Milczysz, moja śliczna…

14 września 2018

Rhys Bowen

Milczysz, moja śliczna…
Przełożyła Joanna Orłoś-Supeł
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2018

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Śnieg w Nowym Jorku – czas duchów i wariatów…

Rekonstruktorstwo historyczne nie jest tylko przekleństwem naszej, krajowej literatury kryminalnej. W zasadzie wszędzie rozpowszechniły się praktyki wędrówek wstecz, umiejscawiania fikcyjnych intryg w pieczołowicie odtworzonej historycznej przestrzeni i czasie zaprzeszłym. Dlaczego właściwie? Zdawkowe, powierzchowne wyjaśnienia oczywiście funkcjonują dla opinii publicznej, ale są dalece niewystarczające. Autorzy, ich agenci i pi-arowcy albo milczą albo powołują się na prawo do wolności twórczej; niektórzy wyznają, że odtwarzanie światów jest równie pasjonujące jak koncypowanie wiarygodnej i atrakcyjnej literacko intrygi. Zauważyli bowiem, że kostium historyczny w historycznych dekoracjach odwraca uwagę, asekuruje, gdy myśli autora przydarzy się wpadka czy mielizna… Podobno publiczność więcej wybacza, gdy dostaje rzetelnie spreparowaną gawędę historyczną. Z intrygą kryminalną – ma się rozumieć…
Ale bez przesady – najczęściej intryga kryminalna jest umownym pretekstem – znakiem ledwie, gdyż prawdziwym zamysłem autora jest awanturniczy romans z przygodami, osadzony w historycznej scenografii. Pani Rhys Bowen (prawdziwe nazwisko: Janet Quin-Harkin; Rhys Bowen to pseudonim do… brudnej roboty) to fenomen gatunku na rynku anglosaskim – niepowstrzymana „fabryka” tekstów tego rodzaju, z dużą rzemieślniczą regularnością zasilająca rynek (przyznajmy – dość chłonny i niespecjalnie wymagający…). O jej przypadłościach twórczych napomykałem w tym blogu w lipcu (dokładnie trzydziestego pierwszego…) ubiegłego roku, rekomendując powieść „Dublin, moja miłość”, więc tym razem czuję się zwolniony z obowiązku (i konieczności…) rozwijania krytycznej analizy pisarstwa madame Bowen. Poza podtrzymaniem konstatacji o niewysokich jego lotach… Co jednak, jak się wydaje, poczytności jej nie szkodzi. Łaknienia publiczności nie są bowiem w stanie powstrzymać krytyczne opinie kogokolwiek. No i dobrze, bowiem niestrawności po lekturze nie należy się obawiać, co najwyżej lekkiego znudzenia jednostajnością strawy – ani nie przesłodzonej nadmiernie, ani nie przyprawionej na ostro… Ot – gdyby trzymać się kulinariów – taki kukurydziany kleik dla rekonwalescentów (intelektualnych) z garścią rodzynek i odrobiną papryczki jalapeño dla kontrastu.
W sensie chronologicznym „Milczysz…” jest kontynuacją „Dublina…”. Po ucieczce z Irlandii via Paryż Molly Murphy, uniknąwszy łap (skądinąd brudnych i zakrwawionych) brytyjskiego kontrwywiadu, namieszawszy przedtem sporo w irlandzkich sferach niepodległościowych, staje w Nowym Jorku przed palącą koniecznością odbudowy zrębów poważnie nadszarpniętego budżetu. A tu zima akurat; śnieg sypie, idzie mróz i mały zastój w interesach. Bierze więc wszystkie detektywistyczne zlecenia (np. na prośbę familii Mendelbaumów sprawdza matrymonialne kwalifikacje niejakiego Rotha, młodzieńca o rzekomo nieposzlakowanej opinii – lecz co to szkodzi mieć pewność na sicher cwajmal…), ale też nie potrafi się powstrzymać od rozwikłania na własną rękę tajemnicy znalezionej koło ślizgawki w Central Parku nieprzytomnej, niezidentyfikowanej dziewczyny, jak na zimę – wysoce niestosownie odzianej tylko w muślinową sukienkę i cienkie pantofelki. No i ta ciągle niewyjaśniona sytuacja z narzeczonym (raczej domyślnym niż zdeklarowanym) Molly – kapitanem Sullivanem, na razie zawieszonym w czynnościach (za niedozwolone kontakty z gangsterami) funkcjonariuszem nowojorskiej policji… Wobec tego Molly z desperacją rzuca się na kolejny detektywistyczny kąsek, podsunięty przez gwiazdę scen Broadwayu Oonę Sheehan – pośrednio sprawczynię przygód Molly w „Dublinie…”. Oto przyjaciółka Oony, niejaka Blanche Lovejoy, takoż gwiazda Broadwayu (tylko nieco przywiędła), szykuje premierę nowego, podobno pikantnego obyczajowo musicalu, który ma przywrócić jej należny blask, splendor i miłość publiczności. Zamiar ambitny, ale podobno siły nieczyste się sprzysięgły przeciw, a gmach teatru Casino nawiedzają duchy. Czasem coś gwizdnie, czasem coś piżgnie, coś się pokaże w samej bieliźnie… Panna Molly ma wykryć sprawcę i zdemaskować niecne knowania, bo inaczej do premiery nie dojdzie, a setki ludzi stracą pracę (taki pada „socjalistyczno-syndykalistyczny” argument…). No i dobrze – interes się kręci, a honoraria (na razie obiecane)( sumują się w setkach dolarów. Dobra nasza; ale ponieważ od przybytku głowa nie boli, Molly do spółki z narzeczonym, kapitanem Sullivanem, bierz zlecenie z kręgu przyjacielsko-rodzinnego. Ma uchronić od zarzutu… napadu rabunkowego i morderstwa niejakiego Johna Jacoba Halsteda – studenta Yale o nieco awanturniczej reputacji. Rzeczony JJ Halsted gdzieś zniknął, co oczywiście pogarsza jego sytuację procesową…
O szczegółach szamotaniny Molly między zleceniami zamilczmy; nie chcemy nikomu odbierać przyjemności samodzielnego zgłębiania zagadek – zwłaszcza że niewiele jest do zgłębiania. Dość powiedzieć, że na zasypanym mokrym śniegiem Manhattanie nawet ona potrafiła zarobić dwadzieścia centów za sprzątanie ulicy (akcja pod przykryciem). Przy okazji Molly spotyka na nowojorskich ulicach samą Nellie Bly, która w chłopięcym przebraniu bada sytuację bezdomnych dzieci. Ten epizod przydaje waloru autentyczności fabułce pani Rhys Bowen, bowiem znów wprowadza ona do swej książki postać prawdziwą – rzeczoną Nellie Bly. Elizabeth Jane Cochran (prawdziwe nazwisko pani Bly) była pionierką dziennikarstwa śledczego, reporterką używającą techniki „wcieleniowej”. Jej najsłynniejszym wyczynem profesjonalnym był reportaż z zakładu dla obłąkanych, gdzie dała się zamknąć jako pacjentka. To jej doświadczenia posłużyły zatem pani Rhys Bowen do uwiarygodnienia epizodu pobytu Molly w takimże zakładzie.
Oprócz tej wstrząsającej „rekonstrukcji historycznej” pani Rhys Bowen z pasją i miłością do szczegółów, znamionującą coś więcej niż prostą ciekawość, odtworzyła klimat życia teatralnego wczesnej epoki rozkwitu Broadwayu, z jego scenami musicalowymi i wodewilowymi, z jego wrzawą, kultem gwiazd i nędzą teatralnego proletariatu, z walką konkurencyjną – często na śmierć i życie… To też spory plus tej książki. Rhys Bowen naprawdę poświęciła sporo wysiłku, by nadać swej opowieści szlif autentyzmu historycznego. Można zatem założyć, że istotne napomknienia o pierwocinach dziejów pewnej organizacji w jednej ze społeczności etnicznych nowojorskiego molocha również dobrze zdokumentowała. A była to organizacja plemiennej samopomocy młodego pokolenia emigrantów z Sycylii, która sama się nazwała Cosa Nostra…
Rozrzut tematyczny „dekoracji”, w których pani Rhys Bowen umieściła swoje intrygi kryminalne i ich bohaterkę, zaiste imponująco duży: życie towarzyskie i uczuciowe w teatrach nowojorskich, reporterska kariera Nellie Bly (szkoda, że nie ma nic o jej podróży dookoła świata śladami wytyczonymi przez Juliusza Verne’a), początki włoskiej mafii w USA, czarne karty w historii opieki nad psychicznie chorymi, życie codzienne studentów w Yale. No i śnieg w Nowym Jorku w początkach zimy 1902 roku… Barokowe zaiste bogactwo scenografii, w której rozgrywa się akcja, daje świadectwo gustom i umiejętnościom autorki. Niemniej przysłaniać samego sedna akcji nie powinno. Ale to tylko taki postulat teoretyczny, z którym pani Rhys Bowen obchodzi się lekce… Przecież o nie o głębię przekazu chodzi, ale o dobrą zabawę. A ta lepiej się ma w nienudnych, wciągających didaskaliach, o samoistnych wartościach poznawczych. Więc nawet krótkotrwałe (zaprawdę, wystarczą trzy godzinki intensywnej lektury) obcowanie z prozą Rhys Bowen takiej zabawy dostarczy. Pozostając w tym przekonaniu – nie namawiam, ale też nie odstręczam. Rzemiosło na poziomie godne jest szacunku. Na takiej opoce buduje się czytelnicza satysfakcja o znaczeniu donioślejszym niż erupcje talentu – krótkotrwałe i jednorazowe na ogół…
Tomasz Sas
(14 09 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *