Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych

8 września 2018

Giles Milton

Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych
Przełożył Krzysztof Obłucki
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2018

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Zabij albo zgiń!

Każdy, kto myśli, że wojnę da się prowadzić dżentelmeńskimi metodami, rodem z boiska do krykieta, jest już trupem, tylko jeszcze o tym nie wie… Ten typ myślenia nie był powszechny w brytyjskich siłach zbrojnych (wyjąwszy może niektóre formacje imperialne z kolonii) przed II wojną światową. Armia, a w zasadzie podejmujący decyzje jej korpus oficerski, nasączony był do szpiku kości ideologią szlachetnej wojny, według reguł honorowych i zasad fair play, sprawdzających się od dziesięcioleci na boiskach angielskich szkół (nawet tej w Rugby, gdzie wynaleziono zabawę o dość mocnych, jak na angielskie obyczaje, prawidłach…); przecież jak trzeba było komuś dać w mordę, robiono to wedle zasad skodyfikowanych przez markiza Oueensberry…
W sumie to ciekawe – skądinąd przecież armie i floty Ich Królewskich Mości miały w „dorobku” mocne epizody i krwawe wyczyny na polu walki. By nie sięgać daleko w przeszłość, zacznijmy od powstania sipajów w Indiach, wojen afgańskich, konfliktu z plemionami Zulusów, wojny burskiej (to tam wynaleziono obóz koncentracyjny…), awantur w Chinach… To nie były wojenki dżentelmenów. Podobnie jak Wielka Wojna, dziś zwana pierwszą światową – to nie tylko mecze piłkarskie na ziemi niczyjej, nie tylko wspólne bożonarodzeniowe kolędy w okopach. To hekatomba milionów młodych mężczyzn, gdy bagnet i granat ręczny walczyły o palmę pierwszeństwa w zabijaniu z szrapnelem (angielski wynalazek!), gazem bojowym i karabinem maszynowym Maxima. Ten ostatni chyba wygrał…
Mimo tak krwawej lekcji chłopcy z Eton i Harrow, uniwersytetów Cambridge i Oxford, czy creme de la creme tej kasty: absolwenci akademii Sandhurst i Woolwich (kwintesencja regulaminowej głupoty i honorowych zasad…) wciąż naiwnie hołdowali regułom fair play z boiska. Na szczęście nie wszyscy, bo inaczej Anglia tę wojnę – najważniejszą jak dotąd z wojen – by przegrała. Książka Miltona jest właśnie o tych „nie wszystkich”.
Wiosną 1939 roku nikt rozsądnie, logicznie myślący w Anglii (i nieulegający przy tym naiwnym złudzeniom pacyfisty…) nie sądził, że kartki kancelaryjnego papieru, którymi pół roku wcześniej na lotnisku londyńskim radośnie powiewał sir Neville Chamberlain, są cośkolwiek warte. Hitler zajął Czechosłowację (Austrię miał już w łapach wcześniej, podobnie jak zagłębie Saary) obsadził Memel, czyli Kłajpedę – portową enklawę na Litwie, sposobił się na Gdańsk i resztę Polski, urabiał swego przyjaciela – caro Benito – by wesprzeć się w rejonie śródziemnomorskim i Afryce, szukał sprzymierzeńców na Bliskim i Środkowym Wschodzie, konferował z Japończykami, kombinował, jakby tu choć na chwilę zneutralizować Stalina i nie prowokować Amerykanów… Paru trzeźwych polityków (choć w przypadku jednego z nich – sir Winstona Churchilla – słówko „trzeźwy” było pojęciem symbolicznym), niekoniecznie z pierwszych rzędów foteli w Izbie Gmin, wespół z kilkoma oficerami (z których żaden jeszcze nie służył w stopniu powyżej pułkownika czy komandora…), zaczęło na własną rękę pracować nad alternatywnymi pomysłami na wypadek wojny. Robili to bez rozkazu, czasem nawet bez wiedzy przełożonych, co zaświadcza o stanie ich umysłów i priorytetach. Priorytetem najważniejszym była Wielka Brytania i jej globalne imperium…
Klan „alternatywnych” wyszedł ze słusznego założenia, że przynajmniej w pierwszej fazie konfliktu ich kraj niewiele będzie mógł zdziałać przeciw Niemcom. Należy zatem oszczędnie szafować zasobami i obietnicami. Owszem, walkę należy podjąć – i to jak najdalej od klifów Devonu i Dover, od plaż Kentu. Ale w stanie najwyższej konieczności trzeba mieć czym się bronić przed inwazją, nie marnując przedtem nadmiernie i broni, i sprzętu, i wyszkolonych ludzi zwłaszcza, na polach Europy czy gdzie bądź… A gdy już dojdzie do walki na plażach i dalej w głąb Wyspy (niemiecka operacja Seelöwe była nader realną groźbą…), warto byłoby mieć, oprócz wojsk regularnych i uzbrojonego w widły tudzież stare dubeltówki pospolitego ruszenia z Home Guard, coś w rodzaju własnych… partyzantów, wyćwiczonych zawczasu do walki z zaskoczenia na flankach lub za liniami wroga. Zadanie wziął na siebie pewien podpułkownik, wycierający tyłek o krzesło przy mało satysfakcjonującej, papierkowej robocie w centrali wywiadu, niejaki Colin Gubbins – Szkot, weteran (i bohater) poprzedniej wojny. To on jest główną postacią książki Miltona, a jego wojenna kariera, pełna niesamowitych zdarzeń, fascynujących operacji, zaskakujących zwrotów akcji, to materiał na wielki, monumentalny epos (niechby już serial telewizyjny…).
Giles Milton – brytyjski specjalista od tzw. narracji historycznej, czyli literatury w sposób popularny, niemniej jednak profesjonalny przybliżającej epizody i postacie z brytyjskiej historii, do tej pory piszący raczej o epoce wielkich odkryć geograficznych, o początkach ekspansji imperium (nawet o wojnie Anglii z Holandią o… gałkę muszkatołową), zabrał się za historię z epoki II wojny światowej, bo zapewne jej bohaterowie „uwiedli” go swą wyjątkowością. Banda dzikich chuliganów, indywiduów spod ciemnej gwiazdy ratująca Imperium – to jest temat… A Milton umie takie rzeczy pisać – na swój sposób – nieco ironiczny, nieco persyflażowy, pełen werwy i dbałości o ekscytujące szczegóły. Wtedy robi się niemal powieść sensacyjna, thriller wojenno-szpiegowski, choć przecież fikcji w tej opowieści nie ma za grosz, Szczegóły w wersji zapamiętanej przez uczestników akcji, zapisane w dokumentach. Dialogi tudzież. Nic „domyślonego” – czytasz, pokładając ufność, że tak właśnie było…
Większość tych akcji, które wymyślił, którymi dowodził Gubbins i jego ludzie, weszła do kanonu opowieści o zagadkach, tajemnicach i zaskakujących wydarzeniach wojny. Niektóre nawet sfilmowano – choćby dywersję w Norsk Hydro, norweskiej fabryce ciężkiej wody czy bitwę o szyny przed lądowaniem w Normandii – bitwę, która wydatnie opóźniła dyslokację rezerw Wehrmachtu na pole bitwy o przyczółki opanowane przez desant. Inne zdarzenia stały się podstawą kanonu mitologicznej wersji wojny jako romantycznej, pełnej pasji, honorowych zachowań i poświęceń przygody młodych dżentelmenów. Na przykład udana, ale krwawa, z pozoru szaleńcza, lecz dobrze skalkulowana szarża (mimo wszystko wariacka – całkiem jak szarża Lekkiej Brygady pod Bałakławą) niszczyciela HMS „Campbeltown” przeciw wrotom największego po tej stronie Atlantyku suchego doku w Saint-Nazaire…
Zasługą Miltona jest zebranie wszystkich tych „chuligańskich wyczynów” w jednej książce i opisanie ich jako skoordynowanej, przemyślanej i doskonale dowodzonej kampanii, zaprojektowanej przez zespół ludzi wszechstronnie przygotowanych, zdeterminowanych, nieustraszonych, pomysłowych (ba, zgoła genialnych…), posługujących się fantazją nieporównanie częściej niż regulaminami, pracujących latami na skraju wyczerpania fizycznego i nerwowego. SOE (Special Operations Executive) – Kierownictwo Operacji Specjalnych – było organizacją nie mającą sobie równych w dziejach wojen. Oczywiście mniemanie, że miało ono decydujący wpływ na zwycięstwo aliantów, jest raczej nieuprawnione. Ale wielce romantyczna, bohaterska historia działań dywersyjnych i w ogóle partyzanckich, prowadzonych przez śmiałych, niekonwencjonalnie myślących żołnierzy i cywilów zawsze zasługuje na uwagę. Może nie jako wzór do naśladowania, ale ku pamięci i pokrzepieniu – na pewno…
Lektura Miltona uświadomiła mi, że druga wojna światowa był chyba ostatnią globalną zwadą w dziejach cywilizacji, w której taką rolę odegrali niezwykli, nietuzinkowi ludzie (wliczając nawet tych z Projektu Manhattan…). Na tym tle ludzie Gubbinsa jawią się jako zespół fenomenalnych postrzeleńców. Taki na przykład Milton Jefferis (weteran wojny kolonialnej w Waziristanie na pakistańsko-afgańskim pograniczu) – budowniczy mostów i później ich zawzięty dekonstruktor, ekspert w dziedzinie stosowania materiałów wybuchowych, który stał na czele zakonspirowanego na podmiejskiej farmie warsztatu produkującego miliony min magnetycznych, zapalników i innych specjalistycznych ładunków wybuchowych. Albo Stuart Macrae, inżynier lotnictwa i dziennikarz, genialny organizator wszystkiego, co powinno być zorganizowane… Czy Cecil Clarke, w cywilu hobbystyczny konstruktor… przyczep kempingowych, a w zespole Gubbinsa – natchniony wynalazca nowych broni. Albo Eric Sykes i William Fairbairn – obaj weterani z Chin. Sykes pracował na Dalekim Wschodzie jako przedstawiciel handlowy fabryk Colta i był w owym czasie prawdopodobnie najlepszym strzelcem na świecie; potrafił z ciężkiego kolta M1911, stojąc tyłem do celu w półprzysiadzie, między nogami wpakować cały magazynek w dziesiątkę… Fairbairn natomiast był policjantem z Szanghaju, który po mistrzowsku opanował kilkanaście systemów walki wręcz i zabójczo skutecznie posługiwał się nożem; sam zresztą skonstruował majcher o morderczych parametrach i takimże przeznaczeniu, używany we wszystkich alianckich formacjach komandosów. Obaj chińscy emeryci na wrzosowiskach Szkocji perfekcyjnie wyszkolili kilka tysięcy dywersantów, cichociemnych, agentów i innych specjalistów od skrytej eliminacji przeciwników…
Wystarczyło tylko niczego nie spieprzyć i nie zaprzepaścić unikatowych talentów gromadki Gubbinsa. Gdyby chcieli poruszać się utartymi, regulaminowymi ścieżkami w armii brytyjskiej, nic by się nie udało. Do końca wojny żaden ich pomysł nie ukończyłby drogi służbowej. Na szczęście wszystkim żywo interesował się Winston Churchill, najpierw Pierwszy Lord Admiralicji, później premier Gabinetu Wojennego Jego Królewskiej Mości – z usposobienia i techniki myślenia taki sam „wojenny chuligan” jak ludzie z SOE. Milton bardzo precyzyjnie to wszystko wypunktował – wojna jest (była…) zbyt poważną sprawą, by ją w całości powierzać zawodowym wojskowym; margines szaleństwa zostać musi!
Uważam się za ponadprzeciętnie poinformowanego o wojennej historii, ale bez lektury Gubbinsa moja wiedza o wysadzeniu wiaduktu Gorgopotamos w Grecji czy pirackim uprowadzeniu włoskiego statku (zaopatrującego po cichu u-booty) z redy portu na hiszpańskiej wówczas wyspie Fernando Po u wybrzeży Afryki w Zatoce Gwinejskiej, byłaby wciąż na poziomie niesprawdzonych pogłosek… Aha, to podobno Gubbins pokierował tuż przed wybuchem wojny akcją wywiezienia z ośrodka deszyfrażu w Pyrach niemieckiej maszyny, znanej później jako Enigma… W tej sytuacji – miłej lektury!
Tomasz Sas
(8 09 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *