Teatr świata. Mapy, które tworzą historię

16 grudnia 2018

Thomas Reinertsen Berg

Teatr świata. Mapy, które tworzą historię
Przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak (litera nova), Kraków 2018

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Zapamiętać świat…

Stryj Bolesław rysował mapy. Zawodowo. Był kapitanem geografem w Wojskowym Instytucie Geograficznym; zginął w katastrofie lotniczej (w owianym kiepską sławą samolociku rozpoznawczym lubelskiej fabryki Plage Laśkiewicz) na polowym lotnisku pod Wilnem w sierpniu 1938 roku. Niewiele pamiątek po nim zostało – warsztat rysownika i zbiory prac uległy rozproszeniu, gdy w styczniu 1940 roku rodzina dostała 45 minut na spakowanie i została wysiedlona z własnego domu, by zrobić miejsce dla jakiego chamskiego Szwaba przeflancowanego do Łodzi z Besarabii, na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow. Przypadkiem ocalał tylko „Powszechny atlas geograficzny” Eugeniusza Romera – niegdyś prezent od stryja dla najmłodszego brata (a mojego ojca…). I to była moja podstawowa lektura we wczesnych latach 50. Dzięki atlasowi Romera nauczyłem się czytać na długo przed pójściem do szkoły, a z mapami (i to w najlepszym wydaniu…) zaprzyjaźniłem się jako dziecię nieletnie…
Od tamtej pory każdą mapę w zasięgu wzroku staram się wziąć do ręki i uważnie przestudiować. Chyba że formę ma niewygodną – wielkiej ulicznej tablicy z planem miasta czy przydrożnej planszy reklamującej lokalne atrakcje turystyczne lub wytyczającej drogi objazdu, rytu naskalnego albo zwoju na płótnie z obciążającymi drążkami i sznurkiem do wieszania na ścianie, tablicy, stojaku… Ale takim mapom też zawsze uważnie i długo się przyglądam. Natomiast wszelkie inne podręczne i poręczne mapy, choćby to były tylko schematyczne rysuneczki z folderów krajoznawczych, traktuję z uwagą, szacunkiem i ostrożnością. Kolekcjonuję plany miast, schematy linii metra i innej komunikacji. Przez trzy lata (z czterech…) w liceum wszystkie przerwy (wespół z piątką niezapomnianych przyjaciół) spędziłem jako załogant pakamery z mapami do nauki historii (kolekcja liczyła grubo ponad dwieście pozycji…) i zaufany pomagier niezapomnianej profesor Ireny Dramińskiej. W kanciapie oprócz map mieliśmy czajnik i elektryczną maszynkę (te smoliste herbatki…), stolik z dwiema szachownicami (ale nadawał się też do brydża) i podręczną biblioteczkę historyczną, z pewną zakonspirowaną porcją prohibitów. W zasadzie odwiedzali nas tylko dyżurni gońcy z innych klas, wypożyczający stosowne mapy na lekcje – zaprzysiężeni, pod groźbą powyrywania nóg z dupy, gdyby mapa nie wróciła albo została niechlujnie zwinięta lub – uchowaj Matko Naturo! – uszkodzona. To ci było życie…
No więc szanuję mapy, wręcz kocham. Ale bez przesadnej egzaltacji – nie dostrzegam w nich ani czwartego gatunku literatury (obok prozy, poezji i dramatu), ani teatrum mundi – sceny z dekoracjami, na której gatunek ludzki wiedzie swoją niekończącą się opowieść – chaotyczną, okrutną, piękną – czyli samo życie. Bez przesady… Oczywiście mapa jako taka może mieć wartość metaforyczną, symboliczną czy transcendentalną zgoła. Można jej przypisywać właściwości magiczne, religijne, ideologiczne. Może być narzędziem opresji – ale zarazem środkiem terapii. Może być malwersacją, opinią, krzykiem, faktem, mitem, pytaniem, argumentem, złudzeniem, tajemnicą, filantropią, plastrem, marzeniem… Wszystkim być może. Ale w istocie swej jest tylko informacją: albo narzędziem mnemotechnicznym, albo środkiem porozumiewania się.
Dlaczego zaczęliśmy rysować mapy? Bo zauważyliśmy, że nie możemy bezgranicznie ufać naszej pamięci, dostrzegliśmy, że nie potrafimy dłużej przechować w umyśle istotnych szczegółów, że zacierają się akurat wtedy, gdy ich przywołanie miałoby istotne znaczenie. Nasz przodek – wyobraźmy sobie – znalazł dobre miejsce, by urządzić zasadzkę na jakieś mięsko; aby nie zapomnieć, jak tam wrócić, wydrapał czubkiem krzemiennej siekierki na kawałku brzozowej kory parę kresek i znaczków: gdzie ta rzeczka z bagienkiem pod skalnym urwiskiem… Wieczorem zaś skwapliwie pochwalił się przy ognisku – mamuta tu mam! Sam przecież by go nie upolował, więc zaprosił ziomali. I to druga funkcja mapy – porozumiewawcza, komunikacyjna. Współplemieńcy nie musieli się zdawać na przypadek; spokojnie zaplanowali polowanko, bo dowiedzieli się gdzie… Parę tysięcy lat później osiadły, uprawiający proso i samopszę albo płaskurkę potomek łowcy narysował węgielkiem na płocie w środku osady prostokącik z paroma symbolami na krawędziach i rzekł sąsiadom – moja chata z kraja, ale niech mi który spróbuje radłem moją skibę ruszyć, popamięta! Tak mapą zakomunikował istnienie świętego prawa własności gruntu… Sąsiedzi poczuli respekt, ale obok szybko dorysowali swoje poletka.
Kartografia ruszyła z kopyta. Potem pojawili się mędrcy, filozofowie z tymi swoimi ambicjami ogarnięcia i opisania świata rzeczywistego i boskiego; zaczynali od rysowania map (przeważnie imaginacyjnych, w najlepszym przypadku z zasłyszanych opowieści bywalców…) oczywiście. Potem władcy kazali uczonym opiewać podboje, zapisywać szlaki zwycięskich wypraw, opisywać dalekie krainy, które warto byłoby skolonizować; swoje potrzeby zgłaszali też kupcy, żeglarze (chociaż tym potrzebne były również periplusy, czyli jakby dzisiejsze locje: opisy wybrzeży, zatok, cieśnin, szlaków do i z portów, znaków nawigacyjnych i orientacyjnych, tabele prądów i pływów i lokalnych wiatrów), pobożni pielgrzymi. Potem pojawili się odkrywcy, piraci, żołnierze, poszukiwacze, turyści, biznesmeni. Każdy z potrzebą mapy. Potem pojawił się Thomas Reinertsen Berg – 47-letni norweski dziennikarz i analityk, skądinąd specjalista od Bliskiego i Środkowego Wschodu tudzież Północnej Afryki – i postanowił uporządkować mapiarskie skłonności ludzkości…
„Teatr świata” to książka niezwykła… Z dwóch powodów, z których jeden jest jej plusem, a drugi – minusem, choć nie do końca, nie bezapelacyjnie. Ten plus to holistyczny wywód Berga, mówiący więcej o filozofii, socjologii i psychologii i ekonomii mapy niż tylko o jej historii. Mapy i atlasy to dla Berga mówiący partnerzy – czasem skromni i dyskretni, czasem rozgadani do granic. Wytrzymałości… Zdradzający także tajemnice intelektualne swych autorów – ich wady, zalety nawyki, fobie; nawet w epoce daleko posuniętej standaryzacji, komputerowej obróbki obrazów satelitarnych. Mapa to zawsze mówiący do ciebie drugi człowiek… Trzeba tylko umieć słuchać i czytać. Język map to zawsze był prosty komunikat (chyba że względy wyższego rzędu kazały przekaz zaszyfrować…) – czytelny i wymowny. Nie znam żadnego języka ugrofińskiego, ale mapy sporządzone przez Estów, Finów czy Madziarów pojmuję bez trudu. Język map jest bowiem uniwersalny – i zaczął taki być w bardzo wczesnej fazie rozwoju geografii. Język map to rysunek, symbol graficzny, kolor. Ląd był lądem, linia brzegowa linią brzegową, woda wodą, rzeka rzeką, droga drogą, góra górą, a most mostem i miasto miastem. Od najprostszego szkicu patykiem na piasku po wyrafinowany, wykwintnie ozdobny rysunek piórkiem czy grafionem. Oczywiście mapy po okresie dominacji uniwersalnej greki i jeszcze bardziej uniwersalnej łaciny opisywano w językach narodowych dla wygody nabywców, ale z faktu, że na czeskiej mapie Wenecja nazywa się Benátky, nie wynika, że zmieniła położenie, kształt i urodę (piękno świata też widać na mapach, trzeba tylko dobrze i dostatecznie długo się przyglądać, uruchamiając wyobraźnię…). No i na każdej mapie świat jest taki sam, bo to kwestia zaufania i wiarygodności. Każdy, kto był, widział i zmierzył, mapy w razie konieczności poprawiał. Choć bywało to bolesne… W takiej Norwegii na przykład, kraju wolnych chłopów, król jednak miał prawo nakładać pewne służebności na rzecz dobra wspólnego. Jedną z nich była tzw. podwoda. Każdy posiadacz królewskiego glejtu miał prawo zażądać podwózki konnym zaprzęgiem (w określonych granicach). Chłopi nie uchylali się od tej służebności, albowiem była ona płatna (ze szkatuły Korony). Ale w miarę poprawiania, udoskonalania map dystanse drogowe ulegały jakiemuś cudownemu skróceniu, więc i opłaty się zmniejszały. No i któż miałby w tej sytuacji polubić czytanie map?
A skoro już jesteśmy w Norwegii, to pora na minus „Teatru świata”. No cóż – jest to książka norweskocentryczna, a przy tym nadmiernie szczegółowa. Żaden drobiazg z zawiłej, ekscytującej oraz heroicznej historii pomierzenia i narysowania Norwegii nie został pominięty. Dowiadujemy się na przykład, jak to w sierpniu 1873 roku geometra Hans Thomas Horn musiał przerwać pomiary najwyższej góry południowej Norwegii – Galdhøppingen (2469 m) w paśmie Jotunfjeldene – i zrejterować, bo tak piździło, że mu padający śnieg dupę do cna przemoczył… Ale niech już i tak będzie – bogactwo szczegółów i ekstremalnych ekscesów (nawet tak wyimkowe jak norweskie…) doskonale ilustruje generalne zawiłości procesu opisania i narysowania świata. Wszędzie bowiem pojawiały się takie same problemy techniczne, społeczne, nawigacyjne, geometryczne i topograficzne o podobnym natężeniu; wszędzie rozwiązywano je dzięki wspólnemu językowi, używanemu do doskonalenia map. Bo mapa (podobnie jak język tropów matematycznych, język programów komputerowych…) jest wspólnym sposobem porozumiewania się. Bez słów niemalże.
Mapa jest też pamięcią. I to jej funkcja równie ważna jak porozumiewanie się. A może nawet ważniejsza… Mapa to zasobnik, który po otwarciu wywołuje z niezmienną precyzją obraz świata. Dobrze mieć stare dobre mapy pod ręką. Pamięć zawodzi, cyfrowa nawigacja również – a stara dobra mapa nigdy.
Tomasz Sas
(16 12 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *