Nocny pociąg do Lizbony

11 października 2018

Pascal Mercier

Nocny pociąg do Lizbony
Przełożyła Magdalena Jatowska
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2018

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Kiedy dyktatura jest faktem, rewolucja jest obowiązkiem…

Korzystam z okazji, że Noir sur Blanc znów (zdaje się, że już po raz piąty, co volens nolens jest świadectwem popularności…) wydaje Merciera, by zarekomendować „Nocny pociąg do Lizbony”, bowiem jakoś nie miałem stosownej okazji, by zrobić to, gdy książka miała premierę po polsku kilka lat temu… A przecież jest to tekst ze wszech miar godzien uwagi. Ba, podobno w niektórych kręgach, tu i ówdzie, otaczany sui generis kultem. Tak słyszałem, choć nie wiem doprawdy, z jakiego powodu kult ten mógłby się tlić… Z jednym wszelako zastrzeżeniem: otóż nie dziwię się, gdy aura kultowości powstaje wokół książek dobrze napisanych, ponad przeciętną miarę erudycyjnych (co tu ukrywać: zawstydzająco erudycyjnych…) i niosących coś więcej niż porządnie opisana historia. To „więcej” to nie tylko tak lubiane przez wyrobników pióra erudycyjne dygresje, wtręty historyczno-krajoznawcze z przewodników Pascala czy PTTK. To nie pseudofilozoficzne aforyzmy w stylu Coelho (skądinąd… kultowego w kręgach polskich czytelników słabiej rozpoznających rzeczywistość). Ale co? Mam pewne przeczucia, ale wciąż nie wiem na pewno. Nie ulega jednak wątpliwości, że chodzić tu może o pewne składniki pozafabularne, tworzące coś w rodzaju wspólnoty przeżyć podczas lektury – po pierwsze: takich, które skłaniają do szybkich i częstych powrotów, po drugie: wytwarzających potrzebę współdzielenia się i komentowania z podobnie myślącymi i odczuwającymi, nawet jeśli nie wszyscy potrafią swe myśli zwerbalizować na odpowiednim poziomie intelektualnym…

Czytelniczym spoiwem wokół „Nocnego pociągu do Lizbony” jest sytuacja dramatyczna, znana skądinąd w literaturze i mitologii kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej od dawna (i dość powszechna w zastosowaniu…). Oto pod wpływem przemożnego impulsu nie do końca rozpoznanego pochodzenia podmiot liryczny rzuca utarte zwyczaje i stereotypowe zachowania, by za przypadkowym mirażem pogonić na kraj świata, nie dbając o konsekwencje i poczucie bezpieczeństwa. A któż takiego impulsu nie odebrał choć raz w życiu? Fakt – odbiera wielu, ale nie wszyscy reagują – jeden na stu, na tysiąc być może…

Dobrze znany autorowi niniejszego podmiot liryczny raz zwierzył się z takiej przygody, gdy na szlaku kolejowym Płyćwia – Rogów (czyżby była to Krosnowa?) wyskoczył z wieczornego pociągu ze Skierniewic pod wpływem nieoczekiwanego (nawet dla niego samego) impulsu. Noc była, jako się rzekło, i akurat zima – mroźna i śnieżna pierwsza zima stanu wojennego. Na słupie przy niestrzeżonym przejeździe dyndała jedna latarnia; poza tym ciemno jak u Murzyna w dupie. Na śnieżnym horyzoncie w oddali pełgało jedno mikre światełko, Już po półgodzinnym brnięciu w kopnym śniegu podmiot liryczny wtargnął w obejście, gdzie akurat w fazę melancholijną, spowodowaną konsumpcją tego i owego, wchodziło zwykłe świniobicie (stąd światełko po nocy). W tamtym czasie Obcy (i to akurat koincydentalnie z nietolerowanym przez władze aktem pozbawienia życia symbolicznego wieprzka) zwiastował na ogół poważny kłopot, więc tradycyjna nieufność przybrała formę nader obcesową… Dopiero po kilku godzinach, bladym świtem, ożarty kaszaną i opity samogonem podmiot liryczny pożegnał biesiadników, unosząc w foliowym worku pęto kiełbasy i kawał wieprzowych żeberek niczym załadowana taśma do cekaemu. I tyle było z romantycznego impulsu…

Bohater Merciera – nauczyciel języków klasycznych w berneńskim gimnazjum Raimund Gregorius, poufale zwany Mundus – nim wsiadł do nocnego pociągu do Lizbony (z Berna w Szwajcarii to i tak z paroma przesiadkami…), doznał olśnienia kilkustopniowego, zakłócającego uporządkowany i przewidywalny tok żywota jego w sposób ścisły i absolutny, wywracając wszystko na nice, zmuszając do aktywności, o którą samego siebie nigdy Gregorius nie podejrzewałby. A stało się to na moście Kirchenfeld nad rzeką Aar, na stałej porannej trasie z domu do gimnazjum. Brnącemu pod parasolem pod wiatr i deszcz Gregoriusowi rutynę tego szlaku zakłóciła kobieta wparta o balustradę na środku przeprawy, mową ciała sygnalizująca zamiar rzucenia się w nurt… Gregorius rzucił się na pomoc, ściągnął damę z mostu i zabrał do szkoły, osuszył i posadził w klasie. Ale w trakcie lekcji kobieta wyszła – został mu po niej kolor płaszcza (czarwony), zapisany mazakiem na czole numer telefonu i dźwięczna odpowiedź na pytanie, jaki jest jej ojczysty język – português… Na następnej lekcji Mundus Gregorius założył swój wciąż przemoczony płaszcz, zostawił teczkę z książkami na katedrze i też wyszedł. Potem w iberyjskiej księgarni znalazł niewielką książeczkę „Um ourives das palavras” autorstwa niejakiego Amadeu Inácio de Almeidy Prado, wydaną w Lizbonie w 1975 roku. Antykwariusz powiedział, że tytuł znaczy „Złotnik słów”. Księgarz przetłumaczył też kilkanaście zdań tekstu. Niecałe dwadzieścia cztery godziny później Gregorius siedział w pociągu, by przez Paryż i Hiszpanię, dojechać do Lizbony…

Tekst Amadeusa de Prado – przez który Gregorius brnął łapczywie, lecz powoli, tylko dzięki perfekcyjnej znajomości łaciny, podręcznikowi gramatyki portugalskiej i słownikowi – okazał się być skarbnicą kunsztownie zapisanych myśli, wśród których z niemałym przerażeniem (ale i satysfakcją) berneński łacinnik odkrył takie, które i jego samego boleśnie nurtowały… Lub sprawiały satysfakcję, gdy już zostały zwerbalizowane. Pasją Amadeu de Prado było bowiem przywracanie słowom ich pierwotnych znaczeń, odzieranie z nalotu konwencji, ostrożnej dwuznaczności. Zeszlifowanie oznak zużycia. Słowo to kamień, spiż – jak w homeryckiej grece – a jeśli potrzebna jest miękkość, to niech to będzie struktura piasku na oceanicznej plaży, rysunku kwiatów, owczego runa, owoców winnego grona, gomuły świeżego sera…

Szwajcarski nauczyciel gimnazjalny postanowił niezłomnie odnaleźć portugalskiego, kompletnie nieznanego myśliciela sprzed lat trzydziestu. Jeśli bowiem poddałeś się niewytłumaczalnemu impulsowi, to przynajmniej bądź konsekwentny i nie lekceważ własnych szaleństw. Zrób coś pożytecznego, miast lekkomyślnie porzucać ideę – nawet jeśli po namyśle wydała się wątpliwa… Tak się zaczyna piękna historia, niepostrzeżenie.

Oczywiście szczegóły akcji jak zwykle niech pozostaną tajemnicą do samodzielnego odkrywania przez czytelników. Dość tylko wspomnieć, że już drugiego dnia w Lizbonie Gregorius po prostu natknął się na cmentarzu na grobowiec rodziny Prado; z inskrypcji niezbicie wynikało, że jednym z jego „lokatorów” jest Amadeu Inácio de Almeida Prado – i to od 1973 roku – a na cokole wpół zakryty przez winorośl intrygował aforyzm „Ouando a ditadura é um facto, a revoluçāo é um dever” – kiedy dyktatura jest faktem, rewolucja jest obowiązkiem… Dlaczego? Czyżby nasz nieznany, ale fascynujący myśliciel miał coś wspólnego z antysalazarowską konspiracją, przez co nie doczekał rewolucji goździków? To się okaże…

Pascal Mercier obmyśla akcję i prowadzi ja niezwykle metodycznie – jakby to był wykład uniwersytecki dla średnio rozgarniętych… Niewiele dygresji, żadnych pętli czasowych, zero poplątanych tropów. Czysta logika, czyste zdania – czysta przyjemność z lektury. No cóż, Mercier się w ten sposób zdradza, dokonuje autodemaskacji. Nie jest tym, za kogo się podaje. Nie ma pisarza Pascala Merciera w Szwajcarii ani w okolicy. To pseudonim literacki.

Gość naprawdę nazywa się Peter Bieri, urodził się w Bernie 74 lata temu i z zawodu jest… profesorem filozofii. Doktorat zrobił w Heidelbergu, pracował w Londynie, Berkeley, Harvardzie, Berlinie, Marburgu, Jerozolimie i Bielefeld, zajmował się etyką, studiował tajemnice ludzkiego umysłu (w połączeniu z biologią i fizyką mózgu), zgłębiał teorię poznania. W końcu poszedł na emeryturę – rozczarowany upadkiem autorytetu pracy akademickiej oraz postępującą „dyktaturą geszefciarstwa” i „grantozą” na wyższych uczelniach. Bieri w latach swej naukowej aktywności nie był ani wybitnym filozofem, ani popularnym uniwersyteckim celebrytą – ot, co najwyżej jednym z paru setek wykładowców krążących między uczelnianymi kampusami po obu stronach Atlantyku. Ale ostatecznie to legion takich Bierich nadaje sens istnieniu uniwersytetów, uprawiając szlachetne rzemiosło edukacji, wykładając filozofię, ucząc myślenia. Ich rola jest nie do zlekceważenia: załóżmy, że każdy aktywnie naucza przez 35, może nawet 40 lat, przynajmniej 30, może 50 studentów rocznie. Jakaż to armia ludzi, którzy dzięki tym profesorom rozumieją, kim był Kant, co zawdzięczamy Platonowi, którzy czytali Montaigne’a, wiedzą to i owo o Pascalu i Spinozie, nie lekceważą Marksa, nie wymiękają przy Kelsenie i Benthamie… Co tu ukrywać: tacy jak Bieri tworzą fundament wartości cywilizacji śródziemnomorskiej, są jej gwarantami, krzewicielami i obrońcami.

Profesor Bieri wniósł do tego jeszcze pewna wartość dodaną: jako Pascal Mercier zajął się prozą. Ten „Nocny pociąg do Lizbony” (i trzy inne dzieła powieściowe) to jego wkład do literatury. Oczywiście, nie da się nawet w przybliżeniu porównać z dorobkiem czysto artystycznym innych zawodowych filozofów – choćby takiego Eco na przykład. Ale Eco był jeden na cały wiek, a Bierich są setki. Zachowajmy proporcje. „Nocnego pociągu…” nie ma się co wstydzić, choć krytyka zarzuca mu pretensjonalny manieryzm, fabularną prostolinijność (na granicy prostactwa narracyjnego…), a nawet nadmierny optymizm i przesadną wiarę w intelektualne możliwości jednostki ludzkiej jako takiej… Mają mu też za złe uprawianie literatury „ozdrowieńczej”, propagującej równowagę umysłu, panowanie nad emocjami i wybrykami człowieczego ducha. No i co z tego – skoro taka lektura nie sprawia czytelnikom przykrości?

Tomasz Sas
(11 10 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *