Śmierć z ogłoszenia

31 grudnia 2019
Grzegorz Kalinowski 


Śmierć z ogłoszenia
Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2019

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Wszystko wolno, byle było stylowo…

Rekonstruowanie błyskawicznie stało się najpopularniejszym sposobem uprawiania literatury sensacyjno-kryminalnej. Dlaczego? Nie wiem – przypuszczam wszelako, że nie ma jednego powodu rozkwitu kryminału historycznego. Jednego dobrego powodu. Poza tym, że literatura jest wolna i może robić, co chce… A rekonstrukcja jest techniką pisarską uprawianą przez literaturę z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej od początku. „Iliada” i „Odyseja” – eposy sensacyjno-heroiczne – rekonstruują wydarzenia i świat sprzed kilkuset lat przed ich napisaniem co najmniej. Ten Homer – lub ktokolwiek nim był (ja podejrzewam, że to cały kolektyw twórczy aojdów…) – w trakcie wędrówek po achajskim uniwersum zebrał relacje, nadal im wierszowaną heksametryczną formę, zapamiętał (przez nieustanne powtarzanie przy kolejnych wieczerzach w kolejnych miastach) i w końcu zapisał.

Mniejsza z tym wszakże – od samego początku literatura zna wiele sposobów radzenia sobie z czasem: od walki do miłosnej afirmacji jego upływu. Jako się rzekło – literatura jest wolna i może z czasem robić, co jej się żywnie podoba (jak ze wszystkim, nawet z logiką). Co zaś się zasad tego tyczy, jedna wydaje się tu nieprzekraczalna: to odporność intelektualna czytelnika. Jeśli zatem rzeczony czytelnik nie nadąża z wyobraźnią za autorskimi figurami relatywizującymi czas w narracji, to znaczy, że mamy bałagan i umysłowe niechlujstwo w pisaniu, a autor z czasem sobie nie radzi, czego wolnością nie da się usprawiedliwić…

Między wieloma możliwościami struktury temporalnej kryminalna powieść retro – uzależniona od drobiazgowej rekonstrukcji dekoracji, imponderabiliów epoki, rekwizytów, ludzi i prawdziwych zdarzeń jako ram czasowych – najczęściej wybiera „czas przeszły niedokonujący się do końca”. To taka figura, w której dekoracje i okoliczności akcji zgrywają się do końca zgodnie z przeznaczeniem, ale bohaterowie niekoniecznie. Osadzeni w pieczołowicie zrekonstruowanych realiach, wyjść poza nie nie mogą, ale – ponieważ są całkiem fikcyjni – nic nie stoi na przeszkodzie, by z prawdziwymi postaciami, inkorporowanymi z historii lub nawet HISTORII (dla uwiarygodnienia narracji), wchodzili w interakcje, nie tylko powierzchowne i przypadkowe, ale zmieniające bieg intrygi. Uczestnictwo postaci historycznych w wykreowanej dla potrzeb książki intrydze kryminalnej to osobliwy chwyt formalny, przydający powagi i samej akcji, i jej fikcyjnym uczestnikom. Pod warunkiem, że występuje w tle drugi uczestnik tej figury literackiej, czyli prawdopodobieństwo…

Jest zatem wielce prawdopodobne, że fikcyjny komisarz policji od lat młodzieńczych pozostaje w bliskiej komitywie z pieśniarzem Mieczysławem Foggiem, czemu obaj dają publicznie wyraz. Jest także możliwe, że ów komisarz ma kumpelską sztamę z Dodkiem Dymszą, a sam Bodo darzy go sympatią. A nawet maestro Kiepura okazuje mu szacunek. Jest też całkiem możliwe, że pewien przodownik policji wypytuje samą Jadwigę Smosarską o smutne okoliczności śmierci jednego z jej adoratorów – kaukaskiego księcia, dżygita i kaskadera – i to na mahometańskim cmentarzu na Powązkach, gdzie gwiazda kina raczy co miesiąc składać kwiaty na grobie rzeczonego adoratora i obfity bakszysz stróżowi mizaru… Czy dwaj policjanci w niecierpiącej zwłoki misji służbowej mogą lecieć do Bukaresztu samolotem PWS-24 – prototypem bez certyfikatu i licencji? To już mniej prawdopodobne, ale wciąż na granicy fantazji dopuszczalnej. W ramach dobrze skonstruowanej intrygi kryminalnej… A udaremnienie zamachu (z udziałem kilku sztuk broni palnej) na samego mistrza Jana Kiepurę i to na budowie jego „Patrii” w Krynicy? To już poza granicą prawdopodobieństwa, ale ciągle jeszcze do pomyślenia. Grzegorz Kalinowski – autor „Śmierci z ogłoszenia” – nader starannie konstruuje dekoracje do swojej intrygi…

Wiarygodna stylizacja to podstawa każdej udanej rekonstrukcji. Nie toporna dosłowność w skali jeden do jednego, ale właśnie stylizacja… Czyli wszystko jak prawdziwe, ale z takim umownym luzem, czasem z cytatem z innej epoki, nawiązaniem do dzisiejszych czasów albo wręcz aluzją w stylu „a ja wiem, co było potem”. Innymi słowy: takie porozumiewawcze mrugnięcia do czytelnika, przy okazji epatujące poczuciem humoru – nawet jeśli troszkę surrealistyczne ono jest… Więc jak się już ma dobrą stylizację, trzeba tylko nie spieprzyć intrygi.

Grzegorz Kalinowski nie jest wielkim czarodziejem fabuły kryminalnej, ale wybitnym, rzemieślniczo usposobionym konstruktorem-architektem jest na pewno… I dobrze poinformowanym. Zdarza się jego rekonstrukcjom nadmierne obciążenie szczegółami, zbędnymi dla toku narracji. Ale za to przeważnie ozdobnymi. W lekturze to nie przeszkadza – przeciwnie: to miły przerywnik, gdy autor nie opisuje bezustannie sukcesów swych bohaterów – inteligentnego aspiranta Junga, umięśnionego, dobrze zbudowanego starszego przodownika Stolarczyka, bystrego podrywacza ze staromiejskiej hewry – posterunkowego Rybskiego i oczywiście samego niepokornego podkomisarza Strasburgera. Czyli brygady do zadań specjalnych w Komendzie Głównej Policji Państwowej. Służbowym przeznaczeniem tej niekonwencjonalnej jednostki było oczywiście rozwiązywanie spraw nierozwiązanych, zalegających w archiwach i obciążających statystyki tudzież sumienia kierownictwa. Nie wiem, czy w strukturach przedwojennej policji taka jednostka śledcza w ogóle istniała – formacja Policji Państwowej uchodziła za ociężałą intelektualnie, konserwatywną i odporną na nowsze trendy zwalczania przestępczości. Ale przecież wszystko jest do pomyślenia (w granicach prawdopodobieństwa, bez ekstrawagancji) – więc czemu nie?

Mogła zatem extrabrygada rozgrzebywać starszawą już lekko sprawę pewnego młodego finansisty, podejrzanego o seryjne usuwanie kochanek, podczas gdy szef prywatnie (i – ma się rozumieć – dyskrecjonalnie, poza protokołem…) powierzył im zagadkę zaginięcia córki znanego przemysłowca, milionera-nafciarza z Borysławia, a jednocześnie nad Warszawą pęczniała gradowa chmura z aferą w sam raz dla ludzi Strasburgera – czyli tajemniczych zabójstw w branży rozrywkowo-filmowej: zdolnego literata Wenclewskiego i zarazem potencjalnego scenarzysty, obleśnego molestanta – producenta Hirsza Weinberga i niejakiego Bene – barytonowego gwiazdora opery z dużym filmowym potencjałem (porównywalnym z samym Kiepurą…). Ofiary (poza przynależnością do szeroko rozumianej branży) niepowiązane ze sobą, wyjąwszy może fakt, że ich… zejścia zapowiadał pośrednio cykl inseratów reklamowych w prasie, dotyczący jakoby planowanej nowej produkcji filmowej… To jest zagadka godna asów śledczych. Oczywiście dostają ją, bo prasa naciska, a lepszych hintów nie ma…

Naturalnie szczegóły pominiemy, bo warto – warto pobrnąć samemu, bez uprzedzenia, samopas, tropami obmyślonej przez Kalinowskiego intrygi. Co tu ukrywać – kawał dobrej kryminalnej roboty. Bez cudów, nagłych olśnień i erupcji dedukcji. Innymi słowy: czytelnik zawsze nadążyć może za biegiem opowiadania. Dla ułatwienia główne nurty wielu intryg zaczynają się powoli zazębiać, ślad rumuński wypełnia się treścią, a didaskalia krwistej nabierają mocy. Z odrobiną szaleństwa. Dlatego czyta się z rosnącym zaciekawieniem, bez znużenia – choć oczywiście wtrętów i erudycyjnych dodatków mogłoby być mniej. Ale coś za coś.

W tej kaskadzie odniesień do rzeczywistości wczesnych lat trzydziestych ubiegłego wieku popełnił był bowiem Kalinowski jeden wtręcik, za który wszystko mu mogę wybaczyć… To obrazek z ulicy w miasteczku Drohobycz – otoczony gronem panienek wychodzi z miejscowego gimnazjum żeńskiego młody szczupły Żyd (z wyglądu, a oko w takich przypadkach nie myli doświadczonego aspiranta Junga), zmagający się na wietrze ze sporą tekturową teką; jakby nauczyciel rysunku czy ktoś w tym rodzaju… (Zgadnijcie – kto to?) I taki detal przydaje szlachetności całej stylizacji rekonstruktorskiej Kalinowskiego. Ma nieodwołalnie całą moją wdzięczność dozgonnie… Ale to nie jest jedyny powód, dla którego rekomenduję tę lekturę; to po prostu dobra zabawa. I tyle.

Tomasz Sas
(31 12 2019)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *