Amazonia

25 marca 2022

Patrick Deville 


Amazonia
Przełożył Jan Maria Kłoczowski
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2022

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Świat jest rzeką, rzeka jest światem…

Każdy – wyłączywszy może z tej populacji Beduinów i Tuaregów (a i to zapewne nie wszystkich) – ma swoją rzekę. Większą, średnią, całkiem malutką. Jedni mają Orinoko, inni Dniepr, jeszcze inni – Limpopo. Ja miałem (i chyba wciąż mam) rzeczkę nazywaną Moszczenica (dopływ Bzury; prawy, gdyby ktoś chciał szczegółów). Płynęła jakieś osiemdziesiąt metrów za zagrodą dziadka we wsi Rogóźno – z tym że najpierw za stodołą był warzywnik mamy, potem sadek brzoskwiniowo-śliwkowy, potem rabata hortensji, dalej dziadkowy staw, obrośnięty wierzbami i olszyną, wedle stawu grobla, obsadzona morwami (dziadek – niepowstrzymany eksperymentator agrarny, miał w życiu długą fazę… jedwabnika; z dużym zacięciem siał też len, mak, konopie i fasolę na skalę przemysłową), potem splątane kolczaste chaszcze ze znacznym udziałem pokrzywy zwyczajnej (Urtica dioica L.), co czyniło je niemal nieprzebytymi (dla kilkulatka zwłaszcza)… I wreszcie nurt – niespieszny, ale i nieleniwy, niegłęboki (circa pół metra najwyżej) pominąwszy oczywiście tzw. doły – ulubione ostoje raków. Woda przeczysta, dno piaszczyste, ławice cierników – rybek poufale zwanych przez nas żgajkami. Nieżeglowna – wyjąwszy może spływy w starych dętkach samochodowych; brzegi niewysokie, w zasadzie przystępne; gdzieniegdzie spięte kładkami pieszymi ze ściętych starych olszyn albo przecięte „żlebami” brodów dla krów. A tak w ogóle to spokój i sielanka. Raz tylko Moszczenica się zbiesiła – latem bodajże w 1957 roku wezbrała do trzech metrów, łąki zalała, a pół kilometra w dół biegu nagle wyrwała się z okowów brzegu i pognała wartką strugą przez łąkę Karolaka (albo kuzynów Malinowskich – nie pamiętam dokładnie…) ku dogodniejszemu spływowi starorzeczem, odcinając od zasilania młyn w Gaci pod Giecznem (i tak mieli przejść na elektrykę, co rzeka tylko przyspieszyła). Pamiętam te trzy przełomowe dni, gdy wezwani na szarwark włościanie z tamtejszej gromady (nie była to nieformalna horda sąsiadów, jeno w ów czas podstawowa jednostka struktury administracyjnej państwa…) usiłowali coś zaradzić łopatami i szpadlami, ale – po zasypaniu kawałka łąki niedopałkami sportów, stratowaniu sporego spłachetka bujnej trawy – odpuścili siłom przyrody. Moją Moszczenicę dobili jakoś w tym samym czasie geologowie, poszukujący w okolicy złóż węgla brunatnego (znaleźli…), którzy z odwiertu w Woli Rogozińskiej spuścili spod świdra płuczkę wprost do rzeki. Woda zmętniała na długo, śmierdzieć zaczęła nieprzystojnie, a raki i rybki gdzieś się wyniosły. I tak porzuciłem moją Amazonkę…

Więc każdy swoją rzekę ma. Może wyjąwszy wspomnianych już eksploratorów pustynnych, no i tych, co akurat nad morzami żyją, więc nie zaprzątają sobie głów jakimiś tam zwyczajnymi ciekami wodnymi. Patrick Deville urodził się w zasadzie nad morzem, konkretnie nad Atlantykiem, na północnym skraju tej jego części, którą nazywają Zatoką Biskajską, w miasteczku położonym naprzeciw wielkiego portu Saint-Nazaire, na krańcu okazałego estuarium – ujścia największej francuskiej rzeki – Loary. Więc w zasadzie jest osobnikiem morsko-rzecznym; zważywszy wszelako merytoryczny sens jego pisarstwa, wolno go zaliczyć raczej do rzędu homo fluviatilis… Człowieka rzecznego – pisał bowiem obszernie i życzliwie o Nilu, Kongu i Mekongu, a teraz przedsięwziął coś w rodzaju selektywnej „biografii” Amazonki. Ale nie oszukujmy się: Deville nie jest przyrodnikiem-krajoznawcą, ani hydrogeografem żadną miarą. Zawsze, gdziekolwiek podróżuje, pisze o ludziach. Nawigowanie po Kongu to tylko szkielet do wspomnienia Pierre’a Savorgnana de Brazzy i paru innych wędrowców, na Mekongu dobrze się pisze o Alexandre’em Yersinie (pogromcy dżumy), Nil to oczywiście Mehmed Emin Pasza (właściwie Eduard Schnitzer, niemiecki Żyd z Opola, lekarz i podróżnik).

A Amazonka? Lista nazwisk długa – od konkwistadorów Franciszków – Orellany i Pizarra (oraz Gonzala, brata tego drugiego…), po francuskiego pisarza-surrealistę Henriego Michaux. A między nimi z górą dwadzieścia nazwisk postaci, o których warto coś wiedzieć, gdy się pomyśli o Amazonce (i jej bliskich okolicach). A przecież to miała być tylko zwykła podróż z synem, stosunkowo łatwa i bezpieczna – odcinek wymarzonej i dawno zamierzonej eskapady Deville’a, który zaplanował sobie – między innymi pisarsko-wędrowniczymi planami – okrążenie globu wzdłuż równika. Przez Afrykę (od Zanzibaru na wschodzie do wyspy św. Tomasza w Zatoce Gwinejskiej na zachodzie) już się przeprawił i miał zaliczoną – w postaci książki „Ekwatoria”. Drugie większe zetknięcie równika ze stałym lądem to właśnie kraina rzeki Amazonki w Ameryce Południowej, zwana oczywiście Amazonią. Obie te nazwy zawdzięczamy dominikaninowi, misjonarzowi Gasparowi de Carvajalowi, kronikarzowi rajdu Orellany, który dopłynął do atlantyckiego ujścia wielkiej rzeki. Dzielny ów mnich… stracił oko, trafiony strzałą z indiańskiego łuku, i to z rąk kobiety – wojowniczki któregoś z indiańskich plemion nadrzecznych. Nieszczęsny ten przypadek, ustrojony w mitologiczny kostium, posłużył zacnemu kapłanowi podczas pisania relacji z ekspedycji do nadania całej rzece miana Amazonki. I się przyjęło – de Carvajal stratę oka powetował sobie sławą ojca chrzestnego największej (jeśli mierzyć masą toczonej wody i obliczoną według pomiarów Pałkiewicza długością…) rzeki świata. Wspomniany tu Jacek Pałkiewicz, polski podróżnik o usposobieniu nieco – hmm… – münchhausenowskim, mieni się odkrywcą źródeł Amazonki, które osiągnął po długiej, pełnej przygód i niebezpieczeństw ekspedycji. Tymczasem niżej podpisanemu znane są relacje, iż wystarczy wysiąść z autobusu na jednym z przystanków przy drodze (częściowo asfaltowej, częściowo szutrowej) z Arequipy do Cuzco, by po kilku godzinach łagodnego spaceru (choć na wysokości trzech – czterech tysięcy metrów nad poziomem morza) przez pagóry Altiplano wspomniane źródełko osiągnąć. Deville, jak łacno się przekonać o tym podczas lektury, o sporach odkrywczych wokół źródeł Amazonki nie wspomina w ogóle. Z prostej przyczyny – nie był tam zaangażowany żaden Francuz. A Deville – w sposób zrozumiały i nieagresywny – jest jednak frankofoński i frankocentryczny.

Istotą jego rozważań jest rzeka sama w sobie – w sensie bardziej metaforycznym niż geo- czy hydrologicznym – jako oś dynamiki dwóch procesów intelektualnych, którym swe pisanie poświęca. Pierwszy proces to wielce emocjonalna, wielopłaszczyznowa relacja ojca z synem – dorosłym, ale nie całkiem przez ojca „odkrytym”, nieoswojonym i niepojmowanym wystarczająco dostatecznie. Niepokojowi, a w zasadzie dyskomfortowi poznawczemu towarzyszy coś w rodzaju poczucia winy – bo się było nieobecnym, gdy kształtował się jego umysł, emocje, obyczaje oraz doświadczenia. Deville swego syna Pierre’a nieustannie podgląda (w zasadzie dyskretnie inwigiluje emocjonalnie) i zbiera dane. Nie po to, by ingerować, wtrącać się, ale chociażby pojąć, co mu w duszy gra. W czasie podróży en deux – gdy uciec nie ma gdzie, wszystko – łącznie z intymnymi „bebechami” – leży na wierzchu, łatwiej się te dane gromadzi, ale sam inwigilowany też łatwiej może się zorientować, że papa Interesuje-Się-Za-Bardzo. A to krok w kierunku poważnego konfliktu… I to jest najciekawszy nurt całej „Amazonii” – intymny, szczery, do pewnego stopnia bolesny i… niesprawiedliwy. Deville bowiem zdaje się nie dostrzegać, do jakiego stopnia miłość synowska może być bezwarunkowa. Ma wyrzuty sumienia, że złym był ojcem, za mało dającym… Niepotrzebnie – nie chodzi o sprawiedliwą, zrównoważoną odpłatę – idzie o psychiczną więź, której żadne niedogodności nie niweczą (oprócz zbrodni i ostentacyjnie totalnego odtrącenia). W każdym razie ojcowskie niepokoje i lęki to mocna strona podróżniczej gawędy Deville’a.

Drugi proces intelektualny „w podróży”, zanotowany, przedstawiony w „Amazonii”, to pivotalna funkcja rzeki jako struktury organizującej życie. I w tego typu pisarskiej penetracji Deville czuje się najlepiej. Bo to jego branża – ludzie i historie. Nurt rzeki nie jest już scenografią – zaczyna własne życie, równoprawne z innymi bohaterami. Kolory rzeki, jej zapachy, dźwięki, temperatury, mgielne „szaty”, sygnały życia i niebezpieczeństw – czujemy, że Amazonka płynie naprawdę blisko, a mocny, wartki nurt wprawia w drżenie nasz świat. Z Amazonką lepiej się nie spoufalać, a już na pewno nie próbujcie… sikać wprost do rzeki. No, chyba że chcecie poznać wandelię… Kto zacz? Rybka centymetrowej długości, prawie przezroczysta, wyglądająca jak kłaczek wełnianej przędzy – ma fenomenalną zdolność błyskawicznego… wspinania się pod prąd strumienia moczu; nim skończycie opróżniać pęcherz, już macie gościa wewnątrz. I spowodowaną przez niego krwawą masakrę. Usuwanie wandelii to poważny zabieg chirurgiczny, długotrwały i bolesny. Pływanie sauté w rzecznych wodach też raczej niewskazane, bowiem wandelia jakoby ma zdolność błyskawicznego penetrowania wszystkich naturalnych otworów ludzkiego ciała. Nos, uszy, oczy, odbyt – całość lepiej osłonić szczelnym i grubym kombinezonem.

Zresztą mniejsza o wandelię – to rzeka jest ważna. Majestatyczna, obojętna, niepodległa, niewrażliwa na wszelkie próby nawiązania dialogu i spoufalania się. Zabójcza (ale przecież niechcący…) bezwzględna dla błądzących, nieokiełznana i niezniszczalna. Idealna metafora świata i życia jako takiego… Ale u Deville’a ta apoteoza rzeki nie trwa długo. Amazonka szybko na powrót staje się dekoracją; płynie właściwie znikąd donikąd i nie wiadomo, jakie ma zamiary. Ostatecznie to ludzie wychodzą (może wypływają?) na plan pierwszy. Zorientujecie się, w czym rzecz, gdy przeczytacie nerwowy, skrótowy zapis perypetii reżysera Wernera Herzoga – autora dwóch „amazońskich” filmów – „Aquirre, gniew boży” i „Fitzcarraldo”; w obu zagrał – i to jak! – szalony gdańszczanin (a właściwie sopocianin – jeśli to komuś robi różnicę) Klaus Kinski. Przy okazji zresztą warto sobie przypomnieć obydwa filmy z demonicznym, psychotycznym gwiazdorem – mimo upływu lat wciąż ekscytującym, choć może nieco wyblakłym. Ale jego blond grzywa i świdrujące niebieskie oczy – ze wszech miar nietypowe akcenty w amazońskim pejzażu antropologicznym – robią klimat…

Taka jest proza dokumentalna Deville’a, chociaż on uparcie i pewną dezynwolturą nazywa swe dzieło powieścią. Trochę mnie śmieszą te gatunkowe podchody, zastrzeżenia i umizgi. Nawet gdy autor coś, co napisał, nazwie powieścią, to tylko przez to tekst powieścią się nie stanie. Atrybuty jeszcze są potrzebne. Ale nie będziemy się wdawać w spory teoretycznoliterackie spod znaku – co się komu wydaje. Istotne bowiem jest nie to, czy autor nas nabiera, mizdrząc się niemiłosiernie (ale niektórzy ludzie pióra tak mają – i już…). Istotne – co i jak pisze. A tu Deville trzyma klasę. Ma facet bowiem „mistrzowskie papiery” i umie ich używać. Jego teksty, choć na pozór zdyscyplinowane intelektualnie – gdy bliżej z nimi obcować, zdradzają niejakie pokrewieństwo z dygresyjną gawędą griota – żywego nośnika historii, wartości i tradycji. Te teksty to samowznosząca się konstrukcja, odsłaniająca co rusz to nowe plansze, nowe wyzwania z gry, zwanej literaturą. A właściwie lekturą, procesem poznawczym, ćwiczeniem intelektualnym. Deville dba o swego czytelnika, aczkolwiek nie jest to dbałość nadmiernie opiekuńcza, usuwająca trudności. Objawem tej dbałości jest raczej odpowiedzialne piętrzenie… trudności. Idziesz za mną? No, to nie będzie to łatwy spacerek; a też koniec może nie okazać się triumfalny. No i może dojść do nadużyć. Deville bowiem – podobnie jak Tesson, Carrère, czy Houellebecq – należy do tej gromadki współczesnych pisarzy francuskich, którzy niemal bez reszty kultywują autotematyzm. Innymi słowy: o czymkolwiek by nie zamierzali pisać, zawsze skończy się na pisaniu o sobie… Czemu zatem zawdzięczają okoliczność, że czytelnicy jeszcze ich nie pozabijali? Nie wiem – to pewnie esprit – taki czysto francuski dodatek, wsad do literatury wysokonakładowej…

Tomasz Sas
(25 03 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *