Pokraj
political fiction , proza polska / 15 czerwca 2018

Andrzej Saramonowicz Pokraj Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2018 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Znasz-li ten kraj, ukochany kraj, umiłowany kraj?   Kupa śmiechu… Miała być, ale jakoś nie jest; więźnie gdzieś po drodze między przeponą a strunami głosowymi. Bo ten Pokraj, w którym toczy się akcja – podejrzanie znajomy, ci Pokrajanie, którzy w niej uczestniczą, jacyś tacy podobni. Do nas – jakby się kto pytał… Akcja zaś sama też coś nachalnie przypomina momentami. Co takiego? A to Polska właśnie… Co sobie uświadomiwszy, jakoś tracimy ochotę do dobrej zabawy, choć autor robi co potrafi (a potrafi zaprawdę wiele…), by na każdej dosłownie stronie tej lektury czytelnik goszcząc, mógł zarykiwać się śmiechem niczym dziki osieł… On – Saramonowicz – to umie, bowiem humorysta, satyryk i prześmiewca z niego przedni. W końcu z zawodu jest autorem scenicznym, scenarzystą filmowym, reżyserem, dziennikarzem, ze specjalnością raczej komediową. To przecież on napisał, przerobił na kino i zrealizował arcyzabawny, chwalony i chętnie oglądany „Testosteron”, spod jego ręki wyszły uwodzicielskie i nieodparcie zabawne „Lejdis”. To on jest zadziornym publicystą i wrednym krytykiem. Sukinsynem nawykłym do szargania świętości, pomników, stereotypowych mniemań i fobii. Saramonowicz umie się śmiać, zaś jego fantazja leksykalna jest niezrównana… Osobliwie w sferze onomastyki. Nadawane przez…

Blask

Eustachy Rylski Blask Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Pieśń nieodległej przyszłości – wiele na to wskazuje, że całkiem możliwej… Absorbuje was pytanie, jak będzie wyglądała Polska po epoce Kaczyńskiego? #MeToo… Najpoważniejsi publicyści krajowi (i kilku o renomie międzynarodowej) zajmują się tym pytaniem, nie bacząc na gromki śmiech płynący ze środowisk wokółkaczyńskich, głoszących przekonanie, że innej Polski nie będzie, bo idee wodza rządzić będą zawsze – wiecznie żywe – wbrew prawom natury, zdrowemu rozsądkowi i doświadczeniom historycznym. Ale to oczywiście tylko wishful thinking akolitów prezesa, którzy już się pourządzali na całe życie i za nic nie chcieliby obudzić się z ręką w nocniku – za kratami gustownej celi. W Wołowie, Potulicach czy choćby na Białołęce… Pytanie – choćby nie wiem jak ignorowali jego sens, bagatelizowali czy zaklinali ludzie prezesa – wisi nad krajem niczym chmura gradowa, której oberwanie jest nieuchronne. To tylko kwestia czasu… I z każdym dniem pytanie staje się coraz bardziej masywne, natarczywe, Nie-Do-Odepchnięcia… I na to nie można urządzić referendum. Bo odpowiedź, jeśli uda się kiedykolwiek i komukolwiek ją sformułować – tak czy siak – natychmiast stanie się częścią Historii, a tej, jak wiadomo, nie ustala się w trybie głosowania… Na razie jednak…

Jak zawsze

Zygmunt Miłoszewski Jak zawsze Grupa Wydawnicza Foksal – Wydawnictwo WAB, Warszawa 2017 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Niebieska pigułka wehikułem czasu? „Był sobie dziad i baba, bardzo starzy oboje. Ona kaszląca i słaba, on skurczony we dwoje” Józef Ignacy Kraszewski (1838) Dość mam! Dość Zygmunta Miłoszewskiego w jego obecnej postaci: przedętego hucpiarza, efektownego beniaminka, samozwańczego farciarza, nie-skromnego (acz wręcz nieprzyzwoicie utalentowanego!) idola salonów. Młodzieniec ów (rocznik 1976; więc doprawdy nie ma o czym mówić…) dotknięty został stanowczo wyciągniętym paluszkiem matki Natury, obdarowany iskrą bożą o niepoślednim natężeniu i potencjale. Talentem po prostu. Ale nikt mu nie powiedział, że z darem tym należy obchodzić się ostrożniej niż ze szklanymi farfurkami z Murano, niż z rybką fugu, niż z prababcią narzeczonej, podgryzaną przez zaawansowaną osteoporozę… Miłoszewski doświadczył miłości czytelniczych tłumów (w naszej nieczytającej krainie półanalfabetów to zjawisko samo w sobie tak rzadkie jak biały wieloryb w Zalewie Zegrzyńskim) na skalę nadnaturalnie rozdętą. Z dwóch powodów: genialna akcja promocyjna i żałosny deficyt dobrych tekstów na rynku literatury rozrywkowej. Doprawdy Miłoszewski wobec nędzy tej branży jawił się jako talent czystej wody – no brylant, no istny cud! I wszystko by było w porządku, i kwitły by szczęścia stokrótki, zabrakłoby w końcu wątku, gdyby nie…

Wyspa
political fiction , proza obca / 26 marca 2018

Sigríđur Hagalìn Björnsdóttir Wyspa Przełożył Jacek Godek Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Czy się pozabijamy, jeśli zostaniemy sami? Całkiem niedawno Islandia w trakcie ogólnoświatowego kryzysu finansowego 2008 roku przeżyła swój własny armageddon w postaci załamania się systemu bankowego, Dobrze prosperujące banki komercyjne z dnia na dzień przestały obsługiwać krótkoterminowe zobowiązania, albowiem klienci ich zagranicznych oddziałów (w zasadzie wielokrotnie większych niż macierzyste centrale na wyspie) masowo wycofali depozyty, a fundusz gwarancyjny nie miał pokrycia (bo banki nie wpłacały obowiązkowych danin…). Wybuchła panika, a islandzki bank centralny musiał przejąć aktywa zagrożonych banków, wystarać się o kredyty na regulację zobowiązań wobec banków brytyjskich i holenderskich, które spłaciły depozytariuszy. Banki likwidowano i przekształcano, zawieszono kredytowanie i obsługę funduszy emerytalnych, wartość waluty krajowej znacznie spadła, wzrosła inflacja i dług publiczny… Przywracanie równowagi trwało cztery lata… Sytuacja wróciła do normy, Islandia ostrożniej postępuje na międzynarodowych rynkach, ale w sumie prosperuje niezgorzej. Lecz nieoczekiwany kryzys wywołał skutki trudne do zniwelowania (a w zasadzie niemożliwe do przezwyciężenia…) w skali zapewne kilku pokoleń wyspiarzy. Po prostu odebrał im poczucie bezpieczeństwa, islandzką narodową dumę (odbudowaną trochę dopiero dzięki sukcesom reprezentacji piłkarskiej na Euro 2016; doszli do ćwierćfinału i po drodze wyrzucili za burtę Anglię!) i pewność…

Dziesięć godzin
political fiction , proza polska / 24 kwietnia 2017

Maria Nurowska  Dziesięć godzin Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2017 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 3/5 Od Piniora do Kaczora, czyli Woland z recyklingu Wzruszenie ramion, inkrustowane niepewnym chichotem. Zażenowanie, może nawet wstyd. Gonitwa myśli przykrych i niewesołych. Zwątpienie. Zgorszenie. Zgroza. Epitety. Ten na „gie” (duże Gie) na pierwszym miejscu. Żal. Poczucie bezradności. Zawiedziona miłość. Porażka. Masakra. Bolesne rozczarowanie. I co jeszcze? Dojmujące poczucie uczestniczenia w jakiejś nie do końca zdefiniowanej hucpie, może mistyfikacji (daj Boże, gdyby tak było…) albo zgoła degrengoladzie… To właśnie mniej więcej mnie dopadło po (sine ira et studio, zapewniam!) lekturze „Dziesięciu godzin”. Maria to wszystko sprawiła Nurowska! Moja ukochana wariatka z Komańczy, autorka „Wieku samotności”, „Andersa”, „Tanga dla trojga” i „Domu na krawędzi”… Ale intencje miała dobre. Ba, szlachetne! Aczkolwiek nie przez wszystkich rodaków podzielane (co odnotujmy dla porządku). Z tym, że ci potencjalnie niepodzielający to akurat silna, zwarta grupa plemienna suwerena-zwycięzcy, przekupieni żołnierze tzw. dobrej zmiany i wyznawcy sekty smoleńskiej skupieni wokół Świętej Drabinki i jej kapłana Antoniego… Mniejsza o nich. Nurowska pisze dla swoich – trochę poobijanych, ale wciąż silnie (może i coraz silniej w obliczu nieubłaganych faktów) przekonanych, że kurduplowaty, mściwy, socjopatyczny wódz-guru tamtego drugiego plemienia jest szkodnikiem groźnym dla Polski – jej…

Konklawe
political fiction , sensacja / 16 marca 2017

Robert Harris Konklawe Przekład: Andrzej Szulc Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Santa Sede pod kluczem czyli mały Robcio wybiera Pontifexa… Robert Harris – wielkie nazwisko literatury anglosaskiej; boję się napisać: popularnej, bo to naprawdę najwyższa półka. Ten 60-letni syn drukarza z Nottingham, absolwent Cambridge (literatura angielska w Selwyn College), dziennikarz BBC, redaktor i komentator polityczny „Observera”, potem „Sunday Timesa” i „Daily Telegraph” (pierwszy liberalno-lewicowy, a te dwa raczej konserwatywne…), pisać książki postanowił w 1982 roku. Ale zaczął od… publicystyki politycznej: o broni biologicznej, o wojnie falklandzkiej, o aferze z rzekomymi pamiętnikami Hitlera, o polityku Partii Pracy Neilu Kinnocku… Dopiero w 1992 roku zabrał się za powieść – wystartował ambitnie, bo jego „Fatherland” zaczynał się od (na szczęście całkiem fikcyjnego)… zwycięstwa III Rzeszy w II wojnie światowej. No i potem fikcji się trzymał – w przypadku drugiej książki – „Enigmy” – nawet dość kurczowo, co mu boleśnie wytknął historyk Norman Davies. U Harrisa to nie Polacy z Poznania złamali jeszcze przed wojną zasadę funkcjonowania niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma, tylko brytyjscy geniusze matematyki w centrum deszyfrażu Bletchley Park (częściowa prawda: wielki Alan Turing zautomatyzował proces czytania depesz radiowych Enigmy). Ale dobry, trzymający w napięciu i trzymający się…