Łzy pajaca. Zima komisarza Ricciardiego

4 października 2018

Maurizio de Giovanni

Łzy pajaca. Zima komisarza Ricciardiego
Przełożył Maciej A. Brzozowski
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2018

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Mord z miłości

Żyli-byli sobie na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego dwaj panowie – włoscy kompozytorowie (akurat w tym kraju i w tym czasie to nic nadzwyczajnego: zdolnych, pierwszorzędnych artystów tej branży mieli na tuziny…) Pietro Mascagni i Ruggero Leoncavallo. Czasy łatwe nie były – konkurencja duża, więc panowie za sobą nie przepadali… Ten pierwszy w 1890 roku pokazał w Rzymie swą operę (krótką, jednoaktową, circa 70 minut muzyki – co nie jest bez znaczenia dla dalszego ciągu tej historii) „Cavalleria rusticana”, czyli „Rycerskość wieśniacza”. (Zdradzony mąż zabija kochanka żony – oczywiście na Sycylii…). Publiczność oszalała z zachwytu, a repertuar wielkich teatrów potencjalnie znacząco się wzbogacił. Maestro Leoncavallo poruszony sukcesem konkurenta, napisał szybko również niezbyt długą (za to dwuaktową) operę „Pagliacci” czyli „Pajace” (też mord z zazdrości, ale w Kalabrii, w środowisku wędrownych komediantów…) – z fantastyczną arią „Vesti la giubba”, znaną też jako „Ridi, Pagliaccio” („Śmiej się, pajacu”), którą wszyscy wielcy tenorzy po dziś dzień popisują się na scenach i estradach operowych świata. Dyrektorzy zaś i antreprenerzy szybko zauważyli, że obie opery – same w sobie za krótkie, by zorganizować zadowalający publiczność wieczór w teatrze – da się bez problemów i kolizji natury artystycznej połączyć w jeden dłuższy spektakl. Utrwalił się zatem dość szybko zwyczaj wystawiania „Rycerskości…” i „Pajaców” razem jednego wieczoru (oczywiście po kolei…).
I tak też miało być w marcu 1931 roku w neapolitańskim teatrze operowym San Carlo (założonym w 1737 roku, więc starszym od mediolańskiej la Scali o 41 lat). W programie wieczoru tradycyjnie „Cavalleria…” poprzedzała „Pagliacci”. O ile pierwsza opera obsadzona była miejscowymi silami wokalnymi, o tyle w „Pajacach” główną partię Cania (tytułowego Pajaca) zaśpiewać miał gwiazdor scen operowych świata, król tenorów, niejaki Arnaldo Vezzi (podobno przyjaciel samego Duce…). Gdy na scenie dobiegała końca „Rycerskość…”, dwie krawcowe zniosły z pracowni do garderoby kostium Pajaca po ostatnich poprawkach. Ale nie dostały się przed oblicze Vezziego – drzwi były zamknięte; gdy je wyważono, w środku stygły spokojnie wykrwawione zwłoki tenora, z gardłem przebitym ostrym i sporym odłamkiem stłuczonego lustra. Tego wieczoru w San Carlo nikt nie zaśpiewał „Vesti la giubba”; kostium pozostał w rękach krawcowych… Swoje partie zaczęła grać królewska policja.
W takich właśnie okolicznościach zawieramy znajomość z trzydziestojednoletnim baronem di Malomonte, komisarzem kwestury policji w Neapolu – Luigim Alfredo Ricciardim. Mamy bowiem w rękach pierwszy przetłumaczony na polski tom z niezwykle we Włoszech popularnej serii kryminalnej autorstwa Maurizia de Giovanni – pisarza, jak na włoskie warunki i obyczaje literackie, dość osobliwego… Ukończył w Neapolu Istituto Pontano – jezuickie kolegium (na prawach szkoły średniej) przygotowujące kandydatów na wymagające dodatkowej wiedzy studia prawnicze, ekonomiczne, artystyczne, w zakresie nauk ścisłych i medycyny. On sam zrobił specjalizację w dziedzinie literatury klasycznej. Poczem pracował w… bankach sycylijskich, a ostatnio w starym i sławnym Banco di Napoli. W 2005 roku 47-letni wówczas de Giovanni wysłał na konkurs literacki, sponsorowany przez Porsche Italia, dla debiutujących twórców tzw. nurtu giallo (dosłownie żółtego – od koloru okładek), czyli literatury popularnej: kryminalnej typu noir – z elementami grozy, horroru, zjawisk nadnaturalnych, paranormalnych itp. spirytystycznych okropieństw – typowo włoskiego gatunku literatury wagonowej. Wyróżniona i zauważona nowelka „I vivi e i morti” posłużyła jako inspiracja dla „Łez pajaca” – pierwszej powieści z cyklu „cztery pory roku komisarza Ricciardiego”; zatem wiosna, lato i jesień wciąż przed nami. Podobnie jak dziewięć następnych tomów, bo aż tak się ten cykl rozrósł (większość wydana u Einaudiego). W tym roku ukazał się trzynasty tom historii o neapolitańskim policjancie – „Il purgatorio dell’angelo” czyli mniej więcej „czyściec anioła”, jeśli nie zmyliła mnie moja znajomość łaciny… Poza tym niezwykle wydajny i płodny pisarsko de Giovanni napisał sześć tomów serii z inspektorem Lojacono – „I bastardi di Pizzofalcone”, kryminału policyjnego (także serialu telewizyjnego) o załodze pewnego komisariatu… Dodatkowo na rynku znany jest jako publicysta sportowy, fanatyczny kibic SSC Napoli (no to wczoraj miał frajdę…). Nic w tym dziwnego – był długoletnim czynnym zawodnikiem; ale nie w calcio – uprawiał bardziej elitarną dyscyplinę. Był mianowicie członkiem kadry narodowej azzurich w… piłce wodnej.
I tak oto klasycznie wykształcony waterpolista i bankowiec odkrył w sobie powołanie literackie. Całe szczęście, bo okazało się ono wysokiej próby, mimo pewnej takiej staroświeckości środków wyrazu i dyskretnej patyny skrywającej intrygę. De Giovanni okazał się być zwolennikiem literackiej rekonstrukcji historycznej – czyli osadzenia akcji w realiach którejś z minionych epok; ale wybrał sobie czas dla Włochów nader kłopotliwy, czyli faszystowską dyktaturę Benita Mussoliniego. Większość Włochów, jak sądzę, nadal uważa ten czas za wstydliwy balast, bolesny cierń w zdrowym ciele narodu i republikańskiej wspólnoty (ignorując fakt, że w okresie tej dyktatury formalnie ich państwo było królestwem…). Chcieliby zapomnieć… Z drugiej zaś strony Włoski Ruch Socjalny, czyli partia jawnie neofaszystowska (której twarzą była piękna aktorka i działaczka Alessandra Mussolini, wnuczka dyktatora i córka siostry Sofii Loren…), odwołująca się do fragmentów programu faszystów, eksploatująca nostalgię za dawnymi czasy, miała miliony zwolenników (osobliwie skądinąd w Neapolu, gdzie Alessandra ubiegała się – zresztą bez powodzenia – o fotel burmistrza…).
Nie sposób powiedzieć, że de Giovanni też powołuje się na nostalgiczne nuty. Jego bohater – wyniosły arystokratyczny mózgowiec – ma w pogardzie arywistów i prostaków odzianych w czarne koszule, choć oczywiście nie okazuje tego nazbyt ostentacyjnie czy wręcz manifestacyjnie. Ot, równy i duży dystans barona wobec plebsu dowolnej maści i proweniencji… Zresztą w 1931 roku, dziewięć lat po zwycięstwie Mussoliniego, Włosi nie mają powodów do wzburzenia. Owszem – jest bieda, kryzys ekonomiczny ustępuje powoli, ale w kraju spokój, nadwyżki bezrobotnych odpływają na emigrację za Ocean, a do pierwszej kretyńskiej awantury wojennej nowego reżimu (tzw. wojny abisyńskiej) jeszcze cztery lata… Jedynym widomym znakiem kłopotów jest kryzys (naturalnie przejściowy…) na rynku kawy. Bez tego naparu Włosi praktycznie nie funkcjonują, ale prawdziwa dostępna jest tylko w restauracjach i kawiarniach, dla ludności pozostaje surrogato – dość obrzydliwa mieszanka zbożowa z cykorią. A poza tym wszystko w porządku… Mniemam przeto, że de Giovanni, lokując akcję nieoczekiwanie w tej wciąż kontrowersyjnej epoce, chciał tylko podrażnić współobywateli, by zbyt łatwo nie zapominali.
Oczywiście nie zdradzimy, jak przebiega poszukiwanie wrednego zbrodniarza, który tak brutalnie przerwał karierę króla tenorów. Warto tylko wspomnieć, że – zgodnie z regułami literatury giallo – Ricciardiemu pomaga nieco, objawiona już w dzieciństwie po pewnym traumatycznym przeżyciu, zdolność do komunikowania się (jednostronnego) z ofiarami zbrodni; komisarz słyszy ich ostatnie słowa. Taki spirytystyczny, nadnaturalny greps… Nie trzeba się miotać na początku śledztwa – jest od czego zacząć. I taka okoliczność może przeszkadzać w odbiorze zwolennikom racjonalnego rozumowania. Ale mnie tylko śmieszy i biegnę koncentrować się na innych aspektach prozy de Giovanniego – przede wszystkim na rysunku psychologicznym bohaterów, nawet drobniejszego sortu – z drugiego lub trzeciego planu. Dla każdego z nich de Giovanni ma coś osobnego, wyróżniającego. Coś, co sprawia, że nie są schematycznym „chórem” – mają swoje głosy, swoje kwestie, swoją historię i przyszłość. Są potrzebni. Dzięki takiemu podejściu dobrze się czyta de Giovanniego, choć w formie i myśli jest może zanadto klasyczny. Ale to przecież obiecuje dłuższą zabawę na dobrym poziomie. Oby tylko nie przyszło czekać zbyt długo na nasz ulubiony ciąg dalszy…
Tomasz Sas
(4 10 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *