Najpierw Polska. Rzecz o Józefie Becku

8 stycznia 2020
Jerzy Chociłowski


Najpierw Polska.
Rzecz o Józefie Becku

Wydawnictwo Iskry,
Warszawa 2019

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Nonszalancja na równoważni…

Mission impossible – w latach 30. ubiegłego wieku ustrzec Polskę od wojny, załatwić żelazne, niewzruszalne sojusze, gwarancje i pokój. Opozycja endecka mniemała, że ma na to sposób – niech no tylko dorwie się ona do władzy, to dogada się z Sowietami i utrzyma na dystans Hitlera (albo odwrotnie…). Jak to zrobi? Siłą woli zapewne… Sanacyjni piłsudczycy zaś żyli w przeświadczeniu, że Marszałek przed śmiercią pozałatwiał polskie ważne sprawy, a ich bieg codzienny powierzył wiernym, fachowym rękom następców i uczniów. Wszyscy zaś pokładali nadzieję w czymś lub kimś: a to w niezwyciężonej polskiej armii i jej marszałku Śmigłym arcydzielnym, a to we Francji (choć przecież ci, co znali język – a było ich niemało – dokładnie słyszeli i rozumieli, co wygadywali politycy i publicyści nad Sekwaną…), a to w Anglii (to już zupełnie nie wiadomo, dlaczego…). W tej sytuacji posada ministra spraw zagranicznych w polskim rządzie (łącznie z reprezentacyjnym gabinetem w pałacu Brühla na Wierzbowej i możliwością egzotycznych podróży) była atrakcyjna tylko dla zdesperowanego amatora, który uważał, że dylemat kwadratury koła rozwiązać może… szarża baterii artylerii konnej – „prawosławnych” armat 75 mm.

Ale Piłsudski znalazł takiego desperata, cierpliwie go „wychował”, poddał próbom i egzaminom, przeczołgał przez liczne, obciążające i niewdzięczne obowiązki administracyjne, ustawiał na pierwszej linii obrony przed państwową urzędniczą machiną egzekucyjną, powierzał tajemnice i strategiczne rozważania, zachęcał do bezkompromisowych inicjatyw… Słowem: przygotował zaufanego, wszechstronnego, odważnego i szczerego funkcjonariusza służby państwowej – ba, w razie potrzeby – lidera takiej służby. Józef Beck – bo o nim mowa – rocznik 1894, syn Józefa Alojzego i Bronisławy z domu Łuczkowskiej, student lwowskiej politechniki i wiedeńskiej akademii eksportowej, legionista, artylerzysta, funkcjonariusz wywiadu POW, żołnierz w wojnie z bolszewikami, absolwent szkół wojskowych, sposobiący się do kariery sztabowej, ekspert i podręczny dyplomata-kurier Marszałka, szef gabinetu ministra spraw wojskowych (czyli Piłsudskiego oczywiście; tuż po zamachu majowym…) – został poddany osobliwej obróbce formacyjnej; w zasadzie było to graniczące z tresurą przepuszczenie przez wyżymaczkę, skojarzoną z maszynką do mięsa… Beck znosił to ze spokojem, wojskową dyscypliną, oddaniem całkiem bliskim synowskiej miłości. Istotnie – Piłsudski, choć traktował swego szefa gabinetu surowo i pryncypialnie, potrafił publicznie skomplementować go w sposób wywołujący zażenowanie wyróżnionego i ledwo skrywane paroksyzmy zazdrości u innych akolitów i diadochów z otoczenia Komendanta. A Beck nabywał doświadczenia w służbie państwowej: bywał wicepremierem i ministrem bez teki, wiceministrem spraw zagranicznych i w końcu od listopada 1932 roku – ministrem spraw zagranicznych.

Jerzy Chociłowski – autor biografii ministra Becka – jako osobnik spoza zakonu zawodowych historyków-popularyzatorów, niezwiązany ich świętą i tajną przysięgą, by czytelnika wpierw stłamsić i zanudzić śmiertelnie – w tym momencie porzuca rzetelne, regulaminowe, metodyczne biografowanie swego bohatera, rozpoczynając zarazem fascynujący esej o zagrożeniach, szansach i możliwościach Polski w drugiej dekadzie epoki międzywojennej. A sytuacja międzynarodowa Polski najciekawsza nie była: jeden kawałeczek granicy w miarę przyjazny (z Rumunią; mieliśmy z nią sojusz…), drugi – jeszcze krótszy (z Łotwą) – w miarę neutralny. Za najdłuższymi odcinkami tych granic dwaj wrogowie o intencjach niestarannie maskowanych albo zgoła jednoznacznych – Niemcy (teoretycznie pokojolubna i przegrana republika) i Rosja imperialna (dla niepoznaki przebrana w kostium związku socjalistycznych republik)…

Historycy na Zachodzie mniemają, że kłopoty z Niemcami datują się dopiero od początku 1933 roku, gdy Adolf Hitler został kanclerzem, że przedtem Republika Weimarska była potulnym europejskim państwem o niewygórowanych ambicjach, poważnych problemach wewnętrznych i przyjaznym nastawieniu do otoczenia. My tu nie odnosiliśmy takiego wrażenia. Pruski junkier, szwabski kolonista, weteran Stahlhelmu. gdański mieszczuch, strzelec Freikorpsu i śląski przemysłowiec od 1919 roku nigdy nie byli dobrymi sąsiadami ani członkami przyjaźnie usposobionego narodu. Z drugiej strony po przegranej wojnie bolszewickie imperium Stalina tylko skrywało (nie zawsze udanie…) żądzę rewanżu. I tak się żyło między dwoma nieprzyjacioły dwadzieścia lat, odpychając to jednego, to drugiego; aż na koniec obaj połączyli siły (co było nieuniknione; sami nie mogliśmy temu zapobiec, a innych zainteresowanych nie było), narysowali nowe linie na mapach i we wrześniu 1939 roku stanęli na Bugu – przy akompaniamencie cichutkich werbalnych protestów i konwencjonalnych połajanek srającej ze strachu w portki reszty Europy…

W takiej sytuacji posada ministra spraw zagranicznych była gorsza od rzuconego znienacka gorącego kartofla. Z „poczęstunku” – ze względu na osobę „darczyńcy” ( sam Marszałek, ukochany nade wszystko Komendant przecież, a Jemu się nie odmawia…) – zrezygnować nie sposób. Odrzucić komu innemu? Nie wypada. Zresztą komu? Odłożyć i poczekać, aż ostygnie? Na to nie było czasu. Ale Beck, choć nie był zawodowym dyplomatą, oszlifowanym na placówkach i puchnących od intryg korytarzach Wierzbowej, miał przygotowanie kondycyjne, wiedzę i świadomość celów daleko lepsze, niż ktokolwiek w tej branży. Co tu ukrywać – był jedynym człowiekiem w kadrze rezerwowej obozu rządzącego, czyli legionistów-piłsudczyków, który nadawał się do tej służby. Piłsudski miał rację, stawiając na Józefa Becka – amatora w międzynarodowej polityce, który wszelako dysponował sporą intuicją i skłonnością do ryzykownych posunięć. W końcu był artylerzystą konnym – oficerem najbardziej „szalonej” polskiej formacji zbrojnej od czasów generała Bema… Beck oczywiście umiał kalkulować – takie na przykład ustawienie snopa zbieżnego ognia dywizjonu armat to porządna matematyka – ale wiedział, kiedy przestać liczyć i zacząć działać (strzelać?).

Beck miał do dyspozycji tylko jedną strategię – doktrynę utrzymywania balansu, równego dystansu wobec obu groźnych sąsiadów. Wojna z każdym z nich wydawała się nieunikniona i w gruncie rzeczy bardziej naturalna niż pokój. I Niemcy weimarskie, i Rosja radziecka miały nie tylko powody emocjonalne, ale i żywotne interesy w nieistnieniu państwa polskiego – z jego narodem gospodarką, armią i dziwacznymi pretensjami do niepodległości. Wobec tego zadaniem polskiej dyplomacji było to „naturalne” rozwiązanie kwestii polskiej oddalać w czasie, powstrzymywać, uniemożliwiać, odpychać, przeszkadzać wszystkimi dostępnymi sposobami. Takie było jasne przesłanie testamentu politycznego Piłsudskiego. W tej sytuacji nikomu do głowy nie przyszło choćby teoretyczne rozważenie alternatywnej możliwości: dogadać się z jednym z tych dwóch wrogów, najlepiej – przeciw drugiemu (obaj mieli też poważne powody do konfliktu przeciw sobie…), a jeśli to niemożliwe – to przyłączyć się do „chórku” wyśpiewującego wspólne kuplety w stosunkach multilateralnych, osobliwie w Lidze Narodów, do której, właściwie nie wiedzieć czemu, wszyscy przywiązywali jakieś znaczenie, choć każdy inne.

Beck bez zwłoki zaczął budować ten równy dystans i po pewnym czasie miał traktatowe stosunki z Niemcami i Rosją. Ograniczone, niepewne, krótkoterminowe – ale jednak… Odpychał i równoważył, używając na ogół narzędzi dyplomatycznych, ale także luf artylerii głównej kontrtorpedowca „Wicher” czy ultimatów z obietnicami użycia siły. Szło mu tak sobie, ale sam fakt uprawiania polityki balansowania na równoważni wzbudził niechęć opozycji i w ogóle znacznej części społeczeństwa. Balansowanie polegające głównie na rozmowach, wizytach (ba, nawet polowankach…) wyrobiło mu opinię germanofila i rusofila zarazem (logika opinii publicznej osobliwymi chadza drogami), a w gruncie rzeczy zdrajcy. I tak było do 5 maja 1939 roku.

Tydzień wcześniej Hitler wyraźnie sformułował żądanie włączenia Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy i wydzielenia eksterytorialnego pasa na terytorium polskiego Pomorza pod budowę autostrady. Beck odpowiedział mu w sejmowym expose: Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da, a pokój, choć ważny w życiu narodu, ma swoją cenę – wysoką, ale wymierną. W życiu narodu jest tylko jedna rzecz bezcenna. Tą rzeczą jest honor…

To oznaczało, że będziemy się bić. Popularność Becka w Polsce i Europie wzrosła niebotycznie. Ten język, dawno niesłyszany, język odwagi, emocji i twardego stawiania sprawy, wykraczający poza dyplomatyczne standardy i ugodową retorykę, tak powszechną w Europie – ten język się spodobał. Tymczasem Beck był… wściekły, że musiał porzucić misję, którą powierzył mu Komendant. Nonszalanckie balansowanie na równoważni między Niemcami a Rosją nie było już możliwe… Beck był wściekły na siebie, że przyspieszył wojnę, ale niesłusznie – niczego nie przyspieszył. Gdy wyznaczał polską cenę za honor, wszystko już było przesądzone. Decyzja o ataku podjęta, mobilizacja zarządzona i przygotowana, plany Fall Weiss rozrysowane na mapach i naszkicowane w projektach rozkazów, konserwy wydane, amunicja spakowana w jaszczach… Wojna była kwestią czasu. Niedługiego.

Beck o tym nie wiedział i gryzł się niepotrzebnie. Na szczęście nie porzucił polityki i do ostatniej chwili, montował, wzmacniał i ukonkretniał racjonalne sojusze z Anglią i Francją. No cóż, w istocie niewiele one gwarantowały, ale zawsze coś… W sumie dobrze zasłużył się Polsce. Mimo to jego wrogowie z opozycji rozpowszechniali przekonanie, że zabiegami tymi… rozwścieczył i sprowokował Niemców do wojny. Gdy po wybuchu wojny Józef Beck został praktycznie internowany i uwięziony w Rumunii, panowie z antypiłsudczykowskiej opozycji (którzy w międzyczasie objęli władzę nad resztkami i imponderabiliami dawnej świetności…) postarali się, żeby tam utkwił do końca. Tak to wygląda – panowie Sikorski, Stroński i Kot oraz pomocniczo sir Anthony Eden i monsieur Pierre Laval mieli Becka na sumieniu – do jego śmierci w rumuńskiej wiosce dokładnie w przeddzień desantu w Normandii. Do takiej głupoty zdolni są tylko Polacy – na szczęście dalece nie wszyscy…

Studium Chociłowskiego o Becku nabiera osobliwego i ważnego znaczenia w obliczu najnowszych „rewizorskich” zapędów jego ekscelencji prezydenta-pułkownika Władimira Putina, by historię pisać na nowo. Nie trzeba – szanowny panie rewizorze z Petersburga. To, co ważne, mamy już napisane – po swojemu i jak to było naprawdę. A ty bratok – idy na seło liudi duryty (jak mawiają w Ukrainie).

Tomasz Sas
(08 01 2020)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *