Maria Gąsienica-Zawadzka Ostatni smrek Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2026 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Za dużo, za gęsto… Niedobre myśli, które mnie naszły po lekturze poprzedniej książki Maryny z Gąsieniców – czyli „Ciemiężycy” (rekomendacja w tym blogu – 18 lipca 2025 roku) – ze wszystkim nie odeszły, gdy odkładałem „Ostatniego smreka”. Nadal mniemam, iż pisarskie ambicje pani Gąsienicy-Zawadzkiej nie pokrywają się (w sensie: są jednak większe…) z jej czysto intelektualną sprawnością wartkiego, niezakłóconego niczym opowiadania. Skłamałbym wszakże nieżyczliwie, gdybym utrzymywał, iż przez te kilka ostatnich miesięcy jej ambicje i sprawności nie zbliżyły się ku sobie. Bo zbliżyły się wyraźnie – głównie za sprawą doskonalenia prozatorskiej praxis… No cóż – biegłości w konfabulowaniu (w pozytywnym sensie!) pani Gąsienicy odmówić nie można żadną miarą. Pomysł wykreowania góralskiego sprzysiężenia, mającego na celu „odceprzenie”, per fas et nefas, Kościeliska – jednej z najpiękniejszych wsi podtatrzańskich – by przywrócić naturalny porządek rzeczy (znaczy wedle plemiennej, góralskiej woli) i odzyskać rodzime pejzaże – wydaje się być cokolwiek naiwny. Nawet po „uzbrojeniu” intrygi w nieodzowny na Podhalu aspekt ekonomiczny (ech, te dutki…) sprawa nie wygląda szczególnie wiarygodnie. Lecz przecież nie o to chodzi… To kwestia ślebody imaginacyjnej – autorce wolno stworzyć figurę ideowo zmotywowanego autochtona, który chce się…
Maria Gąsienica-Zawadzka Ciemiężyca Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2025 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 3/5 Trójkąt bermudzki Pamiętacie taki film – „Nieznajomi z pociągu”? Dziś już chyba mało kto może powiedzieć, że widział to arcydzieło – bo to czarno-biała klasyka z 1951 roku, spod ręki i oka Alfreda Hitchcocka. Gdy film był świeżutki, obejrzenie go w Polsce graniczyłoby z cudem – może był pokazywany na elitarnych seansach w ambasadzie USA, może nie. Ale to nic pewnego. A później… Tego typu filmy noir raczej rzadko trafiały na ekrany, choć ten był w ofercie CWF, czyli Centrali Wynajmu Filmów. Towarzyszył mu fenomenalny plakat, autorstwa jednego z czołowych twórców polskiej szkoły plakatu – profesora Witolda Janowskiego (notabene brata aktorki Aliny Janowskiej). Może film był raz czy dwa w telewizji; zapewne oglądali to dzieło studenci szkoły filmowej, może też filmoznawcy z polonistyki. Więc jest raczej mało znany. Ale sam koncept intrygi już nie… Pisarka Patricia Highsmith wymyśliła (a Hitchcock je zrealizował na taśmie) przypadkowe spotkanie – dwaj panowie w pociągu mają poważne osobiste problemy, więc jeden proponuje drugiemu, że usunie jego „kłopot”, a tamten w rewanżu załatwi problem pomysłodawcy. Nie trzeba chyba dodawać, że w grę wchodzą dwa morderstwa, ze względu na zmowę i zamianę sprawców prawie…
Maria Gąsienica-Zawadzka Zgorzelisko Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2024 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 3/5 Zawróciła z dobrej drogi… Z pewną taką pobłażliwą życzliwością potraktowałem debiut prozatorski pani Gąsienicy – czyli wielce udatny horror zakopiański „Gniew halnego”. Bo to była dobra, pomysłowa, zdradzająca niepospolite talenta ruchowe zaprawa (w sensie: gimnastyka poranna z przebieżką) przed czymś poważniejszym jeszcze. „To coś” miało niebawem nadejść. No i nadeszło – ale czy jest lepsze? Test drugiego podejścia jednak sprawił pani Gąsienicy poważne trudności, co stwierdzam z pewnym takim żalem i niedosytem głębszym niż Morskie Oko… Co nie znaczy jednak, że się nie wywiązała i test oblała. Nie – ale nie poszło śpiewająco – za to z poważnym wysileniem, by sprostać wysoko w debiucie zawieszonej poprzeczce. Bo o ile „Gniew halnego” był dziełem autonomicznym i co do definicji – osobnym w istocie, niepodlegającym zbiorowej intoksykacji błyskotliwym horrorem, z nietypową i zuchwale poprowadzoną intrygą – a do tego smakowitą jak porcja rydzów z patelni w nieodżałowanym starym „Poraju”, o tyle „Zgorzelisko” to regres, cofka do konwencjonalnej formuły narracji sensacyjnego thrillera, jakich prozatorska wyrobnicza ferajna produkuje na pęczki. Wygląda zatem na to, że pani Gąsienica powściągnęła wodze swej fantazji narracyjnej i w ogóle fabularnej, by nie wiedzieć po co upodobnić…
Maria Gąsienica-Zawadzka Gniew halnego Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2024 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 2/5 Blachodachówka koszącym ścigała go lotem… Ktoś, komu się wydaje, że trzyma w rękach kolejny pełnokrwisty podhalański kryminał, w mylnym jest błędzie… Bo to jest pełnokrwisty (może nawet do przesady) – ale horror, z przemożnym udziałem mocy transcendentalnych i sił nieczystych – wszelako działających w intencji zaprowadzenia (choćby częściowego) sprawiedliwości. Ale sprawiedliwości w postaci talionu (znanego potocznie jako prawo Hammurabiego…), czyli zrównoważonej odpłaty za zło, bez uwzględniania okoliczności łagodzących ani żadnych ludzkich emocji. Zabiłeś – będziesz zabity. Po prostu, a proces przed ludzkim sądem zbędny… Nietrudno się skapować, że w prozie (skądinąd zapewne debiutanckiej, sądząc po barokowo nadętych Podziękowaniach na końcu dzieła…) pani Gąsienicy egzekutorem jest wiatr. A konkretnie tzw. halny (gwarowa nazwa polska), czyli gwałtowny ruch powietrza, ruch typu fenowego (lokalna nazwa niemiecka – föhn – z Alp upowszechniła się, bo to niemieccy meteorolodzy pierwsi opisali mechanizm tego zjawiska), czyli najpierw do góry i po drugiej stronie łańcucha górskiego w dół. Z narastającą prędkością i temperaturą powietrza. Halny – poza czysto przyrodniczymi aspektami swego wiania, czyli siłą obalania drzew, zrywania dachów, wywracania tego i owego na nice, gwałtownego roztapiania śniegu i wyzwalania innych, podobnych kataklizmów – z…
