Taba-Taba

Patrick Deville  Taba-Taba Przełożył Jan Maria Kłoczowski Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2020 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Ruchawka na małą skalę? Historia przeciętnej drobnomieszczańskiej (ale z aspiracjami) prowincjonalnej rodziny francuskiej w ciągu ostatnich – powiedzmy – stu pięćdziesięciu lat, to zapis udziału w aktach powszechnego tumultu, zmieszany z manifestacjami potrzeby dobrobytu i pragnienia stabilizacji. Z jednej strony historia gwałtem swoje, z drugiej – Francuz wbrew wszystkiemu w poszukiwaniu świętego spokoju… Historia przeciętnej drobnomieszczańskiej rodziny francuskiej to patchworkowa mozaika obowiązków, potrzeby przetrwania i pragnienia przyjemnej egzystencji. Patrick Deville doskonale o tym wiedział. Ten francuski pisarz, podróżnik (bodajże otarł się też o zawodową dyplomację) i domorosły antropolog – badacz cywilizacji, był (i chyba nadal jest, mimo dojrzałego – jakieś 63 lata – wieku) maniakalnym wędrowcem. Na zasadzie odreagowania; w dzieciństwie po ciężkiej operacji biodra leżał rok w gipsie, więc potem MUSIAŁ się ruszać. A ruch od razu zyskał wymiar globalny, pod wpływem lektur zresztą. Inny nie wchodził w grę. Ta obsesyjna ruchliwość zaowocowała kilkunastoma książkami (Deville ma bowiem niepośledni talent pisarski, dysponuje dociekliwością iście detektywistyczną i fenomenalną erudycją) najróżniejszej konduity. Dość powiedzieć, że jego debiut książkowy miał tytuł: „Enologie et crus des vins”, czyli mniej więcej: Enologia (to nauka uzurpująca sobie…

Viva
esej biograficzny , esej historyczny / 18 września 2018

Patrick Deville Viva Przełożył Jan Maria Kłoczowski Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Czarna dziura pod wulkanami Gdy spojrzeć na sylwetkową mapkę Meksyku, jednobarwną jak plama w testach Rorschacha, widać tromboidalną (trąboidalną?) strukturę, wspierającą odwłok na ramieniu czy też statywie Baja California i bezwstydnie, rozwiąźle wypinającą sterczący fiut Jukatanu, rżnący na wskroś nieskalany błękit Karaibskiego Morza. Figura jakby anus mundi czy czegoś w tym rodzaju. Meksyk to wszystkożerny jamochłon – cokolwiek się tam pośle, wszystko znika: ludzie, idee, pieniądze, dobre wychowanie, pomysły, pieśni, materiały wybuchowe… Jakby to była jakaś rosiczka – owadożerna roślinka o wyjątkowo atrakcyjnej szacie i wabiącym zapachu… Meksyk – synonim wiecznotrwałej rozpierduchy, poczętej w grzechu założycielskim Hernána Cortésa – bezlitosnego mordercy, krwawego rabusia, brutalnego zdobywcy, pomysłowego stratega i ofiarnego rozkrzewiciela jedynej prawdziwej wiary katolickiej. Ponieważ wszystkie jego plany się powiodły, nie było poważnego powodu, by z grzechem Cortésa walczyć. Przecież się sprawdził… Rozpierducha nadal trwa (kartele narkotykowe…) i trwać będzie, zaś symbolem jej pozostanie aforyzm, streszczający w sensie ścisłym całą tamtejszą filozofię egzystencji: plata o plomo… Srebro lub ołów (więcej tłumaczyć chyba nie trzeba…) – wymowne to i celne. Wszystko zatem, co do Meksyku trafia, już we własnej, nienaruszonej postaci nie…

Ekwatoria
esej historyczny / 7 maja 2016

Patrick Deville Ekwatoria Przekład: Jan Maria Kłoczowski Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2016 rekomendacja: 5/7 ocena okładki: 3/5 Na równiku jest po byku? Podoba mi się pogląd pewnego kongijskiego profesora-marksisty (wykształconego zresztą w bywszym Leningradzie…), że cała magia równikowej Afryki bierze się z czysto astronomicznego faktu równej długości nocy i dni – po dwanaście godzin, jak w pysk strzelił. Bez okresów przejściowych. Świt wybucha jak Supernowa, zmierzch rozwala światło w try miga… Może dlatego potomek włoskich arystokratów (urodzony w papieskim Castel Gandolfo) Piotr Savorgnan de Brazza, w służbie zresztą francuskiej (oficer wojennej floty) uwziął się, by zmazać białe plamy z mapy serca Afryki? Może z tego powodu amerykański dziennikarz Henry Stanley uwziął się, by odszukać pewnego zaginionego podróżnika i pod palmową wiatą w wiosce Udżidżi nad jeziorem Tanganika zadać słynne pytanie :”Doctor Livingstone, I presume?” (a zaraz potem wychylić specjalnie na tę okazję przytarganego szampana ze srebrnych kubków…)? Pewnie dlatego niejaki Eduard Schnitzer (zbieżność nazwisk ze Schnitzerem z jednej z poprzednich recenzji absolutnie przypadkowa; aczkolwiek może nie całkiem…), śląski Żyd (z Opola), kazał nazywać się Eminem Paszą i uwziął się, by rządzić na poły mityczną prowincją Ekwatorią? Może Ernesto Che Guevara, zauroczony właśnie czarnobiałym yin i yang każdej nadrównikowej doby,…