Żółte światło
proza polska / 25 września 2019

Jerzy Pilch Żółte światło Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2019 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Wielka jesienna wyprzedaż Od pewnego czasu z kręgów bliskich pisarzowi Jerzemu Pilchowi dochodzą wieści, napomknienia i ton’kije namioki (to akurat po rosyjsku…), że pisarz ów dzieło życia przygotowuje – ba, pospiesznie obrabia i wykończa takowe ręką własną; ma to jakoby być autobiografia – stuprocentowo szczera, wywrotowa i demistyfikująca. Autobiografia, bowiem mistrz jest rzekomo skrajnie niezadowolony z podjętych dotychczas prób biograficznych (nawet z tzw. wywiadu-rzeki). Podobno uważa, że powinien brać problemat we własne ręce – w trosce o pogłębiony i kompletny byt zjawiska „Pilch” w sensie ścisłym i nie-ścisłym. Autorzy ponoć wykazali się skrajną powierzchownością i niezrozumieniem, przeto teraz on naprostuje ścieżki, wyjaśni nieporozumienia, da wykładnię autentyczną i oficjalną, zranionych uleczy, niezaspokojonych pocieszy, obojętnych natchnie wiarą… Ino jeszcze trochę poczekajta… Nie wiem, czy to wszystko prawda. Już samo źródło przecieku budzi wątpliwości..Sformułowanie „kręgi bliskie” to zaawansowany eufemizm. Cokolwiek stamtąd słychać, słyszane być nie może, albowiem nie zostało wypowiedziane. „Kręgi bliskie” Pilchowi to terytorium bezludne; nikogo tam nie ma. Boleśnie się o tym przekonywały kolejne muzy i damy, mylnie mniemające, że związki płciowe tudzież sentymentalne upoważniają do robienia planów na przyszłość. Nie upoważniają – nawet w chorobie intymna,…

Złodzieje bzu
proza polska / 20 września 2019

Hubert Klimko-Dobrzaniecki Złodzieje bzu Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Na dwóch krańcach universum… Mit Kresów ciąży naszej literaturze (i pozostałej sztuce w ogólności) tak bardzo, że wywołuje istną dewiację magnetyczną – odchylenie od normy, zawłaszczające pole narracji, rzucające cień, zmieniające kierunek zaplanowanego ruchu. A jeśli nawet mit ów akurat nie ma mocy sprawczej, narzucającej formułę, język i treść opowiadania, to chociaż wtrąca swoje okluzje jak ziarnka piasku do buta – albo brzmi w tle jak monotonne basso continuo, powtarzające zapętlone zaklęcia, odwołania do pamięci, majaki senne, rojenia i roszczenia… Mit Kresów to choroba duszy. Mit Kresów to dwa skonfliktowane ze sobą kontrmity: szczęśliwej Kukanii ciągnącej się od Dźwiny po Dniestr – i oblanej krwią (naszą, plemienną krwią…) dziedziny Wołynia (i nie tylko). Żadnego z tych mitów nie żywię – jako dziecię niezgrabnego, swojskiego czworokąta ziem polskich, rdzennie piastowskich, między Łęczycą, Kutnem, Łowiczem i podzgierską Białą. Ani duchowej, ani historycznej, ani krewniaczej, ani sentymentalnej, ani wspólnotowej więzi nie czuję. I wcale nad tym nie ubolewam. Nie jest mi to potrzebne do podtrzymywania ducha wspólnoty (na czym innym ją zasadzam…) – ani kultywowania tradycji jagiellońskiej (tę akurat uważam za bezpowrotnie wybrzmiałą i bez przyszłości). Może to…

Kolory zła. Czerwień
kryminał , proza polska / 15 września 2019

Małgorzata Oliwia Sobczak Kolory zła. Czerwień Grupa Wydawnicza Foksal – Wydawnictwo WAB, Warszawa 2019 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 2/5 Raczej blady róż, z przewagą bla, bla, bladości… Jestem wściekły na siebie – znów dałem się nabrać… Autorom blurbów oczywiście. Tym razem wydawca zgromadził eskadrę kompletnie anonimowych blogerów z Instagramu, dodatkowo obciążonych problemami z posługiwaniem się językiem polskim. I opublikował ich opinie w liście dołączonym do dzieła. Ale na okładce pojawiła się też rekomendacja pułkownika Vincenta V. Severskiego („Absolutnie pochłaniająca”) – autora, którego wielce poważam i wręcz wielbię; chyba ta opinia nie została wymuszona torturami? Rzuciłem się tedy sprawdzić, co też mogło aż tak pochłonąć jegomość pana pułkownika? Przeczytałem jednym tchem, starając się nie odrywać od lektury (no, najwyżej na tyle, ile potrzeba do zrobienia herbaty), bo tak zachwalali swe oddanie tej lekturze niektórzy z cytowanych blogerów. Może czytanie ciurkiem to sposób, by ją zmóc bez strat własnych? Pochłoniesz czy dasz się pochłonąć – wszystko jedno… Ważne, że tym sposobem nie zajmie ci to dużo czasu. Bo przecież nie masz czasu do stracenia, nieprawdaż? Więc o co chodzi z tą „Czerwienią”? Cóż, autorka – dwojga imion Małgorzata Oliwia madame Sobczak – jest wziętą tu i ówdzie, osobliwie podobno na Wybrzeżu (Gdańskim,…

Bezpańskie psy
proza polska , sensacja / 20 sierpnia 2019

Szymon Wojtyniak Bezpańskie psy Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2019 Rekomendacja: -1/7 Ocena okładki: 2/5 Bezlitosna Urugwajka stuka sztukasa… A myśmy tamtą wojnę właściwie wygrali… A moralnie to już na pewno. A gdybyśmy mieli z tysiąc (albo lepiej pięć…) takich oficerów i dowódców jak major Feliks Zygartowicz oraz chorąży Wojciech Tuchowiak, to w trzydziestym dziewiątym do końca września nasi byliby w Berlinie, a nie odwrotnie – Niemcy w Warszawie… (Skąd te dwa nazwiska, skądinąd całkowicie fikcyjne – o tym za chwilę…). Wydawało mi się, że epoka powieści wojennej, fabularnie osadzonej w realiach II wojny światowej (a osobliwie kampanii wrześniowej…), no i będącej w całości produktem imaginacji autora, to już gatunek wymarły, znikający za horyzontem zdarzeń. Wydawało mi się, że to pole dostępne raczej dla penetracji spóźnionych scenarzystów filmowych bądź serialowych albo zgoła tzw. rekonstruktorów historii – dużych chłopców z nadmiarem adrenaliny i deficytem krytycznej wyobraźni, za to lubiących się bawić w wojsko. Wydawało mi się, że jedynie zawodowi historycy, osobliwie zaś ci ogarnięci misją, pasją, a nawet chorobą rewizyjną, na tym poletku mogą wydajnie i z rezultatami poharcować. Ostatecznie do zrewidowania mają tyle nawarstwionych mitów… Wydawało mi się. Ale tkwiłem w mylnym błędzie (jak uroczo, ale coraz rzadziej mawiają w…

Ucho igielne
proza polska / 21 grudnia 2018

Wiesław Myśliwski Ucho igielne Wydawnictwo Znak, Kraków 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Wehikuł czasu czyli rondo alla polacca Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego… Ta zaczerpnięta z Nowego Testamentu metaforyczna sentencja jest jedną z najlepiej znanych i powszechnie używanych w kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej hiperbol, czyli metafor używających oczywistej przesady dla zbudowania napięcia. Wielbłąd przeciskający się przez uszko igły? To przecież niemożliwe, nie do pomyślenia! Ale brzmi nieźle… W ten sposób religijna sentencja umoralniająca (w końcu przecież chodzi o szanse bogacza w królestwie niebieskim…) weszła na stałe – z wieloma zresztą modyfikacjami – do repertuaru chwytów retorycznych każdego porządnego kaznodziei, mówcy wiecowego czy funeralnego, facecjonisty albo griota. Napotykamy w wywodzie coś niemożliwego – jakąś bitwę nie do wygrania ze względu na dysproporcję sił, jakiś zamiar polityczny nie do przeprowadzenia z uwagi na opór sił publicznych, kobiece serce nie do skruszenia – wtedy przeprowadzamy wielbłąda przez igielne uszko, a słuchacze aprobująco kiwając głowami, podziwiają celność starej metafory… I doprawdy nie jest istotne, czy istniała w rzeczywistości (a osobliwie w czasach, w których miał żyć Jezus) ciasna furta w fortyfikacjach Jerozolimy, zwana Uchem Igielnym, przez którą ledwo przełaził chudy piechur bez bagażu, ale wielbłąd –…

Poetka i książę
biografistyka , proza polska / 12 listopada 2018

Manuela Gretkowska Poetka i książę Wydawnictwo Znak, Kraków 2018 Rekomendacja:5/7 Ocena okładki: 4/5 To była miłość nieduża? Na Manueli Gretkowskiej można polegać. Od czasu do czasu. Oczywiście w sensie ścisłym: dosłownie i dokładnie literackim. Bywa, że po lekturze nie zostaje nic krom jęku zawodu; nic do powiedzenia… Ale na szczęście rzadko. A w przypadku „Poetki i księcia” to zgoła niemożliwe – choć wedle klasyfikacji francuskiej to zaledwie bagatelle, czytaj: przyczynkarska błahostka (ale trzysta stron do dźwigania jest…) bez intelektualnego znaczenia i ciężaru gatunkowego. Ale ponieważ ta romansowa historyjka wpisuje się w całości w SPRAWĘ POLSKĄ (z dużych liter…) wypada poświęcić jej uwagę. Bo choć kategoriach obiektywnych to plotka, ale jej znaczenie wykracza poza sferę prywatną. Chociaż nie wiadomo na pewno, czy w ogóle cokolwiek się tam wydarzyło. Przyznacie jednak, że wymóg elementarnej zgodności z faktami to dla plotki żadna przeszkoda, żadne utrudnienie. Ba, taki wymóg to element innego porządku intelektualnego. Dla plotki ważna jest uroda intrygi, didaskalia romantyczne i element zaskoczenia. A zgodność z faktami? Fe, cóż za ordynarny wymysł! Logika i prawda są zbędne… Intryga „Poetki i księcia” zasadza się na supozycji, graniczącej z pewnością (autor fabularny ma do niej prawo…), że jesienią 1957 roku, jakoś tak w porze…

Mock. Pojedynek
kryminał , proza polska / 26 sierpnia 2018

Marek Krajewski Mock. Pojedynek Wydawnictwo Znak, Kraków 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Piekielne wezwanie Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że tym razem Krajewski – wrocławski filolog klasyczny, od dawna zawodowo oddany literaturze – usadowił się na szczycie. Nieodwołalnie. Po prostu jest najlepszy. I to nie tylko w wąskiej, aczkolwiek popularnej grupce Wielkich Rekonstruktorów Historii, budujących swoje wyimaginowane (chociaż w miarę możliwości, cierpliwości i talentu – wierne wypreparowane ze starych kronik) kosmosy-scenografie z przeszłości, w których rozgrywają swe kryminalne intrygi fabularne. Krajewski dawno prześcignął kolegów rekonstruktorów; twory większości z nich – zestawione z jego mistrzowskimi kreacjami -przypominają dekoracje teatrzyków marionetek albo makiety domków dla lalek. O autorach tzw. powieści historycznych już nawet nie chce mi się wspominać – dość powiedzieć, że większość z nich realia zaprzeszłych epok traktuje niezwykle umownie, idealizująco i fałszywie – osobliwie z kompletną niewrażliwością na zapachy. Ktoś taki precyzyjny (mimo używania, a nawet nadużywania realizmu magicznego…) jak na przykład Sapkowski (ze swą trylogią husycką i Reynevanem z Bielawy) to rara avis w tym zacnym towarzystwie. Przypadek Krajewskiego jest szczególny. Wielkie cmokando znawców literatury, niosące się przez kraj cały po każdym kolejnym tomie z Mockiem czy Popielskim, a dotyczące jego umiejętności rekonstruktorskich, zasłaniało albo zgoła pomniejszało krytyczną ocenę…

Żywego ducha
proza polska / 11 lipca 2018

Jerzy Pilch Żywego ducha Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Samotność w sensie ścisłym, czyli czemu Ziemianie powyginali? „Kto z gwiazdozbioru Wega patrząc na Ziemię zgadnie, kto pierwszy był człowiekiem? Kto będzie nim ostatni?” Leszek Aleksander Moczulski „Korowód” – piosenka Marka Grechuty Jerzy Pilch rozstrzygnął arbitralnie na swą korzyść wyliczankę z „Korowodu” – on i tylko on będzie ostatnim człowiekiem na Ziemi. Co więcej: postanowił opisać wydarzenie zawczasu – to znaczy zanim Ziemia opustoszeje naprawdę. Teraz bowiem jest szansa, że ktoś jeszcze przeczyta przekaz Pilcha (póki książki wychodzą). A na tym zależy najbardziej autorowi – zawodowemu pisarzowi, podkreślającemu po wielokroć, że nic innego – krom pisania, golenia wódy i nawiązywania krótkotrwałych związków z kobietami w celach erotycznych – w życiu robić nie potrafił. To znaczy czasem próbował, ale tak dobrze, by się z tego utrzymać, mu nie wychodziło… Natomiast jakiż byłby sens pisania, gdyby zniknęli hurtem wszyscy czytelnicy? W sensie czysto logicznym – żaden. To jak spacer po ostrzu brzytwy. Brzytwy Ockhama – ma się rozumieć (nie mnóż bytów nad potrzebę…). Pilch znajduje sobie tłumaczenie: z jednej strony kompulsywne (bo bezcelowe, jak się wydaje) pisanie jest stanem umysłu, intelektualnym odpowiednikiem nałogu, instynktownym przedłużeniem bytu, protezą jestestwa, natręctwem….

Pokraj
political fiction , proza polska / 15 czerwca 2018

Andrzej Saramonowicz Pokraj Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2018 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Znasz-li ten kraj, ukochany kraj, umiłowany kraj?   Kupa śmiechu… Miała być, ale jakoś nie jest; więźnie gdzieś po drodze między przeponą a strunami głosowymi. Bo ten Pokraj, w którym toczy się akcja – podejrzanie znajomy, ci Pokrajanie, którzy w niej uczestniczą, jacyś tacy podobni. Do nas – jakby się kto pytał… Akcja zaś sama też coś nachalnie przypomina momentami. Co takiego? A to Polska właśnie… Co sobie uświadomiwszy, jakoś tracimy ochotę do dobrej zabawy, choć autor robi co potrafi (a potrafi zaprawdę wiele…), by na każdej dosłownie stronie tej lektury czytelnik goszcząc, mógł zarykiwać się śmiechem niczym dziki osieł… On – Saramonowicz – to umie, bowiem humorysta, satyryk i prześmiewca z niego przedni. W końcu z zawodu jest autorem scenicznym, scenarzystą filmowym, reżyserem, dziennikarzem, ze specjalnością raczej komediową. To przecież on napisał, przerobił na kino i zrealizował arcyzabawny, chwalony i chętnie oglądany „Testosteron”, spod jego ręki wyszły uwodzicielskie i nieodparcie zabawne „Lejdis”. To on jest zadziornym publicystą i wrednym krytykiem. Sukinsynem nawykłym do szargania świętości, pomników, stereotypowych mniemań i fobii. Saramonowicz umie się śmiać, zaś jego fantazja leksykalna jest niezrównana… Osobliwie w sferze onomastyki. Nadawane przez…

Czekoladki dla Prezesa
proza polska / 5 czerwca 2018

Sławomir Mrożek Czekoladki dla Prezesa Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Prolegomena polskie czyli akademia absurdu „Mrożek by tego nie wymyślił” (popularne przysłowie ludowe, sprawdzone w wielu okazjach…) Gdy Sławomir Mrożek, syn galicyjskiego pocztmistrza, człowiek wielu talentów (choć żadnego nie wystudiował do końca), w latach 50. ubiegłego wieku debiutował w krakowskiej gazecie codziennej (skądinąd był to „Dziennik Polski”…) jako miejski reporter, nikt nawet przez chwilę nie podejrzewał, co z niego wyrośnie. Nikt, może poza najbliższym przyjacielem rzeczonego Mrożka – Leszkiem Herdegenem, poetą i aktorem o głosie tak sugestywnym, że płoszył gołębie w obrębie Plant, naruszał bezpowrotnie powagę wielu urzędów, obezwładniał kobiety oraz doprowadzał je do czynów nie licujących z godnością (cokolwiek mogłoby to znaczyć…). Ówczesny naczelny wspomnianego „Dziennika…” Stanisław Witold Balicki podobno miał w kwestii przyszłości Mrożka jakieś profetyczne przeczucia, lecz nie pokwapił się ogłosić ich publicznie… Ale zblazowany Kraków przez stulecia dziejów nie takie wunderkindy widywał (i przeżył…). Ludzkość zatem rozwijała się, budowała zręby (lub dawała odpór) w błogiej nieświadomości, kto jej wyrasta pod bokiem. Ale cherlawy młodzieniec, publikujący humoreski w „Szpilkach” i rysunki satyryczne (gruba kreska, styl nieomal dziecięcy, wyrafinowanie prymitywny i do tego zwalająca z nóg sytuacja lub tekst…) w „Przekroju”,…

Blask
political fiction , proza polska / 27 maja 2018

Eustachy Rylski Blask Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Pieśń nieodległej przyszłości – wiele na to wskazuje, że całkiem możliwej… Absorbuje was pytanie, jak będzie wyglądała Polska po epoce Kaczyńskiego? #MeToo… Najpoważniejsi publicyści krajowi (i kilku o renomie międzynarodowej) zajmują się tym pytaniem, nie bacząc na gromki śmiech płynący ze środowisk wokółkaczyńskich, głoszących przekonanie, że innej Polski nie będzie, bo idee wodza rządzić będą zawsze – wiecznie żywe – wbrew prawom natury, zdrowemu rozsądkowi i doświadczeniom historycznym. Ale to oczywiście tylko wishful thinking akolitów prezesa, którzy już się pourządzali na całe życie i za nic nie chcieliby obudzić się z ręką w nocniku – za kratami gustownej celi. W Wołowie, Potulicach czy choćby na Białołęce… Pytanie – choćby nie wiem jak ignorowali jego sens, bagatelizowali czy zaklinali ludzie prezesa – wisi nad krajem niczym chmura gradowa, której oberwanie jest nieuchronne. To tylko kwestia czasu… I z każdym dniem pytanie staje się coraz bardziej masywne, natarczywe, Nie-Do-Odepchnięcia… I na to nie można urządzić referendum. Bo odpowiedź, jeśli uda się kiedykolwiek i komukolwiek ją sformułować – tak czy siak – natychmiast stanie się częścią Historii, a tej, jak wiadomo, nie ustala się w trybie głosowania… Na razie jednak…

Jak zawsze

Zygmunt Miłoszewski Jak zawsze Grupa Wydawnicza Foksal – Wydawnictwo WAB, Warszawa 2017 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Niebieska pigułka wehikułem czasu? „Był sobie dziad i baba, bardzo starzy oboje. Ona kaszląca i słaba, on skurczony we dwoje” Józef Ignacy Kraszewski (1838) Dość mam! Dość Zygmunta Miłoszewskiego w jego obecnej postaci: przedętego hucpiarza, efektownego beniaminka, samozwańczego farciarza, nie-skromnego (acz wręcz nieprzyzwoicie utalentowanego!) idola salonów. Młodzieniec ów (rocznik 1976; więc doprawdy nie ma o czym mówić…) dotknięty został stanowczo wyciągniętym paluszkiem matki Natury, obdarowany iskrą bożą o niepoślednim natężeniu i potencjale. Talentem po prostu. Ale nikt mu nie powiedział, że z darem tym należy obchodzić się ostrożniej niż ze szklanymi farfurkami z Murano, niż z rybką fugu, niż z prababcią narzeczonej, podgryzaną przez zaawansowaną osteoporozę… Miłoszewski doświadczył miłości czytelniczych tłumów (w naszej nieczytającej krainie półanalfabetów to zjawisko samo w sobie tak rzadkie jak biały wieloryb w Zalewie Zegrzyńskim) na skalę nadnaturalnie rozdętą. Z dwóch powodów: genialna akcja promocyjna i żałosny deficyt dobrych tekstów na rynku literatury rozrywkowej. Doprawdy Miłoszewski wobec nędzy tej branży jawił się jako talent czystej wody – no brylant, no istny cud! I wszystko by było w porządku, i kwitły by szczęścia stokrótki, zabrakłoby w końcu wątku, gdyby nie…

Robinson w Bolechowie
proza polska / 7 stycznia 2018

Maciej Płaza Robinson w Bolechowie Wydawnictwo WAB, Warszawa 2017 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Staromodne rzemiosło w poszukiwaniu rynkowej niszy Znacie ten typ literatury środka? Znacie… Trochę zalatuje późniejszym Orłosiem, może nawet domaga się identyfikacji w tym duchu – a może nawet zmierza w kierunku epiki Igora Newerly’ego (jeśli ktoś pamięta jeszcze to nazwisko…). Po lekturze chwalonego i obficie nagradzanego „Skorunia” pana Płazy nie odgadłem, że w drugim podejściu prozatorskim pójdzie on takim tropem. Choć zapewne bardziej niż ja uważny, bardziej profesjonalny krytyk (i lepiej poinformowany…) mógłby obstawić ten ruch. Zwłaszcza na to „poinformowanie” zwróciłbym uwagę. W gruncie rzeczy idzie tu bowiem o pewne delikatne środowiskowe uwarunkowania, o których się głośno nie mówi w towarzystwie, ale wszyscy wiedzą, o co chodzi. (O pieniądze?) Być może – choć wolałbym się w tej mierze grubo mylić – dyskretny dopisek na rewersie drugiej kartki frontyspisu co nieco objaśnia: „Powieść powstała w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.” Miło to wiedzieć. To oczywiście nie to samo, co ostrzeżenie, że treść czy tam fabuła zawiera „lokowanie produktu”. Ale tyz piknie… Lecz z tym wszystkim Płaza nie jest imitatorem literatury ani produktem marketingowym. Nie należy też do grona beniaminków salonowych, wywodzących się ze środowisk już…

Ogród ciemności i inne opowiadania. Wybór Tomasz Lem
proza polska / 2 listopada 2017

Stanisław Lem  Ogród ciemności i inne opowiadania Wybór Tomasz Lem Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017 Rekomendacja: 7/7 Ocena okładki: 4/5 Syn na tropie czyli sentimental journey Gdybym to ja miał zrobić wybór z krótszych form Lema (z zaleceniem, bym kierował się osobistymi emocjami), zacząłbym od pierwszego teksu Stanisława Lema, z jakim się zetknąłem. To było opowiadanie z cyklu Pirxowskiego: „Terminus” – drukowane w trzech odcinkach w miesięczniku „Młody technik” (rozumiecie ten wielodniowy ból oczekiwania na ciąg dalszy?) bodajże w lutym, marcu i kwietniu 1960 roku. Powód jest oczywisty i sentymentalny: pierwszy przeczytany Lem… A do tego dobry. Zapamiętany na zawsze. Na szczęście nikt mnie o zdanie nie pytał – jednego z setek anonimowych lemologów i lemofilów (raczej z naciskiem na to drugie lemo-). Wydawca zupełnie słusznie, trafnie i przewidująco zaufał synowskiej miłości, emocji, erudycji i intelektualnej uczciwości. Tomasz Lem – skądinąd autor synowskich wspomnień parabiograficznych „Awantury na tle powszechnego ciążenia” – okazał się czułym spadkobiercą… Synowska antologia rozpoczyna się tekstem fundamentalnym, wręcz założycielskim dla Tomasza Lema. Twierdzi on bowiem, iż opowiadanie „Ogród ciemności”, wydrukowane w „Tygodniku Powszechnym” w 1947 roku, jest bezpośrednią przyczyną sprawczą poznania się rodziców. Innymi słowy: dzięki lekturze panna Barbara Leśniak, studentka medycyny w Krakowie, zainteresowała się starszym…

Nieczułość
proza polska , reportaż / 23 października 2017

Martyna Bunda Nieczułość Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Wołanie z krainy ludzi milczących Gdy dziennikarz – zwłaszcza doświadczony zawodowiec z czołówki naszej profesji, członek zespołu najlepszego tygodnika opiniotwórczego na rynku, reporter, publicysta i kierownik – udaje się w stronę literatury i publikuje książkę, gatunkowo zdefiniowaną jednoznacznie jako powieść (tak stoi jak byk na okładce „Nieczułości”), oznaczać to może, iż albo ma dość, albo mu czegoś chwilowo zabrakło… Która z tych ewentualności zaszła w przypadku Martyny Bundy, dziennikarki od lat ponad dwudziestu, od 2004 roku w „Polityce”, od pięciu lat kierowniczki działu krajowego tygodnika? Myślę, że ta druga. Bo nie sądzę, aby miała dość – profesjonaliści jej pokroju nie rezygnują ze zmęczenia, z wypalenia, z bezsilności, z poczucia utraty sensu (aczkolwiek każda z tych okoliczności pojawić się może…). Czasem (bardzo rzadko) odchodzą, bo dostali lepszą propozycję. (Ale jaka może być lepsza – rzecznik prasowy, piarowiec, polityk? Toć to zajęcia dla niedorozwiniętych…). Czasem wychodzą z pobudek politycznych, czasem etycznych (bywa, że po lutersku: tu stoję, inaczej nie mogę…). Ale nic z tego się Bundy nie tyczy. Więc czegoś jej chwilowo zabrakło. Czego? Prawdopodobnie środków wyrazu. Historia urosła jak ciasto w dzieży (przez noc pod lnianą ściereczka, nieoczekiwanie; drożdży…