Naprawdę?

11 grudnia 2020
Jeremy Clarkson


Naprawdę?
Przełożyli Bożena Jóźwiak, Michał Jóźwiak, Michał Strąkow
Wydawnictwo Insignis,
Kraków 2020

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Tako rzecze biały miś: po co komu samochód?

Jestem zawiedziony… Oto wydawcy kolejnego tomu felietonów Clarksona powrócili (zapewne w porozumieniu z autorem) do starego konceptu recenzowania samochodów. W tym nowym tomie zmieściło się 130 gazetowych felietonów (ufam wydawcy; któżby je tam liczył, zwłaszcza że podobne jeden do drugiego jak krople wody) z „Sunday Timesa” od stycznia 2015 do grudnia 2018 roku. Zatytułowane są wszystkie w rozwlekłym ironiczno-wrednym, metaforycznym clarksonowskim stylu, ale każdy sygnowany jest pełną nazwą recenzowanego w nim egzemplarza pojazdu mechanicznego. Zresztą słowo „recenzja” to w przypadku Clarksona pojęcie osobliwe oraz umowne. O większej lub mniejszej dozie dosłowności, wszelako bez przesady. Recenzje te, aczkolwiek motoryzacyjnemu i dziennikarskiemu profesjonalizmowi ich autora niczego zgoła zarzucić nie można, to raczej dość swobodne wariacje clarksonowskie, pełne dygresji (a czasem kompletnych odlotów…), idiosynkrazji i natręctw, uprzedzeń i wycieczek osobistych (jego kumple z „Top Gear” – James May i Richard Hammond – za cierpliwe znoszenie chamskich wybryków i niewybrednych szarż Clarksona mają pewnie procent z zysków; taka marketingowa ustawka…). Wygląda na to, że Clarkson ma płacone za skrajny subiektywizm, za kontrowersyjne, niespecjalnie sprawiedliwe opinie, na krawędzi wygłupu, za egoistyczne, snobistyczne wypady w stronę plebsu gorszego sortu (z jednoczesnymi umizgami ku temuż plebsowi, osobliwie gdy chodzi o liczenie funciaków za motoryzacyjne ekstrawagancje). Innymi słowy: Clarkson, enfant terrible branży, tak długo, jak długo przysparza czytelników „Sunday Timesowi”, będzie tolerowany – ba, hołubiony. Stać go będzie na alimenty, prywatną stajnię samochodową, a swą posiadłość w Cotswolds spokojnie niezadłużoną zostawi spadkobiercom.

Z tego, co wiem o angielskim rynku prasowym, wynika, że prędzej, pewniej i bezpieczniej osiągnie taki sukces jako recenzent samochodowy niż felietonista polityczny. Dwie poprzednie książki Clarksona to były właśnie zbiorki felietonów ściśle politycznych, obyczajowych i tymże podobnej konduity (oczywiście ze smakowitymi wypadami personalnymi, potyczkami i filipikami wkurzonego obywatela…). Czyli coś, co Clarkson potrafi najlepiej… Problem w tym, że jest wyrazisty i zdefiniowany. Spolaryzowany nawet… Od biedy nazwać go można konserwatywnym liberałem albo liberalnym konserwatystą. Z dominacją konserwatyzmu w obu tych układach. I to konserwatyzmu radykalnego. Politycznie jest przeciwnikiem brexitu (w czym zapewne utwierdza go miłość do niemieckich samochodów i sybarytyzm francuskiego chowu), socjalistów, labourzystów, ekologów, cyklistów, polityków i działaczy samorządów miejskich (ze szczególnym uwzględnieniem Wielkiego Londynu). Jest pyskatym, nieokrzesanym chorążym zdrowego rozsądku, gotowym do bezkompromisowych szturmów i pojedynków. A poza tym – no cóż: bywa trochę zdziadziałym chłopczykiem, pełnym rozmaitych uprzedzeń, fiksacji i wynaturzeń, bezlitośnie ściganych przez heroldów politycznej poprawności, rzeczników feminizmu i samozwańczych adwokatów populacji białego misia.

Uprawianie publicystyki politycznej przez takiego typa samo w sobie szkodliwe nie jest. Ale gdy wydawcy gazety spędza sen z powiek malejąca populacja czytelników, tenże gotów jest zrezygnować z dumy posiadania w swej stajni publicysty-komentatora, który potrafi każdemu fest przypieprzyć. Wydawca w niepewnych czasach mniej ceni katastrofy, konflikty i awantury w sposób nieunikniony dzielące czytelników (ergo: narażające na utratę ich części). Bardziej zależy mu na łagodzeniu, koncyliacyjności i świętym spokoju. Polityka w stylu, jaki uprawiał (i czasem jeszcze uprawia…) Clarkson, dzieli czytelników. I to tak, że już się nigdy nad jego tekstami nie spotkają – więc lepiej, jeśli terytorium buszowania takiego utalentowanego prowokatora ograniczy się do wystawiania cenzurek samochodom… Zresztą, umówmy się – to po prostu rubryka satyryczna, na poły błazeńska, od której czytelnicy oczekują ostrych sformułowań, śmiesznych, wymyślnych metafor, języka brutalnego i populistycznego pospołu ze snobistyczną gadką etończyków na torze w Ascot lub na trybunach Wimbledonu nad pucharkiem truskawek w śmietance i kieliszkiem „wdowy klikot”. Czytelnicy lubią, gdy ktoś znany ruga publicznie innych w ich ulubionej gazecie (nawet gdy czasem odnajdą się wśród zruganych). Z nim się utożsamiają – nie z tymi wyszydzonymi. Jedynie producenci, importerzy i sprzedawcy samochodów mogliby mieć coś przeciw. Mogliby, ale nie mają – mają faceta wkalkulowanego w koszty…

Zresztą, umówmy się po raz drugi – kto dziś podejmuje decyzję o kupnie samochodu pod wpływem gazetowych recenzji? No kto? Słusznie podejrzewacie, że nikt. Decydują dwa algorytmy, w zasadzie niewykluczające się. Pierwszy jest towarzyski: nigdy, przenigdy nie kupujesz samochodu gorszego niż pojazdy sąsiadów wokół, a nawet przyjaciół – zresztą sam wiesz, dlaczego. Od współczucia gorszy jest tylko syfilis przywleczony z Bangkoku… Ale gdy możesz wszystkim dookoła przydzwonić po oczach jakimś ekstrawaganckim wózkiem na kredyt – robisz to bez zawahania! Drugi algorytm ma bardziej formalny charakter – przed podjęciem decyzji obejrzyj dokładnie parking firmowy i nie zaskocz żadnego z szefów (na dowolnym szczeblu hierarchii) zakupem lepszym niż jego bryka. To twoje być albo nie być, to po prostu kwestia instynktu samozachowawczego. Pamiętam opowieść kumpla – lekarza w klinice uniwersyteckiej gdzieś w Zagłębiu Ruhry, który dziesięć lat ujeżdżał starutkie volvo z drugiej ręki, bo jego szef miał słabość do wykwintnego, acz przechodzonego merca; dopiero gdy profesor poszedł na emeryturę, parking zakwitł dziewięćsetjedenastkami, pojawiło się kanarkowe lambo, a nawet bentley mulsanne (nabytek nowego ordynatora, który wysoko i miłosiernie zawiesił poprzeczkę swemu personelowi…).

Czy do tego potrzebny jest Clarkson? Umówmy się po raz trzeci, że nie… Wyobraź sobie, że masz do dyspozycji jakieś dwanaście circa tysięcy funciaków, lubisz kolor złoty i dochodzisz do wniosku, że może dacia – dajmy na to duster. A tu ci taki Clarkson pisze, że jednak nie – chociaż nie śmierdzi. I że on wolałby za te pieniądze coś z drugiej ręki – nawet gdy w kokpicie unosi się aura olfaktoryjna wytworzona podczas intensywnego użytkowania przez pierwszego właściciela (a może kilku?), a ślady niekonwencjonalnej eksploatacji nie dają się usunąć z tapicerki, podsufitki i dywaników. No cóż – jeśli nie lubicie smrodu, za te pieniądze przewartościujecie styl życia: kupicie wypasiony rower, miesięczny na autobus i aplikację Ubera.

W tej sytuacji – po co komu samochód? Recenzenci motoryzacyjni, a w ich gronie i rozchichotany Clarkson, wiedzą: samochód to właśnie im jest potrzebny – dużym chłopcom z zasobnymi portfelami, którzy czerpią satysfakcję z samej jazdy, którym skoki na pełnym gazie po tych nonsensownych progach zwalniających czy drifty bokiem po zakrętach dostarczają orgazmów lepszych niż dałby seks z Moniką Bellucci ewentualnie Charlize Theron… Lambo czy bugatti to jak okazały fiut, który każdy z nich chciałby mieć – ale go nie kupi, a lambo nabyć może. Więc chodzi o satysfakcję, dreszczyk, adrenalinę, nieustanną walkę samców alfa, o dominację. A co ma do tego przemieszczanie się z punktu A do punktu B? Zapomnijcie… Gdy zależało nam tylko na tym, kupilibyśmy elektryka od Muska, albo flotę używanych multipli (chyba najbrzydszy samochód świata) i eksploatowali jedną po drugiej aż do odstawki na szrot.

A ze wspomnianymi przed chwilą elektrykami też jawi się ciekawa sprawa… Clarkson za nimi nie przepada, bo nie lubi, gdy ktokolwiek apodyktycznie dyktuje mu, co jest dobre, a co nie. Podobno elektryki, nie wydalając dwutlenku i niczego innego (poza łzami naiwnego właściciela, drżącego, czy uda mu się dojechać na jednym ładowaniu choć połowę zasięgu deklarowanego przez producenta), spowalniają proces topnienia lodów Arktyki i pozwalają dłużej żyć pogłowiu białych niedźwiedzi. Pewnie to prawda – ale połowiczna lub zgoła gównoprawda. Czy ktoś kiedyś zastanowił się z kartką i ołówkiem, ile potrzeba wyprodukować (i z czego – bo przecież nie z węgla, ani ze spopielania wierzby energetycznej czy z tzw. fotowoltaiki…) energii i rozesłać do setek tysięcy gniazdek ładowarek w całym kraju, by ruszyć milion zapowiadanych samochodów elektrycznych? A to tylko jeden z podstawowych problemów techniczno-ekonomicznych nowego napędu. A produkcja tzw. baterii – jak, z czego i gdzie? I za ile? Zaiste – elektryfikacja motoryzacji to jakaś bajka o żelaznym wilku – pełna zasadzek, zagwozdek, intelektualnych pułapek, ekonomicznych bezeceństw i inżynierskiej szarlatanerii. Bo przecież to będzie nowa produkcja, nie zamiast czegoś; rezygnacja z wytwarzania paliw płynnych uwolni tylko niewielką rezerwę energii elektrycznej na nowe cele.

Ale nie w tym rzecz. Teraz wyobraźcie sobie męki recenzowania pojazdów elektrycznych – ktoś taki jak Clarkson prędzej palnąłby sobie w łeb – nawet na tylnej kanapie dustera… Czy ktoś, dla kogo sensem istnienia samochodu jest dźwięk wydobywający się z turbodoładowanego silniczka fał-ósemki w Porsche Panamera, potrafiłby równie pięknie przeżyć i opisać pięćdziesiąt odcieni niczego, czyli ciszy startującego i przyspieszającego elektryka? Naprawdę potrafiłby się tym cieszyć? Stop kidding – nie bądźmy aż tak okrutni… Tak, tak – samochód to nie trywialny środek transportu. To radość życia, przyjaciel, obiekt adoracji, nakładka wzdłużna na fiuta (lub wibrator – to zależy od płci…). Wszelkie próby odarcia go z tych szat są skazane na niepowodzenie – przynajmniej dopóty, dopóki pisze Clarkson…

Potraktujcie zatem motoryzacyjne felietony Clarksona jako rubrykę satyryczną rozbrykanego satyra – pisaną dla rozróby, czytaną dla rozrywki. Przecież z większością recenzowanych marek i tak się nie spotkacie w realu. Chyba że kiedyś w snobistycznym komisie – ale wtedy liczcie się z tym, że większość literek w takich dumnych napisach jak Lamborghini Huracan LP 610-4, Alfa Romeo Giulia Quadrifoglio Verde czy Ferrari GTC4Lusso i tak dawno poodpadała na wszystkich szosach Europy – a nasi pożal się Boże celebryci zbierają swymi ekscytującymi „zakupami” okruszki po śniadaniach mistrzów… A ty, dinozaurze Jeremiaszu, bądź zdrów. I do następnego spotkania…

Tomasz Sas
(11 12 2020)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *