Upiory spacerują nad Wartą

20 grudnia 2019
Ryszard Ćwirlej 


Upiory spacerują nad Wartą
Wydawnictwo Muza, Warszawa 2019

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Śledztwo Skarambełusza – wina trabanta…

Niebywała sprawa z tym Ćwirlejem. Rozpędza się, jakby mu tyłek wpadł do Wielkiego Zderzacza Hadronów – wydał już w tym roku „Ostrą jazdę”, dokonał reedycji swego książkowego debiutu z 2007 roku (było to w wydawnictwie Replika…) – „Upiory spacerują nad Wartą” oraz dorzucił czwartą księgę z cyklu o przedwojennym komisarzu policji państwowej Fischerze – „Pójdę twoim śladem”. Może do końca roku jeszcze coś wrzuci na rynek. Imponujące… Nie jest to oczywiście nawet ćwierć wydajności osławionego Mroza, ale idzie w tę samą stronę. I nic w tym nie ma złego. Ale i dobrego niewiele…

Już w „Upiorach…” autor Ćwirlej objawił, że istotą jego „kryminalnej” prozy nie jest i nie będzie rozwiązywanie kryminalnych zagadek. Owszem – takowe pojawiają się. I to chwackie. Zwłoki młodych kobiet bez głów (głowy osobno…) wyławiane z rzeki Warty to przecież nie byle co! W końcu mamy rok 1985, nad miastem wisi groza antyustrojowych demonstracji w kolejną rocznicę Czerwca, wszystkie siły bezpieczniacko-milicyjne trzeba rzucić na odcinek tropienia zawziętych opozycjonistów i środowisk wrogich socjalizmowi – a tu taki szpas… Dwa gołe trupy młodych kobiet w rzece; to może być gorsze niż czarna wołga, jeśli na miasto ruszy stugębna plotka, dodająca każdej zbrodni licznych aspektów i wymiarów, tudzież komentarzy. Wicie, rozumicie, towarzysze – sprawę szybko zamknąć i ogłosić sukces. Przecież dodatkowych, nowych kłopotów my nie potrzebujemy. Starych mamy dość…

Ale co dwie głowy, to nie jedna… Do tego obcięte. Śledztwo, proszę towarzyszy, łatwe nie będzie. Zboczeńców namierzyć nie sposób – nikt dewiacji na twarzy wypisanej nie ma. A nawet jak ma coś wypisane, to nie wiemy – co. Nie potrafimy odczytać. Mamy do dyspozycji stare metody. Rozpytać na mieście, informatorów przycisnąć, kurwy przemaglować, donosicielom nakłaść po mordach – może ktoś puści farbę, może coś się poskleja.

Do takiej roboty najlepszy jest głupi jak but cymbał nad cymbały, cwany alkoholik i napalony amator stosunków męsko-damskich w sensie ścisłym – czyli chorąży Teoś Olkiewicz. Teoś… Wykreowana przez Ćwirleja z czułą atencją, pomieszaną z brutalną dosłownością i złośliwą satysfakcją kreatura, będąca w zamyśle kreatora kwintesencją kondycji intelektualnej i moralnej proweniencji całej Milicji Obywatelskiej lat osiemdziesiątych – między stanem wojennym a likwidacją tej „zasłużonej” formacji u zarania Trzeciej Rzeczpospolitej. Stan wojenny, wbrew pozorom, zdeprawował i rozhartował tę służbę, uczynił niezdatną do użytku, a jej niemoc maskowano siłą tępych pał w łapach kompanii ZOMO. Co lepsze – dawno zostało amputowane albo sparaliżowane.

Ćwirlej dobiera się do milicji i jej zasobów ludzkich bez nienawiści, bez potrzeby wymierzania sprawiedliwości dziejowej. Ba, znajduje nawet usprawiedliwienia dla tego stanu rzeczy. Fakt, że mendy i skurwysyny mają w szeregach władzy ludowej osobliwą nadreprezentację. Ale to przecież rezultat polityki prowadzonej przez partię trzymającą w swych łapach władzę. Znacznie lepiej się sprawy mają, gdy mendy i skurwysyny są u nas, w naszych szeregach, po naszej stronie i z naszej poręki dbają o interesy, niż gdyby mieli zasilić opozycję. Wicie, rozumicie? A poza tym – o co się rozchodzi, towarzysze? Jest milicja emanacją zdrowego jądra narodu, czy nie jest? Retoryczne pytanie – oczywiście jest. No to się nie dziwcie: jakie jądro – taka emanacja. A w ogóle sprawy mamy pod kontrolą; już tam towarzysze z bezpieczeństwa dopilnują, czego i kogo trzeba.

Ćwirlej chce uchodzić za autora sprawiedliwego. By zrównoważyć mendowatość Olkiewicza, kreuje poczciwego intelektualistę (jak na warunki i obyczaje ówczesnej milicji…) kapitana Freda Marcinkowskiego, obciążonego rodzinnie (ma wśród przodków przedwojennego policjanta wyższej rangi, notabene bohatera innego cyklu kryminalnego Ćwirleja…), czy porucznika Mirasa Brodziaka – cynicznego zawodowca i umiarkowanie uczciwego, charakternego gliniarza (z kolei obciążonego przyjaźnią z bossem cinkciarzy Grubym Rychem) albo szeregowego ZOMO, bystrzachę nad bystrzachy – Mariuszka Blaszkowskiego (jeszcze niczym nie obciążonego). Taka to zrównoważona ekipa ma znaleźć obcinacza głów…

I znajduje. Oczywiście nie napiszę detalicznie – jak, bo to odebrałoby czytelnikom przyjemność osobistego dochodzenia do prawdy powikłanymi tropami ekipy Marcinkowskiego i osobno wygibasami tego kretyna Teosia. Śledcze meandry prowadzą od poważnych dysertacji motoryzacyjnych (jak odzyskać cztery kółka od nowiutkiego kapitańskiego poloneza, skrojonego w nocy przed blokiem i zostawionego na cegłówkach; albo: jak ograniczone są możliwości transportowe cuda sąsiedzkiej myśli technicznej z Enerdówka – czyli trabanta…) poprzez rozważanie starożytnych egipskich tajemnic w uniwersyteckiej katedrze archeologii, aż po ekonomikę obrotu kasetami z zachodnimi filmami – drobną tylko cząstkę interesów kręconych pod szyldem ZSP – Zrzeszenia Studentów Polskich – dziś niesłusznie uważanego za socjalistyczną skamielinę, ideologiczną jaczejkę komunizmu; gdy naprawdę był to uniwersytet prawdziwego kapitalizmu…

Sprawa w istocie była prosta, a możliwości transportowe trabanta – jak się okazało – odegrały w niej kluczową rolę. Nie żadna staroegipska demonologia, ani nie czerpiąca z zachodnich horrorów porąbana, zboczona zbrodnia. Krwawa wprawdzie i jednak trochę dewiacyjna, ale w gruncie rzeczy trywialna… Ale intryga kryminalna sama w sobie napisana jest sprawnie, poprowadzona „skokami”. Te „skoki” to ciekawa technika narracji, ćwirlejowy wynalazek prozodyczny, niezbędny w jego komunikacji werbalnej z czytelnikiem, który jest konsekwencją udziału idioty Teosia w procesie opowiadania. Otóż gdy tylko na planie pojawia się sam Teofil, lub choćby tylko finezyjne produkty jego przeżartego wódą mózgu, narracja doznaje jakby wstrząsu anafilaktycznego – zatrzymuje się i niemal zdycha. Dopiero kolejny szybki strzyk wódy przywraca równowagę – boskie proporcje świata milicyjnej opowieści epickiej… Innymi słowy: Teoś jest w nawiasach, w dużym cudzysłowie – pojawia się i znika bez szkody dla narracji. Gdyby jego głupota miała istotny destrukcyjny wpływ dla kryminalnej intrygi (na przykład zawaliłby śledztwo nieodwracalnie…) – trzeba byłoby go odstrzelić albo trwale usunąć z miejsca akcji. Ale Ćwirlej nie może się rozstać ze swym antybohaterem, bo jest zbyt pięknie wymyślony… Przeto rzuca mu co i rusz koła ratunkowe w postaci nieoczekiwanych zbiegów okoliczności tudzież ingerencji siły wyższej. Teoś się wydobywa z gówna i pędzi dalej, szukając gdzie by tu się nachlać i coniebądź wydupczyć… Jego szczęście jest tak wielkie, że koledzy z wydziału nie dowiedzą się nigdy, iż bez namysłu i bezwarunkowo sprzedał wiedzę o ich poczynaniach w śledztwie za sto dolarów (i obietnicę dostawy następnych portretów Franklina…) niejakiemu Wirskiemu, szemranemu esbekowi. Postrzelony przez kumpli Teosia Wirski gdzieś się zamelinował, a Teoś za papiery natychmiast kupił w peweksie japoński kolorowy telewizor z lotnikiem – wróć: z pilotem, bo tak się nazywa to chytre ustrojstwo na bateryjki do zmieniania kanałów, jak mu wytłumaczyli koledzy…

I wraz z tym życiowym fragmentem narracji przechodzimy płynnie do głównej funkcji poznawczej „Upiorów spacerujących nad Wartą”. Nie jest nią przecież banalna intryga kryminalna, nawet wzbogacona o wątek zemsty szalonej burdelmamy. W tej kwestii chyba już się czytelnicy zorientowali… Główna funkcja z istoty swej jest historyczna, edukacyjna i sentymentalna. Innymi słowy – to przewodnik archeologiczny, rekonstrukcja funkcjonalna życia codziennego w mieście średniej wielkości (jednak skądinąd uważającego się – raczej bezpodstawnie – za duże…) w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Odbywamy przeto lot inspekcyjny szlakiem pszczółek roboczych systemu obrotu walutami obcymi, penetrujemy węzły i szlaki komunikacyjne obiegu informacji, istotnej dla funkcjonowania miasta, obiegu zawczasu wychwytującego doniesienia o możliwych zakłóceniach piramidy egzystencjalnej ZWW (zarobić, wypić, wydupczyć). Poznajmy technologię sprzedaży piwa beczkowego, zwiedzamy zakłady gastronomiczne wyższych szczebli, obserwując osobliwe obyczaje praktycznego wdrażania reguł tzw. obowiązkowej konsumpcji. Penetrujemy jadłospisy centrów żywienia zbiorowego, nostalgicznie wspominając dawne smaki schabowego z kapustą czy szczupaka z ziemniakami i masełkiem. Badamy, jak nieodżałowane Zrzeszenie Studentów Polskich wsparło rodzący się kapitalizm i nie dopuściło, by jego członkowie pozostali całkowicie bezbronni wobec objawów szoku kulturowego, który niosło za sobą nieuniknione starcie dwóch wrażych systemów ideologicznych. Studiujemy strukturę socjalną dziarskiej organizacji zwartej, służącej podtrzymywaniu porządku publicznego, czyli ZOMO. No cóż, intensywnie poznajemy prawdziwą tkankę miasta, zapewniającą mu satysfakcjonujące (no, prawie…) mieszkańców funkcjonowanie, całkiem niezależnie od zamiarów i mniemań, żywionych w murach komitetów wszelkiej maści i szczebla.

Dla mnie to déjà vu i najprzyjemniejsza część lektury. Urodziłem się bowiem dawno i całe życie spędzam w mieście o podobnych parametrach, z podobnymi pretensjami (do wielkości). Anatomię takiego stwora studiowałem codziennie przez ponad czterdzieści lat, robiąc w nim i o nim gazetę – to oczywiście nie to samo, co policyjna penetracja, ale blisko… Te klimaty są moje i mam pewność, że jeśli Ćwirlej przesadza, to tylko trochę. Albo tyle co nic. Wielkomiejskie studium etnograficzne Ćwirleja nie jest napisane „bareją”. Satyra w nim wprawdzie jest, ale więcej zgrozy: jak myśmy to wszystko wytrzymali. No właśnie… Czytajcie Ćwirleja z czułością i bez gniewu, to się dowiecie…

Tomasz Sas
(20 12 2019)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *