Lato z Rimbaudem

11 sierpnia 2023

Sylvain Tesson 


Lato z Rimbaudem
Przełożyła Agata Kozak
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2023

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Podeszwy z wiatru

Szczęśliwa Francja… Gdy rodzi się tam poeta (a owi rodzą się tamże licznie nad wyraz), to chociaż raz może być geniusz, co wszystko powie i napisze na nowo – nie za, nie przeciw, nie obok, nie zamiast – ale od początku, na surowym korzeniu, jak gdyby nigdy nic, nie bacząc na historię oraz imponderabilia. 20 października 1854 roku urodził się właśnie ktoś taki – w Charleville (po połączeniu się z sąsiednim miasteczkiem, dziś znane jako Charleville-Mézières) w Ardenach, nad Mozą akurat. Ale mógł gdziekolwiek; a samo Charleville nie ma tu żadnego znaczenia wobec aktu narodzin poety. Arthur Rimbaud… Tak wielki, że od czasów Franciszka Villona nie ma go z kim porównać – chyba że z Charlesem Baudelaire’em. W innych ważnych językowych „hemisferach” – anglosaskiej, niemieckiej, luzytańskiej, hiszpańskiej, rosyjskiej, arabskiej czy chińskiej – próżno szukać kogoś podobnego (chociaż nie zniechęcam – szukajcie, może znajdziecie). Może w anglosaskiej Yeats i Eliot, może w rosyjskiej „Jebłokowa” – gdyby udało się w jedno skleić Jesienina, Błoka i Achmatową…

Rzecz nie w tym jednak, by Rimbauda sklasyfikować i posadowić na należnym mu miejscu w poezji światowej. Zresztą to zabieg zbędny – rangę w poezji wyznacza odbiorca takowej, nie żadne sprzysiężenie twórców i krytyków, choćby z akademickimi palmami, honoris causami i laurami. Nie o fotel w pierwszym rzędzie na Parnasie tu chodzi – zresztą poeta sam zająłby takowy chyba tylko po to, by światu zagrać na nosie, i to tylko wtedy, gdyby zechciał demonstrować, że dookolny świat, a w szczególności poeci cokolwiek go obchodzą. Rozliczne powody, zaczerpnięte wprost z lektury spuścizny Rimbauda, każą mniemać, że swą pozycję w ligowej tabelce turnieju wierszokletów młody Artur miał w dupie – symbolicznie, ale nad wyraz serio… Gdy zaś dojrzał i nagle poetą być przestał, miał tę hierarchię w dupie jeszcze bardziej – o ile to możliwe…

Choć stosunek Rimbauda do jego własnej „poetyckości” był zmienny w ciągu życia i co najmniej ambiwalentny, nie ulega żadnej wątpliwości, że to geniusz był i fenomen, aczkolwiek to drugie słowo nie oddaje w całości sensu pojawienia się Rimbauda wśród obywateli świata. Oczywiście Matka Natura powielając w nieskończoność mechanizm-cud narodzin kolejnego egzemplarza gatunku ludzkiego, nie działa celowo, nie ma żadnego planu ni zamiaru, oprócz wypełnienia manifestu ewolucji. Każdy z nas jest obiektem randomowym – nawet gdy kombinacja genów skazuje go na przykład na chorobę czy rychłą, statystycznie niesprawiedliwą śmierć. Ale gdy rodzi się taki geniusz, nie możemy się oprzeć metafizycznemu złudzeniu, że oto objawił się jakowyś transcendentalny ułamek planu (niektórzy nazywają go boskim) wyższego rzędu, celowego projektu. Geniusz zdaje się przedstawicielem, ambasadorem lepszego porządku, jakby innego świata. To oczywiście nieprawda, ale jak to ładnie brzmi… No cóż, tłumaczyć niepojęte niepojętym – klasyczna przywara umysłów podatnych na wpływy autorytetów czerpiących siłę z wiary w moc świata nieprzedstawialnego, transcendentnego. Takiego świata nie ma, a geniusz jest losowym splotem kombinacji genów i procedur socjalizacyjno-edukacyjnych.

Ale skoro się już bezspornie objawił, to ambitnym wyzwaniem dla każdego pomniejszego półgeniuszka, ćwierćinteligenta zgoła, jest objaśnić, odszyfrować, wytłumaczyć geniusza reszcie zdumionej publiczności, a na koniec posiąść okruch wiedzy tajemnej i sprzedawać takowy w celu utrzymania się przy życiu. We Francji legion egzegetów Rimbauda był i nadal jest wielki, intelektualnie przygotowany do swych zadań tudzież ruchliwy. Ale co w nim robi Sylvain Tesson – osobnik jak najdalszy od wizerunku typowego sorbońskiego filologa (zwanego też pieszczotliwie sorbonosłem), badacza, krytyka czy nauczyciela? Tesson jest geografem, pisarzem, dziennikarzem, wędrowcem, poszukiwaczem przygód, wręcz prowokatorem losu w tej mierze – w 2014 roku spadł z dachu w Grenoble i połamał się nader paskudnie; a wszystko dlatego, że uwielbiał wspinaczkę ekstremalną na wieże francuskich katedr… Katalog jego wyczynów podróżniczo-rekonstrukcyjnych budzi zdumienie, podziw i w końcu lęk, wywołany jego nieposkromionym ekstremizmem poznawczym. A pomysły miał on i ma cokolwiek szalone. Zaczął skromnie – od przetrawersowania Islandii motocyklem i eksplorowania jaskiń na Borneo. Potem objechał świat dookoła rowerem, przewędrował pieszo Himalaje wzdłuż od Bhutanu do Tadżykistanu, a konno – stepy Azji od Mongolii do Morza Kaspijskiego. Pół roku mieszkał w tajgowej chatce nad Bajkałem, zrekonstruował ucieczkę niejakiego Stanisława Rawicza z łagru w Jakucku do… Kalkuty, tropił irbisy (czyli śnieżne pantery) w pustkowiach Tybetu, odtworzył szlak odwrotu Wielkiej Armii cesarza Napoleona spod Moskwy (zimą; przez Berezynę na radzieckim motocyklu urał). Po wspomnianym upadku z dachu, w trybie rehabilitacji fizycznej i umysłowej, przewędrował Francję na piechotę po zapomnianych ścieżkach wzdłuż i wszerz, tudzież po przekątnych…

Skąd on zatem do Rimbauda? No cóż, to po prostu praca… Kilka lat temu dla jednej ze stacji radiowych zobowiązał się zrealizować cykl audycji tematycznych „Lato z…”. Najpierw zrobił „Lato z Homerem”, włócząc się kilka miesięcy po greckich wyspach; książkę też napisał… Zresztą rekomendowałem ją w tym blogu 1 grudnia 2019 roku – podobnie jak dwie inne: „Berezynę” 4 listopada 2017 roku oraz „Ducha śniegów” (o irbisach) 16 czerwca 2021 roku. Drugi etap wspomnianego zobowiązania to „Lato z Rimbaudem”. Tesson wespół z przyjacielem Olivierem Frebourgiem najpierw podjęli próbę odtworzenia szlaku jednej z ucieczek (w październiku 1870 roku) młodocianego Rimbauda z domu w Charleville do pobliskiej Belgii (gdzie szukał posady dziennikarza). Tesson bowiem, sam będąc człowiekiem przygody i awantury (ale bez przesady – dobrze skalkulowanej i zaplanowanej), trafnie zdiagnozował podstawowy problem Rimbauda – czyli pewien syndrom osobliwości ludzkiej natury – mianowicie dromomanię, nieodpartą skłonność do włóczęgostwa, do podróżowania, na ogół bezcelowego, ruszania w drogę dla samej drogi… Coś w rodzaju nerwicy natręctw. Wędrówka jest koniecznością – necesse est. Skąd Rimbaud to wiedział? On – ledwie szesnastoletni, klasycznie wykształcony gimnazjalista, wychowany przez dominującą matkę, o osobowości tak zwartej i ciężkiej, że w zasadzie górującej nad swym synem aż do jego śmierci. Ale rwał się w drogę – to jego towarzysz Verlaine powiedział, że Arthur miał podeszwy z wiatru…

Tesson swoje lato z Rimbaudem poświęcił w zasadzie dociekaniu, jak siła wyrwała tego chłopca z korzeniami, jaka siła postawiła go w sytuacji konfrontacyjnej z całym znanym mu wtedy (a na dobitkę – także z przeczuwanym) universum, jaka siła wyzwoliła w nim tę krótkotrwałą (i poniekąd monstrualnie przedwczesną) erupcję poezji najwyższego lotu. Tesson szuka w tej wycieczce-ucieczce do Charleroi i Brukseli potrzeby zanurkowania w pejzażu, potrzeby połknięcia wiatru, zapachów, deszczu i słońca na stokach ardeńskich pagórków. Nie ma wielu świadectw tej eskapady, oprócz pewnych konotacji i dozy domyślnych potwierdzeń w kilku wierszach poety, więc trzeba trochę ekstrapolować… Ale Tesson tak głęboko utkwił w ściganiu indywidualizmów i osobliwości Rimbauda, że odrzucił kontekst dziejowy; z pewnym takim zdumieniem odkryłem, że Tesson zupełnie pominął (jako nieistotny wobec wielkości geniuszu młodego poety) fakt, iż w dniach wyprawy Rimbauda do Belgii w najbliższej okolicy… trwała w najlepsze wojna francusko-pruska. We wrześniu 1870 roku pod Sedanem, odległym od Charleville o niespełna siedemdziesiąt kilometrów, po wielkiej bitwie skapitulowała armia Francji, a cesarz Napoleon III dostał się do niewoli. Armie pruskie zajmowały terytoria północnej Francji (pojawiły się też w rodzinnym mieście Rimbauda), zaś poza zasięgiem ich artylerii organizowała się Republika. A w oblężonym Paryżu – rewolucja. A tu młodociany wrażliwiec szukał podniet pejzażowych w ucieczce z rodzinnego domu do Belgii. Naprawdę? Nic z tych tzw. generaliów nie miało nijakiego wpływu na jego wybory?

Załóżmy wszakże, iż dla Tessona wojna francusko-pruska nie miała znaczenia w jego oglądzie tzw. kwestii Rimbauda, bowiem nie wspomina o niej ani słowem. Gdy wciąż szesnastoletni Rimbaud wiosną następnego roku wymyka się do Paryża, w stolicy trwa w najlepsze rewolucja – Komuna Paryska. Tesson napomyka zdawkowo, że efebowaty młodzian barykady oglądał jedynie z daleka, choć liczni egzegeci chcieli upozować go na Gavroche’a; więc chyba nie był komunardem. Za to już po upadku ruchawki, w czasie terroru i głębokiej niepewności, młodzieniec rozpoczął nader aktywne życie towarzyskie (pospołu ze starszym, niemal równie doskonałym poetą Paulem Verlaine’em) – pełne pijatyk, orgii i awantur, szokujących mocno nawet tak bardzo cyniczne i zblazowane środowisko, jak paryska bohema artystyczna. Upadlający się na umór i na wszystkie możliwe sposoby obaj poeci zostali kochankami, co skończyło się atakiem zazdrości po pijanemu, skądinąd w Brukseli – Verlaine wygarnął z pistoletu (tak tę broń nazywa Tesson, a on się chyba zna) do Rimbauda; trafił tylko w nadgarstek (było to w 1873 roku). Verlaine trafił do więzienia, Rimbaud wrócił do Charleville – lecz na krótko, na niespełna dwa lata…

Tesson, relacjonując bez emocji ekscesy Rimbauda, nie zdumiewa się (jak inni badacze…), że z tym wszystkim młodzieniec wiersze pisał i uprawiał intensywnie tzw. prozę poetycką – na tyle, na ile potrafił twórczo wykorzystać coraz rzadsze lucida intervalla w stanie permanentnego absyntowego ochlaju i opiumowego odurzenia. A może doszło do syntezy, gorącej fuzji produktów owego upodlenia z erupcją wewnętrznego światła, potrzebą budowy słów na nowo, potrzebą gniewu, ekskursji do piekła, z grawitacją geniuszu. Tego Tesson nie wie – ale z podziwu godną przenikliwością i precyzją dekomponuje zdumiewające manifestacje Rimbauda, analizując takowe nad wyraz emocjonalnie – bez nijakiego naukowego przekrętu. Nie mam oczywiście zamiaru streszczać tez tej egzegezy. To już sobie przeczytacie sami, oddając przy okazji hołd zuchwalstwu Tessona. Zrozumiecie zatem, czemu środowisko rimbaudowskich arcykapłanów wiedzy tajemnej uznaje Tessona za amatora, niedouczonego uzurpatora, bezczelnego karierowicza oraz bezwartościowego mąciwodę. Lektura „Lata z Rimbaudem” wymaga dodatkowych studiów nad kilkoma aspektami dziejów Francji – ale przyjemność czytania w pełni ten trud wynagradza.

Sam jestem zaciekawiony nie tyle objaśnianiem poetyckiego dorobku Rimbauda (bowiem już wcześniej zdanie miałem i mam wyrobione), ale próbą skomentowania wszystkiego, co się z nim działo po roku 1875 (gdy przestał tworzyć), a w zamian postanowił zdobyć majątek i się nim cieszyć. W tym celu został kupcem, agentem handlowym w faktoriach Jemenu i Rogu Afryki w pobliżu cieśniny Bab el-Mandeb – w Somalii, Erytrei i Abisynii. Handlował skórami, kością słoniową i bronią palną na znaczną skalę, dostarczając ją cesarzowi Abisynii Menelikowi II. Ucieszyłem się z odkrycia, że jego handlowa ruchliwość w tej ostatniej branży na pewno przyczyniła się później (kilka lat po śmierci poety na raka kości w 1891 roku) do sromotnej klęski Włoch w bitwie pod Aduą (1896). Imperialne ambicje italiańskiego królestwa, manifestowane po tym, jak się ono wielce fortunnie zjednoczyło, zawsze mnie bowiem śmieszyły. Jako klasyczny i wymowny przykład kompletnego, diametralnego rozejścia się ducha i materii w ich obojga krótkiej pospólnej drodze przez świat…

Tomasz Sas
(11 08 2023)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *