Agnieszka Krzemińska Grody, garnki i uczeni Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Skąd nas tu przygnało, czyli skarby z latryny Dość odważna ta trawestacja klasycznego tytułu… „Grody, garnki i uczeni” – wszak to brzmi prawie dokładnie jak „Bogowie, groby i uczeni” – czyli tytuł wielkiej pracy popularnonaukowej wydanej u Rowohlta w 1949 roku o początkach archeologii, rozkwicie i największych sukcesach. Jej autor – niemiecki pisarz, wydawca i dziennikarz Kurt Wilhelm Marek – pseudonim C. W. Ceram przybrał dla zatarcia niemiłego epizodu życiowego, jakim była wojenna praca w „oddziałach literackich” ministerium propagandy doktora Josepha Goebbelsa, gdzie herr Marek robił karierę jako autor seryjnych opowiastek (coś w rodzaju popularnych u nas w latach 50. i 60. „tygrysów”) mitotwórczych ku pokrzepieniu serc i patriotyczno-militarnego entuzjazmu cywilów (z naciskiem na młodzież nieletnią, zrzeszoną w Hitlerjugend) – o przewagach niemieckiego oręża i bohaterskich tegoż oręża nosicielach z Wehrmachtu, Kriegsmarine i Luftwaffe… Zabieg zamaskowania niechlubnej przeszłości powiódł się herr Markowi z nadwyżką, gdy zainteresował się archeologią, korzystając z lekka tylko nadpalonych w rezultacie wojny, przebogatych archiwów licznych niemieckich instytutów zajmujących się od połowy XIX wieku odkopywaniem przeszłości i gromadzeniem (dodajmy, że raczej rabunkowym – wedle dzisiejszych norm etycznych) zbiorów artefaktów. „Bogowie, groby i…
William Dalrymple Anarchia Przełożył Krzysztof Obłucki Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2022 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Wielkie żarcie… To ciężka lektura – i nie dlatego, że waży grubo ponad kilogram, więc niezgrabnie i z wysiłkiem się nią manipuluje. I nie tylko dlatego, że puchnie od dat, miejsc, zdarzeń i innych faktów, a także od nazwisk. Frekwencja tych ostatnich sprawia, że „Anarchia” czasem przypomina hinduską książkę telefoniczną średniej wielkości… Ale to nie problem – w trakcie uważnej lektury wszystkie te utrudnienia słabną, znikają, a w każdym razie przestają uwierać. Atrakcyjna potoczystość narracji zdaje się brać górę nad niedostatkiem walorów funkcjonalnych. Zresztą – co tu kombinować… Przeciw niedogodnościom poznawczym wystarczy uwagę wzmóc, a na dolegliwości fizykalne – wystarczy zastosować jedno z cudownych mazideł przeciwbólowo-przeciwzapalnych, reklamowanych w mediach. W inwazji „żółtych maści z apteki” mam swoją francuską faworytę (zresztą niereklamowaną w telewizji…), ale nazwy nie wymieniam – bo to nie arena promocji, nie lokowanie produktu; blog krytycznoliteracki nie jest (a przynajmniej nie powinien być) artykułem sponsorowanym… Ciężaru i trudności lekturze przydaje teza Dalrymple’a – zawarta zresztą w jednowyrazowym tytule – „Anarchia”. Dalrymple bowiem dość wąsko i pierwotnie definiuje samo pojęcie anarchii – zgodnie z podstawowym znaczeniem tego słowa w starożytnej, klasycznej grece:…
Patrick Deville Amazonia Przełożył Jan Maria Kłoczowski Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2022 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Świat jest rzeką, rzeka jest światem… Każdy – wyłączywszy może z tej populacji Beduinów i Tuaregów (a i to zapewne nie wszystkich) – ma swoją rzekę. Większą, średnią, całkiem malutką. Jedni mają Orinoko, inni Dniepr, jeszcze inni – Limpopo. Ja miałem (i chyba wciąż mam) rzeczkę nazywaną Moszczenica (dopływ Bzury; prawy, gdyby ktoś chciał szczegółów). Płynęła jakieś osiemdziesiąt metrów za zagrodą dziadka we wsi Rogóźno – z tym że najpierw za stodołą był warzywnik mamy, potem sadek brzoskwiniowo-śliwkowy, potem rabata hortensji, dalej dziadkowy staw, obrośnięty wierzbami i olszyną, wedle stawu grobla, obsadzona morwami (dziadek – niepowstrzymany eksperymentator agrarny, miał w życiu długą fazę… jedwabnika; z dużym zacięciem siał też len, mak, konopie i fasolę na skalę przemysłową), potem splątane kolczaste chaszcze ze znacznym udziałem pokrzywy zwyczajnej (Urtica dioica L.), co czyniło je niemal nieprzebytymi (dla kilkulatka zwłaszcza)… I wreszcie nurt – niespieszny, ale i nieleniwy, niegłęboki (circa pół metra najwyżej) pominąwszy oczywiście tzw. doły – ulubione ostoje raków. Woda przeczysta, dno piaszczyste, ławice cierników – rybek poufale zwanych przez nas żgajkami. Nieżeglowna – wyjąwszy może spływy w starych dętkach samochodowych; brzegi niewysokie,…
Maciej Górny Polska bez cudów. Historia dla dorosłych Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 I ni z tego, ni z owego, będzie Polska na pierwszego Fragment piosenki legionowej, w zasadzie gorzko-ironicznej, choć z założenia zuchowato optymistycznej, nad wyraz lapidarnie i trafnie syntetyzuje myśl historiozoficzną autora – w roku tysięcznym dziewięćsetnym i osiemnastym Polska odrodziła się (jeżeli odrodzenie to jest właściwe słowo; ale na razie na nim poprzestańmy) bez nadmiaru martyrologii, bez bohaterskich czynów, bez zdarzeń nadprzyrodzonych, bez heroicznych, krwawych znojów i bojów. Ot, korzystny zbieg wydarzeń geopolitycznych – niejako przy okazji rozstrzygnięcia wielkiego, pankontynentalnego konfliktu. Gigantyczne starcie dwóch koalicji zakończyło się klęską jednej z nich – akurat tej, w której członkostwo dzierżyły dwa mocarstwa, które przeszło wiek wcześniej dokonywały ostatecznej likwidacji polskiej samodzielnej państwowości. Trzeci z likwidatorów, który od początku brał udział w tej zwycięskiej koalicji, nie dotrwał do jej sukcesu. Dotknął go wewnętrzny kolaps ( w terminologii przyjętej w środowisku historyków nazywany rewolucją) i wypadł z ostatecznej rozgrywki. A zatem zbieg okoliczności, którego nie dało się nie wykorzystać. Przyznać jednak należy, gwoli historycznej prawdy, że do tych trzech upadków żadne, ale to dosłownie żadne siły polskie nie przyczyniły się w najmniejszej mierze – no, z jednym…
Craig Symonds II wojna światowa na morzu. Historia globalna Przełożył Fabian Tryl Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2020 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Trafiony, zatopiony! Wszyscy znają tę grę: kartka w kratkę wydarta z zeszytu do matmy, dwa kwadraty o boku dziesięciokratkowym, opisane literami i cyframi tworzącymi współrzędne (obaj uczestnicy gry musieli mieć identyczne opisy oczywiście); na jednym kwadracie ustawiasz swoje okręty: jeden czterokratkowy, dwa trzykratkowe, trzy dwukratkowe i cztery jednokratkowe (w zasadzie mówiło się nie kratki, lecz maszty…); twoja flota nie mogła kotwiczyć, czyli stykać się burtami, dziobami ni rufami, tylko dwa lub trzy (kwestia umowy) mogły stać wzdłuż brzegu, tylko dwa lub trzy (kwestia umowy) mogły kotwiczyć dziobem lub rufą do brzegu. No i potem strzelanie naprzemienne wedle współrzędnych – kto pierwszy wymacał dwadzieścia „masztów” przeciwnika – wygrywał… Teraz wyobraźcie sobie, że ta gra toczy się na dwóch oceanicznych akwenach (na trzeci – Indyjski – zapuszczano się rzadko i okazjonalnie) z przyległymi morzami. Strzelacie naprzemiennie, ale nie macie obowiązku meldowania przeciwnikowi o trafieniach. Floty macie nieograniczone (traktatowe próby narzucenia tonaży i uzbrojenia jeszcze przed wojną spaliły na panewce) – takie, na jakie was stać. Straty możecie uzupełniać, jeśli was stać. Walicie, póki się wam lufy nie stopią, samoloty nie…
Patrick Deville Taba-Taba Przełożył Jan Maria Kłoczowski Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2020 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Ruchawka na małą skalę? Historia przeciętnej drobnomieszczańskiej (ale z aspiracjami) prowincjonalnej rodziny francuskiej w ciągu ostatnich – powiedzmy – stu pięćdziesięciu lat, to zapis udziału w aktach powszechnego tumultu, zmieszany z manifestacjami potrzeby dobrobytu i pragnienia stabilizacji. Z jednej strony historia gwałtem swoje, z drugiej – Francuz wbrew wszystkiemu w poszukiwaniu świętego spokoju… Historia przeciętnej drobnomieszczańskiej rodziny francuskiej to patchworkowa mozaika obowiązków, potrzeby przetrwania i pragnienia przyjemnej egzystencji. Patrick Deville doskonale o tym wie. Ten francuski pisarz, podróżnik (bodajże otarł się też o zawodową dyplomację) i domorosły antropolog – badacz cywilizacji, był (i chyba nadal jest, mimo dojrzałego – jakieś 63 lata – wieku) maniakalnym wędrowcem. Na zasadzie odreagowania; w dzieciństwie po ciężkiej operacji biodra leżał rok w gipsie, więc potem MUSIAŁ się ruszać. A ruch od razu zyskał wymiar globalny, pod wpływem lektur zresztą. Inny nie wchodził w grę. Ta obsesyjna ruchliwość zaowocowała kilkunastoma książkami (Deville ma bowiem niepośledni talent pisarski, dysponuje dociekliwością iście detektywistyczną i fenomenalną erudycją) najróżniejszej konduity. Dość powiedzieć, że jego debiut książkowy miał tytuł: „Enologie et crus des vins”, czyli mniej więcej: Enologia (to nauka uzurpująca sobie…
Andrzej Chwalba Przegrane zwycięstwo. Wojna polsko-bolszewicka 1918 – 1920 Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Lance do boju, szable w dłoń! Człowiek, który zaliczył Bitwę Warszawską – przełomowy epizod wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku – w poczet najważniejszych starć zbrojnych świata (to znaczy takich, których możliwy do wyobrażenia rezultat odwrotny zmieniłby całkowicie bieg dziejów czy całej cywilizacji zgoła…), zasłużył na wdzięczność Polaków (w przeliczeniu na realia: pomniczek jakiś, wdzięczny biuścik, popiersiem zwany, modną ostatnio ławeczkę, czy choćby tablicę z profilowym medalionem) choć jego klasyfikacja nie przebiła się do communis opinio… Ergo: świat nie wie – ani że taka bitwa była, ani o jej rezultatach nie ma pojęcia. No cóż, w świadomości powszechnej łatwiej umocniły się epizody z wojny domowej Amerykanów, ważne może dla historii anglosaskiej, ale przecież nie dla całego globu. A jakaś bitwa na krańcach widzialnego i znanego, choć barbarzyńskiego świata? No bez przesady, panowie… Lord Edward Vincent wicehrabia D’Abernon (bo o nim tu mowa) – brytyjski polityk i dyplomata – był świadkiem i w pewnym sensie uczestnikiem wydarzeń jako członek oficjalnej misji alianckiej w Polsce, ale ten powściągliwy urzędnik imperialnego establishmentu nie miał temperamentu polemicznego swego szefa Lloyda George’a ani swego młodszego parlamentarnego kolegi sir…
Giles Milton D-Day Przełożył Marek Fedyszak Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2020 Rekomendacja: 6/7 Ocena okładki: 4/5 Dzień do innych niepodobny… Gdy w 1959 roku irlandzko-brytyjski dziennikarz, korespondent wojenny i publicysta Cornelius Ryan wydał swój monumentalny monograficzny reportaż heroiczny „Najdłuższy dzień” („The Longest Day” – oczywiście o otwierającym drugi front desancie Sprzymierzonych na plażach Normandii 6 czerwca 1944 roku) – można było przypuszczać, że długo nikt się na coś podobnego nie porwie, zważywszy na: a) brawurową genialność dzieła Ryana, b) wyczerpanie tematu, c) upływ czasu, bezlitośnie likwidujący dostęp do najlepszych źródeł takiego tekstu, czyli rozmów z bezpośrednimi uczestnikami, żołnierzami, którzy brodzili po piaskach plaż Omaha, Utah, Gold, Juno i Sword, czy skakali ze spadochronami wprost pod lufy kaemów MG-42 w Sainte-Mère-Église (a także z tymi, którzy z tych kaemów strzelali). Gdy Ryan zaczął zbierać materiały do swej pracy, od zakończenia wojny upłynęło ledwie dziesięć lat, mógł więc rozmawiać dosłownie z dziesiątkami tysięcy uczestników zdarzeń – wciąż młodych i sprawnych, pamiętających wiele (czasem zbyt wiele…), a zarazem do swych wspomnień nabierających krytycznego dystansu. Ryan wykonał sam (z niewielką pomocą przyjaciół) gigantyczną robotę dokumentacyjną, zbierając tysiące relacji i dokumentów ponad własne potrzeby; po ostrej selekcji wykorzystał niewielką część swej kolekcji. Ryan wypracował…
Leonid Józefowicz Zimowa droga Przełożył Henryk Chłystowski Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2020 Rekomendacja: 4/7Ocena okładki: 3/5 Pa dikim stiepiam Zabajkalia… Na tęsknym przekazie tej katorżniczej pieśni przeważnie zaczyna i kończy się potoczna, powierzchowna wiedza średniostarszego pokolenia Polaków o dziejach Syberii. Jeszcze z lekcji historii majaczą się jakieś opowieści-legendy o dzielnych powstańcach-zesłańcach (sam Piłsudski podobno na Syberii kiblował…), jakieś gawędy o polskich uczonych i eksploratorach. Ale to wszystko za cara… Potem – nic. Czarna dziura. Tylko ostatnio – łagry, Kołyma, ropa, gaz, złoto, diamenty, futra i chciwość doszczętnie skorumpowanych oligarchów, pozwalających za milionowe łapówki Chińczykom rżnąć tysiącletnią tajgę na pałeczki do ryżu… Czasem mignie w telewizorze oskarżycielski reportażyk o zimie w bloku z wielkiej płyty w Irkucku, udekorowanym fantazyjnie spiętrzonymi soplami lodu, a tabloidy obleci historyjka o tęgim chłopie znad Angary, który z niedźwiedziem wziął się za bary. I odgryzł mu ucho. Poza przekazem na poły legendarnym, w zasadzie niewiele lub zgoła nic nie wiemy o prawdziwych dziejach Syberii i krain przyległych – niezależne od epoki historycznej. Nawet syberyjski wiek XX to w naszym, środkowoeuropejskim kanonie wiedzy historycznej biała plama. Oddziałek hobbystów-badaczy wojny rosyjsko-japońskiej jest tak nieliczny, że szkoda gadać. Admirałem Kołczakiem i jego odyseją nie zajmuje się nikt; nazwiska…
Jerzy Chociłowski Najpierw Polska. Rzecz o Józefie Becku Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Nonszalancja na równoważni… Mission impossible – w latach 30. ubiegłego wieku ustrzec Polskę od wojny, załatwić żelazne, niewzruszalne sojusze, gwarancje i pokój. Opozycja endecka mniemała, że ma na to sposób – niech no tylko dorwie się ona do władzy, to dogada się z Sowietami i utrzyma na dystans Hitlera (albo odwrotnie…). Jak to zrobi? Siłą woli zapewne… Sanacyjni piłsudczycy zaś żyli w przeświadczeniu, że Marszałek przed śmiercią pozałatwiał polskie ważne sprawy, a ich bieg codzienny powierzył wiernym, fachowym rękom następców i uczniów. Wszyscy zaś pokładali nadzieję w czymś lub kimś: a to w niezwyciężonej polskiej armii i jej marszałku Śmigłym arcydzielnym, a to we Francji (choć przecież ci, co znali język – a było ich niemało – dokładnie słyszeli i rozumieli, co wygadywali politycy i publicyści nad Sekwaną…), a to w Anglii (to już zupełnie nie wiadomo, dlaczego…). W tej sytuacji posada ministra spraw zagranicznych w polskim rządzie (łącznie z reprezentacyjnym gabinetem w pałacu Brühla na Wierzbowej i możliwością egzotycznych podróży) była atrakcyjna tylko dla zdesperowanego amatora, który uważał, że dylemat kwadratury koła rozwiązać może… szarża baterii artylerii konnej – „prawosławnych” armat 75…
Javier Cercas Władca cieni Przełożyła Ewa Zaleska Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Pisz pan: Hiszpan… „Piszę, żeby nie być pisanym” Natrętny aforyzm, który przyczepił się do Javiera Cercasa na tarasie restauracji La Majada w Trujillopodczas obiadu z Davidem Truebą Historię piszą zwycięzcy… Dlatego nie ma smutniejszych historii niż dzieje wojen domowych. Jeśli w ogóle zostały lub kiedykolwiek zostaną uczciwie napisane. Oczywiście mam tu na myśli historie obiektywne, z zachowanym dystansem wobec stron, a zwłaszcza ich propagandy. Dystansem politycznym, intelektualnym i czasowym. Wojny domowe każą długo czekać na ten odstęp. W ubiegłym stuleciu toczyło się ich sporo, w bieżącym już też kilka poważnych, pełnokrwistych konfliktów wewnętrznych dałoby się naliczyć; jeden nawet wciąż trwa za naszą granicą (choć ma charakter hybrydowy: domowo-inwazyjny) – na Ukrainie. Wojny domowe, zamachy stanu, demonstracje uliczne z użyciem broni palnej i śmiertelnymi ofiarami czasem bywają wywołane przez cynicznych kombinatorów, czasem przez zrozpaczonych idealistów – ale zawsze, gdy do nich dochodzi, coś przedtem musi pęknąć, musi powstać rozpadlina podziałów tak wielkich, że aż znieczulają szeregowych uczestników zdarzeń, gdy muszą użyć broni przeciw sąsiadom, braciom w wierze, historii, języku, obywatelstwie… Jak mocne muszą to być bodźce, skorą potrafią jednym ruchem zburzyć budowane przez…
Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski Mity polskiego września 1939 Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2019 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 2/5 Prosto do nieba czwórkami szli… Nie ulega wątpliwości: wszystkie kampanie wojenne w miarę upływu lat od ich zakończenia (dla jednej ze stron oczywiście niefortunnego…) obrastają mitami, przeinaczeniami i fałszywymi komentarzami. Osobliwie strona przegrana (jeżeli wciąż istnieje) objawia znaczną predylekcję do mitotwórstwa i reinterpretacji. Ale i zwycięzcy nie są wolni od uprawiania mitologii… I to nie jest dziwne ani naganne. Ani zabronione. Ba, wydaje się być uprawnione. Mit wojenny jest bowiem narzędziem walki – kontynuacji tej walki w innych, zmienionych warunkach. Nie tylko w bieżącej tzw. publicystyce historycznej ale i w historii samej – obiektywnej nauce badającej fakty i opisującej ich znaczenie na osi czasu – aż po współczesność (i dalej, jeśli wyobraźni starcza…). Co więcej: wydaje się, że w całej historii konfliktów zbrojnych (acz nie tylko, nie tylko…) fakty mają drugorzędne znaczenie. Mity, legendy i interpretacje, którymi fakty obrastają w miarę upływu czasu, nabierają zasię znaczenia pierwszorzędnego… Im więcej sprzeczności, tym gorzej dla faktów! Fakty można pominąć, a mity? Mity, cóż, tworzy się i pisze nie tylko po to, by ładnie wyglądały w gazetach, zdobiły opowieści przy ogniskach i szkolne czytanki. Mity…
Tomasz Łubieński Wojna według Karskiego Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Misja udana czy nieudana? Dobre pytanie… A odpowiedź od lat niejednoznaczna, zwłaszcza że sam wykonawca misji oceniał, że nie – że była nieudana. Ale niepodlegli historycy, a każdy z nich chłop na schwał (w sensie, że intelektualnie…), mogą mieć inne zdanie, czyż nie? A mowa tutaj o epizodzie wojenno-okupacyjnym, którzy w dziejach Polski, drugiej wojny i świata w ogóle, w sensie materialnym nie znaczył ani zmienił literalnie nic, nie był żadnym przełomem w działaniach na polu walki, w gabinetach sztabowych, wywiadowczych, dyplomatycznych, w środowisku polityków i przywódców walczących stron. Epizod bez jakiegokolwiek znaczenia w sensie strategicznym, militarnym, politycznym. Miał – jak się wydaje – jedynie jakiś wymiar moralny, co jest, jak można zasadnie mniemać, wyłączną specjalnością polskich epizodów w dziejach świata. Jesteśmy mistrzami imponderabiliów etycznych, honorowych – za to pozbawionych jakiegokolwiek realnego znaczenia… Tak było i w tym przypadku. Misja, o której mowa, była w zamierzeniu standardowym, regularnie powtarzanym przedsięwzięciem łącznościowym między polskim państwem podziemnym a emigracyjnym rządem – najpierw we Francji, potem w Londynie. W obu kierunkach – tam i z powrotem. Taki kanał kontaktowy wydawał się ważny, bo nie wszystko można było przekazać drogą…
Monika Sznajderman Pusty las Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Nic nie może przecież wiecznie trwać… Pierwszy raz byłem w tamtych okolicach „Pustego lasu” (tyle że bardziej na wschód – między dolinami górnego Sanu i Osławicy, czyli w Bieszczadach…) latem 1963 roku w ekipie szkolnego obozu wędrownego, z niezapomnianymi profesorami: Szumińskim od przysposobienia wojskowego i polonistą Kowalskim. Trzy lata później, już po maturze, poszliśmy z przyjaciółmi dalej – najpierw powtórzyliśmy trasę tamtego pierwszego wędrownego obozu, a od Komańczy torowaliśmy własny szlak pustaciami (ale po osi świeżo wytyczonego przez Krygowskiego z pomocnikami czerwonego grzbietowego szlaku) między Rymanowem, Iwoniczem, Duklą, Krynicą, a potem na Rytro, Krościenko, Czorsztyn – aż po Nowy Targ… Podczas pierwszego pobytu cywilizacja, choć nacierała, nie była jeszcze pewna swego – droga „pętli bieszczadzkiej” nie była jeszcze pętlą w sensie dosłownym, asfalt z jednej strony (od Lutowisk) kończył się w Ustrzykach Górnych, z drugiej – od Cisnej – ledwo co mijał Wetlinę. Było pusto i cicho, pusto i cicho… Berehy Górne osiągalne pieszo lub konno po starych żwirówkach, czasem gubiących się w zaroślach. Zresztą nie było po co tam łazić; z ludnej wsi pasterskiej został punkt na mapie, trochę ruin fundamentów i przepalonych kominów. Jak ostaniec…
William Dalrymple, Anita Anand Koh-i-noor. Historia najsłynniejszego diamentu świata Przełożył Krzysztof Obłucki Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2019 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Diamenty – nasi najlepsi przyjaciele… Nazwę Koh-i-noor pamiętam z wczesnego dzieciństwa… W pierwszej połowie lat 50. (chyba jeszcze przed śmiercią Stalina) ojciec przywiózł z dziennikarskiego wypadu do Pragi (tej czeskiej naturalnie…) dla młodszego brata i dla mnie wielką niebieską pluszową małpę-przytulankę (nazwaną Fifa) i okazałe płaskie blaszane pudło z kompletem 144 (wtedy namacalnie nauczyłem się co znaczy tuzin i gros…) różnokolorowych, egzotycznie pachnących kredek. Wszystkie na drewnianej obsadce wytłoczone miały napis (złoconymi literami): Koh-i-noor Hardtmuth Ceske Budejovice. Zanim się zużyły (a trwało to kilka lat…), nazwa wryła mi się w pamięć, a jej składniki – dzięki objaśnieniom ojca oraz encyklopedii Trzaski, Everta i Michalskiego – miałem dokładnie rozpracowane… Zwłaszcza ten Koh-i-Noor – brylant koronny Imperium Brytyjskiego, obciążony historią krwawą, pełną wojennego zgiełku, zbrodni i wszelakiej nikczemności, jednym przynoszący szczęście, innym wieczną klątwę i śmierć – to działało na wyobraźnię. Zagadki, władza, pożądanie, terror – czemu ta krystaliczna postać węgla ma taką moc (i cenę)? Dobre pytanie… A dobra odpowiedź? – Bo ładnie wygląda, jak nic innego na świecie? Bo nie ma jej zbyt wiele? Bo rozbudza…