Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych

29 czerwca 2020
Konrad Malec 


Myśliwce. Życie ptaków drapieżnych
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Orzeł i reszta

Wiek zaawansowany (na razie jeszcze umiarkowanie…) i kilka schorzeń poważnie upośledzających możliwości motoryczne (marsz skryty w terenie podmokłym alibo też wspinaczka na Halę Gąsienicową – która kiedyś była spacerkiem – teraz wykluczone!) ograniczyły w sposób boleśnie istotny jedno z moich ulubionych zajęć, czyli podglądactwo ornitologiczne. Ograniczyły, ale nie wyeliminowały. Mam bowiem w perypatetycznym zasięgu koło domu parczek niewielki ze starodrzewem, a w nim dwa stawki-oczka wodne nieledwie. A w zasięgu kilku minut samochodem – inne parki, już blisko stuletnie, z większymi akwenami (jeden nawet żeglowny…), mocno zadrzewione i zakrzaczone. A nawet „uparkowione” leśne uroczysko. Więc spacery o dowolnej porze roku coś tam jeszcze pozwalają dojrzeć.

Prócz wrednych, wszechobecnych gołębi (niechętnie i raczej w tajemnicy podziwiam je za upierdliwość i wytrwałą ekspansywność…) – widuję coraz liczniejsze mądre kawki i coraz mniej ich większych kuzynów gawronów. Tu i ówdzie spacerują zmanierowane sroki, nisko pod krzakami – plądrują państwo kosowie płci obojga, czasem przeleci rozhisteryzowana sójka, pojawią się na krótko gołąb grzywacz i sierpówka, z rzadka i pojedynczo (a kiedyś stadami…) zajrzy na trawnik szpak, buszują też zięby i rudziki, a słowiki rdzawe zajmują rewiry akurat przy hałaśliwych ulicach… Zimową porą oczywiście jemiołuszki, ale czasem i spotkanie z gilem się trafi. A na wodzie naturalnie kaczki krzyżówki (nawet licznie wodzą młode…), czasem pokaże się para łysek, zaś ostatnio do elity miejskich wodniaków dołączyły mewy śmieszki.

Tylko wróbli brak… Długie lata gnieździły mi się hałaśliwe pod parapetem, ale zniknęły spod okna (i z miasta w ogóle), gdy zaczęto bloki ocieplać styropianem. Na razie usiłują pokazać się w ich zastępstwie sikory. Nawet teraz, gdy piszę te słowa, obserwuję przez okno stadko energicznych ubogich, regularnie, co kwadransik, penetrujące gałązki szpaleru 65-letnich klonów (wiem, ile mają lat, bo sam je sadziłem…) – zawsze w jednym kierunku, z lewej na prawo… Czasem towarzyszy im spory dzięcioł, perkusyjnie sprawdzający na wszelki wypadek spożywczą zawartość jednego z pni, sfatygowanego i podeschniętego.

I to wszystko (no, prawie – bo jeszcze z okna widzę akrobacje jerzyków). Nie narzekam, chociaż wiem, że już raczej nie zobaczę ani orła przedniego, kołującego nad Kominami Tylkowymi, ani stadka batalionów, szykującego się o świtaniu do swego godowego misterium na nadbzurzańskim łęgu w Kterach, ani pluszcza korduska brodzącego chwacko po dnie potoku w Dolinie Chochołowskiej, ani hajstry patrolującej żabie bagienko koło Inowłodza, ani cytrynowej wilgi, pałaszującej owoce morwy na grobli przy dziadkowym stawie, ani sowy, która za nic nie chciała opuścić (uniemożliwiając tym samym prawidłowy obieg wody…) drewnianej budki upustu-mnicha na tejże grobli, ani dudka, harcującego na dziadkowej stodole, ani gniazda remiza wplecionego w gałązki wierzby na stawem Okręt (a może to było nad Rydwanem?) pod Łowiczem, ani zuchwałego błotniaka stawowego tamże (na głowie chciał mi skubany wylądować!), ani osobliwej „spiżarni” dzierzby gąsiorka przy ścieżce pod Tarnicą… Ani stadka puffinów (maskonurów, lundów, papug morskich) – z czego najbardziej jest dumny – na klifach wyspy Hoy w archipelagu Orkadów.

Taaaa, reszta jest milczeniem… Zwłaszcza że i wzrok już nie ten… W tej sytuacji nie pozostaje nic innego niż śledzenie literatury ornitologicznej – ewentualnie kilku rzetelnie, profesjonalnie prowadzonych stron, blogów czy kont w sieci. Z literaturą – nie licząc elitarnych, hermetycznych publikacji akademickich – problem jest, że mamy jej niewiele. Oczywiście jest Noah Strycker – amerykański ornitolog-wyczynowiec; ten o ptakach wie więcej, niż ktokolwiek inny współcześnie na świecie. Był wszędzie, gdzie latają ptaki, widział (w ciągu roku – na tym polega ten wyczyn) ponad połowę gatunków ziemskiej awifauny. Ale przy okazji megalomańskiej nieco rekordomanii (której nie pochwalam) potrafi o ptakach pisać. Jego „Rzecz o ptakach” (którą miałem przyjemność rekomendować w tym blogu 22 kwietnia 2017 roku) to – obok jakiegoś poważnego, wnikliwego i wyczerpującego podręcznika akademickiego ornitologii – lektura najzupełniej podstawowa, by zrozumieć, czym się właściwie pasjonujemy. Strycker jest bowiem kompleksowym ptasim behawiorystą i przekonująco tłumaczy to, co my potrafimy zaledwie zaobserwować – z reguły nie odpowiadając na pytanie: dlaczego? A on wie…

Na szczęście nie musimy poprzestawać na Stryckerze. Mamy swojego ptasiego podglądacza, który wybitny talent pisarski dostał w genach i daru nie marnuje. To Stanisław Łubieński – syn Tomasza, wnuk Konstantego; jego fenomenalna ptasia gawęda „Dwanaście srok za ogon” dotarła do finału nagrody Nike. No, ale to było w 2017 roku… Toteż gdy Wydawnictwo Czarne w swej serii Menażeria zapowiedziało edycję „Myśliwców” (o ptakach drapieżnych) Konrada Malca, z zainteresowaniem rzecz zamówiłem, zadatkowałem i niecierpliwie oczekiwałem przesyłki. Z góry wiedziałem, że nie jest to solenna naukowa monografia, a autor nie zbiera akademickich punktów za publikację i pewnie nie ubiega się o habilitację. Więc się nie zawiodłem. Ale z drugiej strony – jak kolokwialnie mówią na mieście – dupy nie urywa… Czemu? Wszystko po kolei.

W sumie wychodzi na to, że pan Konrad Malec jest profesjonalnym ornitologiem – weteranem zasiadek w ptasich czatowniach, wyrypiarzem i przodownikiem łazęg po nieludzko pięknych i zarazem trudniej dostępnych okolicznościach naszej rodzimej przyrody. Zgromadził doświadczenie tak wielkie, iż można przypuszczać, że osrał go niegdyś bielik – a to przeżycie hartujące charakter, formacyjne zgoła, próba inicjacyjna, rytuał przejścia do klanu wtajemniczonych… Zresztą pewnie dla ornitologa „optakanie” (swoją drogą ładne słówko…) – osobliwie przez ptactwo kolonialne (w sensie: żyjące gromadnie), takie na przykład kormorany, mewy czy rybitwy – to profesjonalna codzienność. Zakładam zatem, że Malec z równym zawodowym oddaniem liczy jaja w gniazdach, obrączkuje ptaki wedle regulaminu, czy regularnie patroluje rozwieszone siatki-pułapki. Pełna profeska – innymi słowy… Niezależnie od tego czy akcja toczy się na piaskach wydm Mierzei Wiślanej, na wielkomiejskim wysypisku śmieci, na biebrzańskich bagnach, na wyrobisku kopalnianym w Bełchatowie czy w terenie silnie zurbanizowanym.

Ale obserwacyjna eksperiencja to nie wszystko. W przypadku pana Malca dialektyka trochę pohulała – i ilość przeszła w jakość. A właściwie utworzyła jakość nową – suma doświadczeń przeobraziła się w umiejętność opowiadania o nich. Okazał się Malec być przednim, językowo całkiem sprawnym gawędziarzem. Nie mam pojęcia (i nie obchodzi mnie to!), na ile Malec radzi sobie z regułami naukowej poprawności metodologicznej i ornitologicznym aparatem naukowym – cieszy mnie, że potrafi ładnie opowiadać, zaś jego sprawność dygresyjna (umie przestać i się nie plącze…) oraz rozległość ptasiej i pozaptasiej erudycji wręcz zawstydza. „Myśliwce” dzięki temu to prawdziwy popis literacki, pełen wtrętów i uzupełnień natury historycznej, heraldycznej, sfragistycznej, numizmatycznej. Poczynając od sporu, który orzeł był ptakiem wzorcowym dla licznych herbów w Rzeczypospolitej – bielik czy przedni? Ustawa zasadnicza (art. 28) tego nie przesądza – stanowi tylko, że godłem państwowym jest wizerunek białego orła (z koroną typu otwartego na głowie) w czerwonym polu. Ale czy to ptak gatunkowo konkretny, czy orzeł synkretyczny, symboliczny, wyimaginowany?

Dodajmy do tego, że Malec okazał się być wnikliwym, krytycznym i zarazem pełnym szacunku czytelnikiem starego piśmiennictwa ornitologicznego – takiego Tyzenhauza, Taczanowskiego, Sokołowskiego. Umie wygrzebać stosowne cytaty, skomentować i hołdy należne oddać. Zarazem z krytyczną interpretacją spiesząc. Poza tym Malec nie stroni od sensacji, a nawet intrygi kryminalnej. W rezultacie zwyczajna popularna monografia ornitologiczna staje się fabularnym thrillerem z życia (i śmierci…) ptasząt.

Tylko – gdzie w tym wszystkim są drapieżne ptaki szponiaste, od orła poczynając? Są, są… Malec po mistrzowsku montuje swoje dygresje i idiosynkrazje z okruchami (czasem nawet całkiem sporymi) prawdziwej wiedzy o życiu drapoli (swoją drogą – ładne słówko z ornitologicznego slangu, mięsiste i obrazowe…). O ich biologii, obyczajach prokreacyjnych, życiu rodzinnym, osobliwościach anatomicznych, ułatwiających specjalizację… O tragicznych per saldo skutkach współwystępowania na tych samych terenach z… człowiekiem, którego podziw dla urody szponiastych i ich zdolności myśliwskich idzie w parze z niepohamowaną… wrogością, rzekomo z powodów gospodarczych – ściślej: domniemanego szkodnictwa. Żaden pejzanin nie daruje jastrzębiowi łba urwanego ulubionej kurce-niosce, bo nie przeliczy sobie, ileż taki drapieżnik uratuje kilogramów jego ukochanego żytka czy pszenicy, bezlitośnie polując na myszowate. Tak – człowiek nie okazał się być dobrym sąsiadem dla latających drapieżników. Fałszywe mniemanie o konkurencyjności… Może dzięki Malcowi uda się te stosunki naprawić – póki nie jest zupełnie za późno…

Nie uda się natomiast naprawić pewnej nędzy poznawczej „Myśliwców”. O ile mniemam, iż całkiem słusznie Malec pozbawił swą pracę ozdób w postaci wykresów, tabelek, dokładnych opisów taksonomicznych, infografik i innych „szczegółów anatomicznych”, znamionujących etos „prawdziwego naukowca” – to jednak parę mapek i fotografii mogłoby się przydać. Wiem, że Wydawnictwo Czarne realizuje tę swoją serię po taniości, a zdobnictwo wszelkiego rodzaju wydatnie podnosi koszty, niemniej taka surowa skromność edytorska, wręcz ascetyczność, wydaje się przesadna… Oczywiście nie wymagam, by książeczka Malca od razu pełniła funkcję klucza do oznaczania gatunków, ale bardziej ilustracyjna mogłaby być. Sama wyobraźnia nie wystarcza – nawet gdy ma się do dyspozycji wyczerpujące werbalne opisy Malca. Mogę zatem rekomendować radości płynące z lektury „Myśliwców”. Ale do plecaka razem z lornetką spakować się jej nie zaleca. Fakt, nie taki był zamysł, ale czasy idą ciężkie, więc i mniej tu miejsca na wyniosłą, elitarną demonstrację…

Tomasz Sas
29 06 2020)

P.S. Zakładam, że w Beskidzie Niskim trudniej znaleźć wykwalifikowaną korektorkę niż gdziekolwiek indziej, ale przecież Wydawnictwo Czarne od lat słynie ze znakomitej organizacji pracy rozproszonej, opartej o łączność elektroniczną (home working praktykowali od początku swego istnienia, gdy o pandemii nikomu się nie śniło). Grupa redakcyjna czworo do pięciorga ludzi liczy – w tym ktoś taki jak „opiekun redakcyjny” (co za czort?), korektorki dwie i jeszcze pani dokonująca składu (też powinna znać polski język i czuwać). No więc czemu na 157 stronie pojawia się jakieś „tępo” zamiast tempa? Czemu? TS.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *