Polska bez cudów. Historia dla dorosłych

13 grudnia 2021

Maciej Górny 


Polska bez cudów. Historia dla dorosłych
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2021

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

I ni z tego, ni z owego, będzie Polska
na pierwszego

Fragment piosenki legionowej, w zasadzie gorzko-ironicznej, choć z założenia zuchowato optymistycznej, nad wyraz lapidarnie i trafnie syntetyzuje myśl historiozoficzną autora – w roku tysięcznym dziewięćsetnym i osiemnastym Polska odrodziła się (jeżeli odrodzenie to jest właściwe słowo; ale na razie na nim poprzestańmy) bez nadmiaru martyrologii, bez bohaterskich czynów, bez zdarzeń nadprzyrodzonych, bez heroicznych, krwawych znojów i bojów. Ot, korzystny zbieg wydarzeń geopolitycznych – niejako przy okazji rozstrzygnięcia wielkiego, pankontynentalnego konfliktu. Gigantyczne starcie dwóch koalicji zakończyło się klęską jednej z nich – akurat tej, w której członkostwo dzierżyły dwa mocarstwa, które przeszło wiek wcześniej dokonywały ostatecznej likwidacji polskiej samodzielnej państwowości. Trzeci z likwidatorów, który od początku brał udział w tej zwycięskiej koalicji, nie dotrwał do jej sukcesu. Dotknął go wewnętrzny kolaps ( w terminologii przyjętej w środowisku historyków nazywany rewolucją) i wypadł z ostatecznej rozgrywki. A zatem zbieg okoliczności, którego nie dało się nie wykorzystać. Przyznać jednak należy, gwoli historycznej prawdy, że do tych trzech upadków żadne, ale to dosłownie żadne siły polskie nie przyczyniły się w najmniejszej mierze – no, z jednym może wyjątkiem – do tego post factum i o znaczeniu lokalnym…

Tak, to prawda, której długo nie byliśmy skłonni przyjąć do wiadomości: jakiekolwiek siły polskie (zorganizowane lub nie…) na taki, a nie inny rezultat Wielkiej Wojny żadnego wpływu nie miały. Ani przereklamowane Legiony nic nie wskórały, ani tysiące – ba, setki tysięcy – polskich rekrutów w obcych mundurach na wszystkich frontach, ani polskie formacje (o rozmiarach całych dywizji) na teatrach wojennych w Rosji, ani konspiratorzy z POW. No, dosłownie nikt – poza jednym wyjątkiem: rozpoczęte 27 grudnia 1918 roku powstanie w Wielkopolsce z Poznaniem (w owym czasie prowincji pruskiej), mimo ogromnej dysproporcji sił i środków (na korzyść Niemiec), doprowadziło do usunięcia wojsk i administracji niemieckiej ze znacznego terytorium etnicznie polskiego. Ale przecież ruchawka owa żadnego wpływu na klęskę wilhelmińskiej Rzeszy nie miała – wszak nastąpiła po tej klęsce, po podpisaniu rozejmu; jej znaczenie miało sens tylko jako fait accompli w przyszłych rokowaniach pokojowych.

Tak więc podstawowy, pierwotny dylemat założycielski (żeśmy se wywalczyli te niepodległość własnemi ręcyma!) wydaje się rozstrzygnięty. To mit bez jakiegokolwiek związku z rzeczywistością. I wyjątkowo szkodliwy, bo na nim zbudowano cały szereg mniemań o wyjątkowości polskiego narodu, o dominacji polskiego charakteru narodowego nad innymi, o bezkompromisowej i bezinteresownej polskiej dzielności, która wciąż pozostaje bez uznania i odpowiedniej wdzięczności tej wrednej Europy, o chrobrych wojakach, gotowych głowy złożyć na jedno skinienie wodza – na ołtarzu wolności. O poświęceniu bez nagrody. Słowem: sztandary, fanfary, szum orlich piór w husarskich skrzydłach… A tu dupa – cały ten „giewałt” na nic, bo niepodległość leżała sobie po prostu na gościńcu. I tylko ślepy kiep by jej nie wziął. Fakty mówią same za siebie, a w Europie inni też potrafią czytać źródła historyczne, toteż na polskie mitologie i płynące w ślad za nimi roszczenia nie dają się nabierać.

Więc ni z tego, ni z owego… Powiedzmy sobie szczerze – tylko wykorzystaliśmy okazję, żadną miarą nie stworzyliśmy jej sobie sami, ani własnym wysiłkiem, ani ofiarą. A jak tę okazję wykorzystaliśmy? No cóż, znów powiedzmy sobie szczerze – prawie optymalnie, więcej chyba nie dałoby się ugrać, za to mniej – z łatwością. Ale – jako sklejany z trzech części kraj średniej wielkości mieliśmy w zasobach kilku, a może nawet kilkunastu przytomnych, rozgarniętych i doświadczonych polityków tudzież uznanych ekspertów, którzy mogli podjąć wysiłki odrodzeniowe. Oczywiście – nie wszyscy mieli w równym stopniu dostateczne do tego zadania kwalifikacje, nie wszyscy umieli zrezygnować ze swych egoizmów i poglądów w imię celu. Ale w sumie ta drużyna zrobiła tyle, ile potrafiła. Cudu nie było – ale i tak spektakularnej wtopy, jaka stała się udziałem Węgrów – też nie. Że nie wspomnę o totalnej klapie ambitnych projektów białorusko-ukraińskich czy zakaukaskich… Wydaje się zatem, że po wojnie uzyskaliśmy prawie tyle, ile było możliwe – na niektórych kierunkach więcej, na innych mniej, ale per saldo nieźle. I znów: żaden to nie był cud, ani żadna sprawcza siła naszej genialnej, profetycznej zgoła dyplomacji. A już w szczególności nie przerysowujmy rzekomo decydującej, kapitalnej zgoła roli Romana Dmowskiego w Wersalu. Tam de facto rządzili amerykańscy i brytyjscy (rzadziej francuscy) eksperci, profesorowie z najlepszych uniwersytetów, przeszli i przyszli laureaci noblowscy, na których pan Roman żadnego przełożenia nie miał – podobnie jak nie miał go na Lloyda George’a i Wilsona… Zresztą wydaje się, co pan profesor Górny zauważa, że post-wojenne urządzanie świata było nie tyle domeną porozumień samych polityków, co prowadzoną na płaszczyźnie piśmienniczej wojenką profesorów po obu stronach konfliktu. Narzędziami czy zgoła amunicją w tej walce bywały dylematy statystyczne (głównie spisy ludności), językowe, narodowościowe, religijne a nawet samoświadomościowe i etnograficzne tudzież tożsamościowe. Poważne miejsce w dyskusjach zajmowała kartografia – a konkretnie sugestywne mapy tzw. normatywne, przedstawiające świat nie taki, jaki jest, ale jaki powinien być, zdaniem kolektywu rysującego daną mapę…

Mniej więcej w połowie Wielkiej Wojny, chociaż do rozstrzygnięć militarnych było jeszcze daleko, a ich możliwa treść wciąż była mocno niepewna, sieć projektów powojennego urządzenia Europy, a osobliwie Europy Środkowo-Wschodniej, mocno zgęstniała (trochę za sprawą wojujących mocarstw, rozbudzających partykularne nadzieje, by zdobyć nowego rekruta i nowe środki prowadzenia wojny). Z natury rzeczy – ponieważ te projekty na ogół nakładały się na siebie terytorialnie i na różne inne sposoby – gęstniały też konflikty między osobnymi wizjami przyszłości. Liczne komitety narodowe (każdy naród, który potrafił zmobilizować paru „własnego chowu” inteligentów, powoływał swój komitet) rozpoczęły bezpardonową walkę na noże – o wpływy, uwagę, dostęp do central politycznych, o pieniądze; niektóre kupowały swój prestiż w zamian za dyskretne usługi wywiadowcze i dywersyjne, inne szkoliły… bojówki terrorystyczne, przewidując zasadnie, że walka o swoje łatwa nie będzie – zwłaszcza że do tego „swojego” przybywało konkurentów…

Stosunkowo najciekawiej zaczęła się rysować sytuacja „w polskiej stronie” – gdy tylko pojawiły się pierwsze sygnały o możliwej reaktywacji, nadawane przez ośrodki opiniotwórcze mocarstw zaborczych, natychmiast objawił się i zyskał poważny (lecz tylko wewnętrzny) posłuch polski postulat o odrodzeniu, ale w granicach z… 1772 roku, czyli przed pierwszym rozbiorem. Rzut oka na mapę wystarczy, by uprzytomnić obie, jak wielki to obszar; drugim rzutem oka starczy objąć bezmiar zmian, jak zaszły na tym terytorium przez minione sto pięćdziesiąt lat. I trzeci – co mieliby do powiedzenia w tej kwestii Litwini, Łotysze, Białorusini, a przede wszystkim Ukraińcy? Ten aspekt dziejów polskiego odrodzenia został mitologicznie zafałszowany dość pieczołowicie, a największą zasługą profesora Górnego jest właśnie odszyfrowanie znaczeń przekazu nowej polskiej polityki historycznej, który w formie skondensowanej najlepiej brzmi w formule z „Dnia świra” – moje jest najmojsze! Cała ta filozofijka wspiera się na tezie, że Polakom za wszystko należy się nagroda. Największa. A tu nam jej odmawiają obce potencje – w tym Żydzi, Niemcy i Ruscy oczywiście na czele…

Tak – Górny to wariat i oczywisty nie-Polak. Z kolcem biega, przekłuwając biało-czerwone balony. W jego książce takich szarż z kolcami na balonowe polskie mity jest więcej – z mitem wojny polsko-bolszewickiej na czele. I to rzeczywiście jest lektura dla dorosłych. Może nie tyle w aspekcie PESELU, co ducha polskiego. Duch nie jest tożsamy z polskim charakterem narodowym, albowiem niczego takiego jak charakter narodowy nie ma (to temat na osobne opowiadanie). Ale ducha tego istotą jest dojrzałość – bowiem do kwestionowania prawd i półprawd oficjalnych trzeba dojrzeć – podobnie jak do pływania pod prąd zawsze i wszędzie. Czego wszystkim zabierającym się do czytania „Polski bez cudów” serdecznie życzę…

Tomasz Sas
(13 12 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *