacyjno-kryminalnej. Dlaczego? Nie wiem – przypuszczam wszelako, że nie ma jednego powodu rozkwitu kryminału historycznego. Jednego dobrego powodu. Poza tym, że literatura jest wolna i może robić, co chce… A rekonstrukcja jest techniką pisarską uprawianą przez literaturę z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej od początku. „Iliada” i „Odyseja” – eposy sensacyjno-heroiczne – rekonstruują wydarzenia i świat sprzed kilkuset lat przed ich napisaniem co najmniej. Ten Homer – lub ktokolwiek nim był (ja podejrzewam, że to cały kolektyw twórczy aojdów…) – w trakcie wędrówek po achajskim uniwersum zebrał relacje, nadal im wierszowaną heksametryczną formę, zapamiętał (przez nieustanne powtarzanie przy kolejnych wieczerzach w kolejnych miastach) i w końcu zapisał. Mniejsza z tym wszakże – od samego początku literatura zna wiele sposobów radzenia sobie z czasem: od walki do miłosnej afirmacji jego upływu. Jako się rzekło – literatura jest wolna i może z czasem robić, co jej się żywnie podoba (jak ze wszystkim, nawet z logiką). Co zaś się zasad tego tyczy, jedna wydaje się tu nieprzekraczalna: to odporność intelektualna czytelnika. Jeśli zatem rzeczony czytelnik nie nadąża…

Upiory spacerują nad Wartą
kryminał , proza polska / 20 grudnia 2019

Ryszard Ćwirlej  Upiory spacerują nad Wartą Wydawnictwo Muza, Warszawa 2019 Rekomendacja: 3/7Ocena okładki: 3/5 Śledztwo Skarambełusza – wina trabanta… Niebywała sprawa z tym Ćwirlejem. Rozpędza się, jakby mu tyłek wpadł do Wielkiego Zderzacza Hadronów – wydał już w tym roku „Ostrą jazdę”, dokonał reedycji swego książkowego debiutu z 2007 roku (było to w wydawnictwie Replika…) – „Upiory spacerują nad Wartą” oraz dorzucił czwartą księgę z cyklu o przedwojennym komisarzu policji państwowej Fischerze – „Pójdę twoim śladem”. Może do końca roku jeszcze coś wrzuci na rynek. Imponujące… Nie jest to oczywiście nawet ćwierć wydajności osławionego Mroza, ale idzie w tę samą stronę. I nic w tym nie ma złego. Ale i dobrego niewiele… Już w „Upiorach…” autor Ćwirlej objawił, że istotą jego „kryminalnej” prozy nie jest i nie będzie rozwiązywanie kryminalnych zagadek. Owszem – takowe pojawiają się. I to chwackie. Zwłoki młodych kobiet bez głów (głowy osobno…) wyławiane z rzeki Warty to przecież nie byle co! W końcu mamy rok 1985, nad miastem wisi groza antyustrojowych demonstracji w kolejną rocznicę Czerwca, wszystkie siły bezpieczniacko-milicyjne trzeba rzucić na odcinek tropienia zawziętych opozycjonistów i środowisk wrogich socjalizmowi – a tu taki szpas… Dwa gołe trupy młodych kobiet w rzece; to może być gorsze…

Mock. Golem
kryminał , proza polska / 26 października 2019

Marek Krajewski Mock. Golem Wydawnictwo Znak, Kraków 2019 Rekomendacja: 4/7Ocena okładki: 3/5 Nie ma tego złego, czyli policjant pod presją… Pierwszy „rzut” serialu kryminałów o policjancie Mocku, rozpoczęty w 1999 roku, Marek Krajewski przewidująco „utkał” luźno (i niechronologicznie…), z wielkimi okami czasu, umożliwiającymi teraz wypełnianie pustych, wolnych miejsc biografii Eberharda Mocka nowymi przygodami. Sześć pierwszych powieści o Mocku zakończył Krajewski w 2009 roku. Ostatnia (szósta) w tym rzucie „Głowa Minotaura” to był mischung (mówiąc poprawnie: wspólne śledztwo…) przygód bohatera Mocka z przygodami drugiego (wykreowanego w tzw. międzyczasie) bohatera – lwowskiego komisarza policji Edwarda Popielskiego. Tegoż Popielskiego Krajewski poprowadził aż do lat powojennych (i do biologicznego wyczerpania prawdopodobieństwa egzystencji w stanie zdatnym do pełnienia służby). Podobnie jak w przypadku Mocka zabieg luźnego, niechronologicznego tkania fabularnej materii pozwala teraz wracać do postaci i uzupełniać kolekcję nowymi epizodami. „Dziewczyna o czterech palcach” (rekomendowałem tę powieść w blogu pięć miesięcy temu – 1 6 maja…) to właśnie nowy „popielski” – rok 1922, śmierć Narutowicza, wojna wywiadu polskiego z sowieckim… A z kolei w drugim rzucie „mocków” Krajewski wydał już cztery powieści, licząc z najnowszym „Golemem”. W ten sposób wybitny (i niemniej sprytny – co pochwalam wielce, bo dzieje się to z korzyścią dla czytelników,…

Żółte światło
proza polska / 25 września 2019

Jerzy Pilch Żółte światło Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2019 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Wielka jesienna wyprzedaż Od pewnego czasu z kręgów bliskich pisarzowi Jerzemu Pilchowi dochodzą wieści, napomknienia i ton’kije namioki (to akurat po rosyjsku…), że pisarz ów dzieło życia przygotowuje – ba, pospiesznie obrabia i wykończa takowe ręką własną; ma to jakoby być autobiografia – stuprocentowo szczera, wywrotowa i demistyfikująca. Autobiografia, bowiem mistrz jest rzekomo skrajnie niezadowolony z podjętych dotychczas prób biograficznych (nawet z tzw. wywiadu-rzeki). Podobno uważa, że powinien brać problemat we własne ręce – w trosce o pogłębiony i kompletny byt zjawiska „Pilch” w sensie ścisłym i nie-ścisłym. Autorzy ponoć wykazali się skrajną powierzchownością i niezrozumieniem, przeto teraz on naprostuje ścieżki, wyjaśni nieporozumienia, da wykładnię autentyczną i oficjalną, zranionych uleczy, niezaspokojonych pocieszy, obojętnych natchnie wiarą… Ino jeszcze trochę poczekajta… Nie wiem, czy to wszystko prawda. Już samo źródło przecieku budzi wątpliwości. Sformułowanie „kręgi bliskie” to zaawansowany eufemizm. Cokolwiek stamtąd słychać, słyszane być nie może, albowiem nie zostało wypowiedziane. „Kręgi bliskie” Pilchowi to terytorium bezludne; nikogo tam nie ma. Boleśnie się o tym przekonywały kolejne muzy i damy, mylnie mniemające, że związki płciowe tudzież sentymentalne upoważniają do robienia planów na przyszłość. Nie upoważniają – nawet w chorobie…

Złodzieje bzu
proza polska / 20 września 2019

Hubert Klimko-Dobrzaniecki Złodzieje bzu Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Na dwóch krańcach universum… Mit Kresów ciąży naszej literaturze (i pozostałej sztuce w ogólności) tak bardzo, że wywołuje istną dewiację magnetyczną – odchylenie od normy, zawłaszczające pole narracji, rzucające cień, zmieniające kierunek zaplanowanego ruchu. A jeśli nawet mit ów akurat nie ma mocy sprawczej, narzucającej formułę, język i treść opowiadania, to chociaż wtrąca swoje okluzje jak ziarnka piasku do buta – albo brzmi w tle jak monotonne basso continuo, powtarzające zapętlone zaklęcia, odwołania do pamięci, majaki senne, rojenia i roszczenia… Mit Kresów to choroba duszy. Mit Kresów to dwa skonfliktowane ze sobą kontrmity: szczęśliwej Kukanii ciągnącej się od Dźwiny po Dniestr – i oblanej krwią (naszą, plemienną krwią…) dziedziny Wołynia (i nie tylko). Żadnego z tych mitów nie żywię – jako dziecię niezgrabnego, swojskiego czworokąta ziem polskich, rdzennie piastowskich, między Łęczycą, Kutnem, Łowiczem i podzgierską Białą. Ani duchowej, ani historycznej, ani krewniaczej, ani sentymentalnej, ani wspólnotowej więzi nie czuję. I wcale nad tym nie ubolewam. Nie jest mi to potrzebne do podtrzymywania ducha wspólnoty (na czym innym ją zasadzam…) – ani kultywowania tradycji jagiellońskiej (tę akurat uważam za bezpowrotnie wybrzmiałą i bez przyszłości). Może to…

Kolory zła. Czerwień
kryminał , proza polska / 15 września 2019

Małgorzata Oliwia Sobczak Kolory zła. Czerwień Grupa Wydawnicza Foksal – Wydawnictwo WAB, Warszawa 2019 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 2/5 Raczej blady róż, z przewagą bla, bla, bladości… Jestem wściekły na siebie – znów dałem się nabrać… Autorom blurbów oczywiście. Tym razem wydawca zgromadził eskadrę kompletnie anonimowych blogerów z Instagramu, dodatkowo obciążonych problemami z posługiwaniem się językiem polskim. I opublikował ich opinie w liście dołączonym do dzieła. Ale na okładce pojawiła się też rekomendacja pułkownika Vincenta V. Severskiego („Absolutnie pochłaniająca”) – autora, którego wielce poważam i wręcz wielbię; chyba ta opinia nie została wymuszona torturami? Rzuciłem się tedy sprawdzić, co też mogło aż tak pochłonąć jegomość pana pułkownika? Przeczytałem jednym tchem, starając się nie odrywać od lektury (no, najwyżej na tyle, ile potrzeba do zrobienia herbaty), bo tak zachwalali swe oddanie tej lekturze niektórzy z cytowanych blogerów. Może czytanie ciurkiem to sposób, by ją zmóc bez strat własnych? Pochłoniesz czy dasz się pochłonąć – wszystko jedno… Ważne, że tym sposobem nie zajmie ci to dużo czasu. Bo przecież nie masz czasu do stracenia, nieprawdaż? Więc o co chodzi z tą „Czerwienią”? Cóż, autorka – dwojga imion Małgorzata Oliwia madame Sobczak – jest wziętą tu i ówdzie, osobliwie podobno na Wybrzeżu (Gdańskim,…

Bezpańskie psy
proza polska , sensacja / 20 sierpnia 2019

Szymon Wojtyniak Bezpańskie psy Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2019 Rekomendacja: -1/7 Ocena okładki: 2/5 Bezlitosna Urugwajka stuka sztukasa… A myśmy tamtą wojnę właściwie wygrali… A moralnie to już na pewno. A gdybyśmy mieli z tysiąc (albo lepiej pięć…) takich oficerów i dowódców jak major Feliks Zygartowicz oraz chorąży Wojciech Tuchowiak, to w trzydziestym dziewiątym do końca września nasi byliby w Berlinie, a nie odwrotnie – Niemcy w Warszawie… (Skąd te dwa nazwiska, skądinąd całkowicie fikcyjne – o tym za chwilę…). Wydawało mi się, że epoka powieści wojennej, fabularnie osadzonej w realiach II wojny światowej (a osobliwie kampanii wrześniowej…), no i będącej w całości produktem imaginacji autora, to już gatunek wymarły, znikający za horyzontem zdarzeń. Wydawało mi się, że to pole dostępne raczej dla penetracji spóźnionych scenarzystów filmowych bądź serialowych albo zgoła tzw. rekonstruktorów historii – dużych chłopców z nadmiarem adrenaliny i deficytem krytycznej wyobraźni, za to lubiących się bawić w wojsko. Wydawało mi się, że jedynie zawodowi historycy, osobliwie zaś ci ogarnięci misją, pasją, a nawet chorobą rewizyjną, na tym poletku mogą wydajnie i z rezultatami poharcować. Ostatecznie do zrewidowania mają tyle nawarstwionych mitów… Wydawało mi się. Ale tkwiłem w mylnym błędzie (jak uroczo, ale coraz rzadziej mawiają w…