D-Day

18 czerwca 2020
Giles Milton 


D-Day
Przełożył Marek Fedyszak
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2020

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Dzień do innych niepodobny…

Gdy w 1959 roku irlandzko-brytyjski dziennikarz, korespondent wojenny i publicysta Cornelius Ryan wydał swój monumentalny monograficzny reportaż heroiczny „Najdłuższy dzień” („The Longest Day” – oczywiście o otwierającym drugi front desancie Sprzymierzonych na plażach Normandii 6 czerwca 1944 roku) – można było przypuszczać, że długo nikt się na coś podobnego nie porwie, zważywszy na: a) brawurową genialność dzieła Ryana, b) wyczerpanie tematu, c) upływ czasu, bezlitośnie likwidujący dostęp do najlepszych źródeł takiego tekstu, czyli rozmów z bezpośrednimi uczestnikami, żołnierzami, którzy brodzili po piaskach plaż Omaha, Utah, Gold, Juno i Sword, czy skakali ze spadochronami wprost pod lufy kaemów MG-42 w Sainte-Mère-Église (a także z tymi, którzy z tych kaemów strzelali).

Gdy Ryan zaczął zbierać materiały do swej pracy, od zakończenia wojny upłynęło ledwie dziesięć lat, mógł więc rozmawiać dosłownie z dziesiątkami tysięcy uczestników zdarzeń – wciąż młodych i sprawnych, pamiętających wiele (czasem zbyt wiele…), a zarazem do swych wspomnień nabierających krytycznego dystansu. Ryan wykonał sam (z niewielką pomocą przyjaciół) gigantyczną robotę dokumentacyjną, zbierając tysiące relacji i dokumentów ponad własne potrzeby; po ostrej selekcji wykorzystał niewielką część swej kolekcji. Ryan wypracował własną metodę narracji, montując tekst z okruchowych relacji, naznaczonych bardzo osobistymi emocjami, wrażeniami, obejmujących dostępny percepcji pojedynczego żołnierza czy młodszego oficera wycinek gigantycznego skądinąd pola walki. Tak stworzona mozaika działań bojowych i towarzyszących im zdarzeń z założenia niewiele miała wspólnego z wygładzonymi relacjami sztabowców. Toteż Ryan do sztabów zaglądał jak najrzadziej się dało – tylko po to, by „zaktualizować mapy”, skorelować uogólnione zapisy przebiegu zdarzeń na polu walki, odnotować postępy, sprawdzić, czy w planowanym czasie osiągane są cele kampanii… Innymi słowy: zbudować rusztowanie operacyjne, na którym umieszczał kamyczki swej mozaiki. A te kamyczki to losy pojedynczych żołnierzy i cywilów wplątanych w dynamikę pola walki, miejsc bezpośrednich starć…

Human factor, czyli czynnik ludzki – tak można nazwać udoskonaloną przez Ryana szkołę relacjonowania wojny. Udoskonaloną, bo przecież nie przez niego wynalezioną. Wojenne korespondencje Erniego Pyle’a, Ernesta Hemingwaya, Walthera Cronkite’a – a Wasilija Grossmana na drugim krańcu teatru wojny miały właśnie ten walor – los człowieka. Jednego. Raz ginącego (często w okrutny sposób) zanim zdążył zrobić cokolwiek, raz zapadającego się w sobie i unicestwiającego, innym razem heroicznego, bez kalkulacji „robiącego to, za co mu płacą”. Za co krasnoarmiejcy tak bezgranicznie uwielbiali Grossmana? Bo pisał o ich kumplu Iwanie – łokieć w łokieć w okopie – a nie o tym, jak przesuwają się strzałki na sztabowych mapach… Reporterzy, którzy wzięli sobie do serca i oswoili ten sposób pisania o wojnie, odnosili sukcesy. Także wiele lat po ustaniu działań. Im mniej operacyjno-strategicznego, sztabowego ględzenia – tym lepiej się czytało.

A Ryan został niekwestionowanym klasykiem. Jego książkę wprędce sfilmowano; powstała monumentalna epopeja Darryla F. Zanucka z gwiazdorską obsadą (Richard Burton, Henry Fonda, Robert Mitchum, Paul Anka, Curd Jürgens, John Wayne, Bourvil…). Gdy podobną techniką (ale z większym udziałem generalicji…) wydał w 1974 roku książkę „O jeden most za daleko” (to o nieudanej operacji desantowo-pancernej „Market-Garden”, mającej na celu uchwycenie przepraw na dolnym Renie – w tym mostu w Arnhem), film zrobiono (Richard Attenborough w 1977 roku) z niej niemal natychmiast, a gwiazd było jeszcze więcej: Sean Connery, Gene Hackman (niezapomniany w roli generała „schnura” Sosabowskiego), Liv Ullmann, Laurence Olivier, Anthony Hopkins, Maximilian Schell, Ryan O’Neal, Robert Redford, James Caan… Tak oto sukcesy wydawniczo-kinematograficzne uczyniły z Corneliusa Ryana filar popkulturowej sprawozdawczości wojennej. Niestety, sławy tej nie zdążył skonsumować, albowiem zmarł (rak prostaty)w 1974 roku. Ale temat zdążył wyczerpać…

Toteż z niemałym zdziwieniem skonstatowałem, że wydawnictwo Noir sur Blanc zapowiada sążnisty reportaż historyczny „D-Day” (z podtytułem „Żołnierska opowieść”) Gilesa Miltona, skądinąd mistrza tego gatunku. Miałem już przyjemność niekłamaną rekomendować w tym blogu (dokładnie 8 września 2018 roku) jego „Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych” – fenomenalny przykład reporterskiej z ducha i litery narracji wojennej. Nie sądziłem jednak, że Milton, znany dotąd z eksploatacji tematów równie ciekawych, co nieznanych szerzej lub zgoła zapomnianych, ruszy w dawno odkryte rejony… Kto, poza garstką zawodowych historyków, słyszałby o wojnie brytyjsko-holenderskiej o gałkę muszkatołową, gdyby nie Milton? Ale operacja w Normandii, wielokrotnie wcześniej opisana i sfilmowana (choćby fantastyczna sekwencja desantu w „Szeregowcu Ryanie” – zbieżność nazwisk z Corneliusem R. przypadkowa, a może nie… – przez Stevena Spielberga i operatora Janusza Kamińskiego)?

Co to było? Wyważanie otwartych drzwi? Arogancka uzurpacja pod znakiem „ja wiem lepiej”? Po części pewnie tak… Ale przede wszystkim nieodparte przekonanie, że da się coś nowego powiedzieć, a „ja to potrafię…” Milton zaryzykował wiele. Gdyby mu się nie powiodło – straciłby reputację i sporo czasu: taka książka wymaga bowiem mnóstwa studiów, lektur, przygotowań, szperaniny w archiwach, podróży i rozmów.

Ale chyba się udało… Milton po swojemu przepracował genialną metodę Ryana, jego wynalazek narracji mozaikowej i uczynił z niej mistrzowski, absolutnie doskonały oręż reporterski. Owszem, garściami czerpał z zasobów archiwum Ryana, złożonego w Ohio University. Owszem, przetrzepał ponownie i dokładnie amerykańskie, kanadyjskie, brytyjskie i francuskie archiwa wojenne oraz oczywiście niemieckie Bundesmilitärarchiv. Samodzielnie też dotarł do kilku nowych, ciekawych źródeł i wzbogacił narrację nieznanymi szczegółami. Rezultat przeszedł oczekiwania: wydawało się to niemożliwe, ale opowieść Miltona wygląda lepiej niż relacja Ryana. Większa dynamika opowieści, język barwniejszy i bliższy duchowi pola walki, więcej szczegółów (w tym tych drastycznych – ale to nie jest zarzut!), więcej krytycznych uwag i połajanek, więcej żołnierskiego trudu (z odrobiną patosu), więcej bitewnego zgiełku, więcej obiektywnego zbilansowania wysiłku po obu stronach frontu. No i ta ręcznie szyta w Paryżu para butów z szarego zamszu – prezent od feldmarszałka Römmla na urodziny żony (okazały się przyciasne…).

Owszem – można Miltonowi postawić zarzut pewnej wtórności narracyjnej wobec Ryana. Ale jak tu inaczej napisać o szybowcowym nocnym desancie grupy majora Johna Howarda z brytyjskiej 6. Dywizji Powietrznodesantowej na mosty w Ranville i Bénouville. Te mosty miały bezwzględnie przetrwać, by operacja się powiodła – więc wyobraźcie sobie rozterki Howarda, oczekującego na wsparcie. Wsparcie, którego udzielić miał 33-letni brygadier Simon Fraser ze swym oddziałkiem komandosów z 1. Special Service Brigade. Fraser, lepiej znany jako Lord Lovat (piętnasty w linii Lovatów i zarazem dwudziesty piąty szef szkockiego klanu Fraserów) żołnierzem był arcydzielnym i wielce ekscentrycznym. Ubrany w biały golf, uzbrojony w amerykański karabinek M1 oraz „domową” myśliwską strzelbę Remingtona, prowadził swych komandosów mając u boku wyposażonego w… szkockie dudy szeregowca Billa Millina, który grał zapalczywie stare „mobilizujące” szkockie melodie podczas desantowania i szturmu na plaży, a broniącym mostów spadochroniarzom na powitanie zagrał hymn zbuntowanych jakobitów „Blue Bonnets over the Border”. Jak to opisać inaczej, niż wcześniej zrobił to Ryan? Nie da się ani pomniejszyć, ani powiększyć – musi być tak, jak się zdarzyło… Podobnie z wspinaczkowym, „alpejskim” szturmem batalionu rangersów Jamesa Ruddera do baterii stopięćdziesiątekpiątek na klifie Pointe du Hoc na skraju plaży Omaha. Do baterii, której na stanowiskach… nie było. I w tym przypadku podobieństwa opisów było nieuniknione… Podobnie jak w zwięzłym opisie wyczynów bystrego podpułkownika Bena Vandervoorta ze 101 Dywizji Powietrznodesantowej, dowodzącego szturmem na Sainte-Mère-Église – ze złamaną nogą. Za to nie ma sobie równych krótki opis zatopienia (w wyniku niemieckiego ostrzału z lądu) amerykańskiego niszczyciela USS „Corry” dwie mile morskie od brzegu plaży Utah… Zaś brutalna w swej wymowie relacja z bombardowania Caen to już naprawdę najwyższa półka literatury wojennej.

Epizody bitewne pod piórem Miltona nabrały kolorów (z przewagą krwistoczerwonego, niestety…) pierwszorzędnej batalistyki. Facet, który nie był doświadczonym weteranem (rocznik 1966!) – ergo: żadnych własnych doświadczeń z jakiegokolwiek pola walki nie wyniósł, zawierzył zebranym przez siebie materiałom. Rzucił się z głową naprzód przez mgłę, ale po drugiej stronie wyszedł z kawałkiem pierwszorzędnej roboty. No cóż, oprócz własnych talentów, stanęła za nim cała bogata anglojęzyczna literatura batalistyczna – od niezrównanego mistrza metaforycznego patosu wojennego Williama Shakespeare’a począwszy. To zobowiązujące dziedzictwo nie sparaliżowało Miltona. Przeciwnie. Wywiązał się.

Przy okazji zaś dowiódł, chyba już bezspornie, że desant w Normandii nie był bitwą generałów i pułkowników; tę robotę zwycięsko wykonali młodsi oficerowie i zwykli sierżanci. Fakt: sztabowcy wszystko pięknie zaplanowali, rozpisali w kolumnach harmonogramów co do minuty, narysowali na mapach kierunki, wyznaczyli cele, opisali sektory, dozory i namiary. Napisali wytyczne i rozkazy. Słowem: skompletowali wszystko wedle reguł sztuki wojennej i własnej wyobraźni (wielu przykładów takiej operacji w dziejach wojen nie znaleźli…). Bezbłędnie. No, prawie. Ale to prawie zrobiło wielką różnicę. Generałowie założyli bowiem, że cała machina – kółeczko po kółeczku – wykona plan w całości i bez zakłóceń. Założenie nawet w teorii wojskowości absurdalne – aby ordre de bataille nie przewidywał szerokiego marginesu na błędy, chaos, nieprzewidziane zdarzenia, opór nieprzyjaciela, falowanie morza, a nawet odporność radiostacji na zetknięcie ze słoną wodą… Nikt tak naprawdę nie policzył, z jaką prędkością bokiem do fali lub przeciw niej płynąć będą trzydziestotonowe shermany, wyposażone w lichutkie brezentowe pływaki i prowizoryczny napęd. I tak dalej… No cóż, ci sztabowcy (a przynajmniej większość z nich) po raz pierwszy w życiu planowali taką operację. Ale to żadne usprawiedliwienie…

Istotna jest inna okoliczność – nikt nie przewidział, że efektywne (to znaczy umożliwiające zmianę planów) dowodzenie operacją desantową w toku okaże się tak trudne. Oczywiście w tej fazie działań Głównodowodzący nie był nikomu do niczego potrzebny – mógł obie spokojnie siedzieć w przyczepie postawionej w parku wokół Southwick House – kwatery głównej wojsk sprzymierzonych na południu Anglii – i flirtować z kierowcą, panną Kay Summersby. I czekać. Na informacje, raporty, meldunki. Eisenhower lepiej by zrobił, słuchając radia BBC… W tym samym czasie średni szczebel generalskiego dowodzenia (także Omar Bradley, zastępca Ike’a) miotał się bezproduktywnie po pomostach bojowych pancerników na Kanale La Manche. Widzieli tyle, ile dostrzegli w lornetkach; nie słyszeli nic… Radiostacje desantu albo legły na dnie, albo bez sensu marnowały baterie. Nikt nie pomyślał, że pracująca bez przerwy pełną mocą radiostacja dowolnego pancernika skutecznie zagłuszy wszystkie urządzenia radiowe na wiele mil wokół. Tak więc zabrakło informacji zwrotnej – meldunków o postępach, stratach, przeszkodach, próśb o wsparcie ogniowe (taki typowy pancernik z działami piętnastocalowymi w parę minut celnego ognia potrafił zamienić bunkry Wału Atlantyckiego w kupkę dymiących gruzów…). Po walce okazało się, że Bradley jednak klecił z okruszków informacji cogodzinne meldunki sytuacyjne dla głównodowodzącego, ale nierozszyfrowane depesze w sztabie Montgomery’ego uznano za mało ważne i odkładano na bok… Taka jest wojna!

W rezultacie cała operacja stała się łańcuszkiem odizolowanych akcji (sąsiedzi albo niewiele, albo zgoła nic o sobie nie wiedzieli), nieskoordynowanych i pozbawionych wsparcia, często prowadzonych w niezaplanowanych lokalizacjach (łodzie desantowe są podatne na prądy, wiatr i falowanie morza oraz ostrzał z brzegu – więc lądują, gdzie popadnie…). Cały ciężar dowodzenia spadł na dowódców kompanii, rzadziej batalionów i innych formowanych ad hoc grup taktycznych. Kapitanowie, porucznicy i w końcu sierżanci (gdy oficerowie zginęli…) – to rdzeń sukcesu operacji Overlord. Wyszkoleni, zdeterminowani, heroiczni zgoła… Samodzielni, zdolni do improwizacji, potrafiący dowodzić nie tylko krzykiem czy ruchem ręki, ale własnym przykładem. Zdecydowały osobiste umiejętności i żołnierskie cnoty, nie gwiazdki na pagonach. W rezultacie na brytyjskich plażach i w strefach desantu dowodziło kilku brygadierów (ale to byli zawodowcy najwyższej próby), a na amerykańskich plażach Utah i Omaha w pierwszej i drugiej fazie natarcia pierwszego dnia znalazło się tylko dwóch (plus dwaj w desancie powietrznym…) jednogwiazdkowych generałów, którzy i tak – pozbawieni łączności i kontroli – funkcjonalnie mogli dowodzić co najwyżej zgromadzonymi w zasięgu głosu i wzroku przetrzebionymi kompaniami. Co też uczynili, wykonując robotę poruczników. Inna rzecz, że dawali przykład i lepiej mobilizowali szeregowców do nadzwyczajnego wysiłku. Taki leser jeden z drugim dawał z siebie więcej, gdy widział, że obok zapierdala jednogwiazdkowiec, lekceważąc śmiertelne zagrożenie.

Tak – Overlord to była bitwa młodych oficerów i szeregowców, co Milton starał się udowodnić. Chyba mu się udało… W każdym razie lektura daje błyskotliwe powody, by tak sądzić. I to jest ta nowa „wartość dodana” relacji Miltona. Warto przeczytać – nawet jeśli dziś obchodzi nas to wszystko już znacznie mniej… A jak popatrzycie na okładkowe zdjęcie, to pół kadru zajmuje dudziarz Bill Millin, a ten facet brodzący nieco na prawo od kolumny żołnierzy, z uniesionymi łokciami, to sam Szymon Fraser, piętnasty lord Lovat… W tle zabudowania miasteczka Lion-sur-Mer.

Tomasz Sas
(18 06 2020)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *