Gdzie jest prezydent

6 lutego 2019

Bill Clinton, James Patterson

Gdzie jest prezydent
Przełożyła Karolina Rybicka
Wydawnictwo Znak, Kraków 2019

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Nie bądź taki szybki, Bill…

Bill Clinton ma pomysł fabularny zręcznej intrygi sensacyjnej i ogromną, praktycznie nikomu innemu niedostępną wiedzę (dwie kadencje w Białym Domu!) o sprawowaniu władzy. Ale nie w kwestii tzw. know how – czyli jak z tego sklecić opowiastkę, która miałaby ręce i nogi, a przede wszystkim magiczny walor skłaniający potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po kartę płatniczą czy wejścia na stronę sklepiku Amazona… Samo nazwisko Clinton ma wprawdzie ogromną wartość rynkową, ale może nie wystarczyć… Poza tym – inaczej się pisze autobiografię czy esej polityczny, a inaczej – beletrystykę sensacyjną w stylu Grishama, Le Carre’a, Ludluma czy choćby Toma (drugoligowca!) Clancy’ego…
Nie da rady – trzeba zatrudnić, dokooptować do drużyny fachowca z najwyższej półki. I to wyposażonego w specyficzne cechy osobowości – nie tylko talent kreacyjny najczystszej próby… Oczywiście założyć trzeba, że autor pierwszej gildii nie zechce pełnić roli anonimowego ghost writera. On, ze swym nazwiskiem, zapragnie na pewno dopisać się na okładce. To nieprzezwyciężalna (żadną kwotą!) kwestia ego… Z drugiej wszakże strony, zważywszy na nazwisko i osobowość figuranta, taki widmowy współautor liczyć się musi z tym, że nie on stanie na pierwszej linii podczas promocyjnej nawałnicy i później. Innymi słowy: cały miód (poza kasą!) zeżre ten drugi.
Agenci (literaccy – nie z Secret Service!) Clintona mieli fart i dogadali się chyba z właściwym facetem. 72-letni James Patterson jest na pewno autorem z pierwszej ligi, a dorobek ma niekwestionowany; jest rekordzistą (Guinnessa!) w konkurencji wielokrotności i długości trwania na listach bestsellerów New York Timesa”, a światowe nakłady jego książek zbliżają się do imponującej „górki” – ćwierć miliarda egzemplarzy… Ktoś taki może sobie pozwolić na gest „przytulenia” debiutanta, zwłaszcza gdy debiutant ten nazywa się Clinton. Bill Clinton… Ponadto Jim Patterson ma już za sobą pewne udane doświadczenia z pracy w tandemach. Czy Billy Clinton je ma – nie wiadomo; jako saksofonista dobry był w solówkach, ale już niekonwencjonalne zastosowania cygar nieźle wychodziły mu parami…
Jak im szło – mniejsza z tym; istotny jest rezultat. Wbrew fanfarom amerykańskiej krytyki literackiej – „Gdzie jest prezydent” nie powala na kolana, dupy nie urywa… Ale nie nudzi, nie odstręcza. Ot, doskonały kawał rzemieślniczej roboty, jakiej nie powinien się wstydzić zawodowy pisarz, utrzymujący się z kreowania i spisywania ciekawych historii. Clinton i Patterson nie pobłażali sobie – wzięli się do roboty i z wniesionego do spółki przez Clintona pomysłu fabularnego wycisnęli całkiem zgrabne opowiadanie. Pomysł Clintona okazał się zaczynem niezłej zabawy w literaturę…
Jej podmiot liryczny, niejaki prezydent Jonathan Duncan (jak się domyślacie zapewne – alter ego Billa C. – tylko lepsze, mądrzejsze, z idealnym CV, trochę przez życie potargane; innymi słowy: takie, jakim sam Bill zapewne chciałby być) zabiera się za opowiadanie w pierwszej osobie. To trudniejsza droga, ale Patterson czuwał i w rezultacie Duncan okazał się zajmującym narratorem, któremu nieobce są zasady stopniowania napięcia, zawieszania uwagi, „znienackich” zaskoczeń i zmian kierunku…
Zaczyna się od mocnego wejścia – dobrze i boleśnie znanego Clintonowi – od groźby impeachmentu, czyli usunięcia z urzędu. Tyle że powieściowego Duncana ściga komisja kongresowa za domniemaną zdradę stanu i rzekome dogadywanie się z terrorystami. Bill Clinton zaznał podobnego upokorzenia za niedowiedzione kłamstwa w kwestii stosunków z niejaką Paulą Jones i fertyczną stażystką Moniką Levinsky. To gra polityczna na innym poziomie, choć w skutkach taka sama – groziła pozbawieniem urzędu… Tak, zaprawdę Clinton o impeachmencie i mechanizmach życia politycznego, a osobliwie przesłuchań przed rozmaitymi komisjami (to w Ameryce osobna dziedzina nauk politycznych) wie wszystko. Dlatego otwarcie narracji próbą generalną (i kostiumową) kongresowej młócki to dobry chwyt. Atmosfera od początku jest gęsta, Clinton może w usta swego alter ego włożyć kilka wyszlifowanych, mądrze brzmiących zdań-frazesów o istocie prezydenckiej odpowiedzialności politycznej – jakże niesprawiedliwie niedocenianej przez małpie stado parlamentarnych obiboków. Ale zanim fikcyjni, powieściowi Amerykanie dostaną szansę pasjonowania się pytaniem, czy fikcyjny prezydent Duncan zdradził ich, czy nie – wchodząc w niedozwolone konszachty z terrorystami i jakoby udzielając im ochrony służb – rzeczony prezydent sprokuruje jeszcze większą zagadkę…
Po prostu zniknie… Nie ma go w Białym Domu, nie ma w Camp David, nie ma w szpitalu Marynarki w Bethesda (jest chory na tzw. niskopłytkowość krwi…). Secret Service swym zwyczajem milczy, sztabowcy zapewniają, że akurat teraz ich szef bezpośrednio zajmuje się dylematami bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych… Ambitna pani wiceprezydent już zaczyna przebierać nóżkami i kombinować, w co się ubierze na uroczystość swego zaprzysiężenia… Jednym słowem: afera na cztery fajery – zwłaszcza że szef nie zamelinował się w żadnym bunkrze obrony strategicznej ani niczym podobnym. Gdzie więc, do jasnej cholery, jest prezydent?
Nikt nie ma pojęcia, że właśnie z bronią w ręku walczy na ulicach Waszyngtonu z terrorystami-zamachowcami, ani że potem kryje się w lasach Wirginii. Nikt nie ma pojęcia (poza kilkoma najważniejszymi w państwie osobami), że terrorysta Suliman Cindoruk zaatakował Stany Zjednoczone wirusem komputerowym (sporządzonym przez genialną cyberhakerkę Ninę z Suchumi w Abchazji), który w stosownym momencie wyłączy wszystkich i wszystko: internet, sieci energetyczne, lotniska, wojska rakietowe, stacje uzdatniania wody, windy, szpitale, dystrybutory na stacjach benzynowych, terminale i bankomaty, rurociągi, komputery, światła na skrzyżowaniach, telefony, rozruszniki serca, bombowce strategiczne i policyjne bazy danych… No, po prostu wszystko, co w długim procesie doskonalenia cywilizacji elektronicznej zdołaliśmy połączyć w sieci i dla naszej wygody sterować algorytmicznie. Po tym ataku nastaną wieki ciemne, a my manualnie będziemy mogli skrzesać sobie jakiś ogienek i utłuc kamieniem szczura w kącie piwnicy, by nie paść z głodu.
Prezydent więc walczy – w tajemnicy przed wszystkimi, by nie wywoływać paniki. I nie ostrzec zdrajcy w własnych szeregach. Pasjonującą rozgrywkę pozostańmy jednak dziewiczo nietkniętą – dla czytelników; niech też coś z tej lektury mają. Z góry jednak ostrzegam, że poziom emocji nie spowoduje zatrzymania akcji serca – jesteśmy wszak w Krainie Poprawnej Łagodności, gdzie czarne charaktery mają wyrzuty sumienia i doznają przełomu w bulwie, a bezwzględni, profesjonalni zabójcy objawiają emocje liryczne i dusze anielskie… No, ale taka już jest Kraina Łagodności – szlachetna, dbająca o republikańskie wartości i… trochę nudna. Dzieło spółki Clinton&Patterson – dzięki przyjętej technologii opowiadania – nie należy do książek, ku którym chce się natychmiast wrócić, tuż po zamknięciu, podsumowaniu wrażeń z pierwszej lektury. Na drugie czytanie już nie ma ochoty…
Nie ulega wątpliwości, że Clinton mógł głębiej i odważniej sięgnąć po zasoby swej wiedzy. Ale po pierwsze – byłby to akt odwagi ponad wszelką potrzebę. A pamiętajmy, że Clinton ma żonę i to nie byle kogo… Zaś po drugie – w końcu to jest książka dla dzieci. Dużych, może nieco przerośniętych – ale dzieci. Tych, które uśpione są w każdym z nas. Bill, James – dzięki!
Tomasz Sas
(6 02 2019)

PS. Czy Wydawnictwo Znak, znane dotąd z technologicznej poprawności i dokładności, musiało wydrukować tę książkę tak niestarannie? Już podczas pierwszego kartkowania introligatorskie sklejki pękają z trzaskiem, arkusze się rozdzielają – a w trakcie czytania pojedyncze kartki sypią się jak śnieg. I co mi po wiadomości, że „printed in EU”, a nie w Chinach? Ale kto odpowiada za ten złom i czy musiało być „po taniości”?


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *