Zgubna trucizna

19 marca 2017

Katarzyna Kwiatkowska 
Zgubna trucizna
Wydawnictwo Znak, Kraków 2017

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Bazarowe rewelacje albo belle epoque nad Wartą

Anonimowemu darczyńcy z Wydawnictwa Znak (przed laty pamiętali i podsyłali zapowiedzi oraz nowości, ale ostatnio przestali…), który zapewne przypadkowo odnalazł moje dane na starej liście adresowej i pchnął kurierem przesyłkę z egzemplarzem recenzenckim „Zgubnej trucizny”, winien jestem wdzięczność (nie dozgonną, ale szczerą i długotrwałą…). Bowiem o istnieniu Katarzyny Kwiatkowskiej miałem oczywiście jakie takie pojęcie, śledząc pisma i portale branżowe. Ale jakoś nigdy nie złożyło się, bym oddał się lekturze któregokolwiek z jej licznych dzieł… Widoczne moje zapotrzebowanie na tzw. kryminał retro zaspokajali Krajewski z Wrońskim i panią Szwechłowicz. Tymczasem jednak gatunek ten rozrasta się, pączkuje i pięknieje, a nawet obrasta w obrazki, czego widomym dowodem serial telewizyjny „Belle epoque”…
Cóż zatem takiego atrakcyjnego tkwi w intrydze kryminalnej, poprowadzonej w którejś z minionych epok – starożytności ani średniowiecza (dość wspomnieć genialne „Imię róży” Eco) nie wyłączając? W zasadzie nic. Zagadka kryminalna w kostiumach historycznych i takiejże scenografii zagadką być nie przestaje. Motywy występku są tak odwieczne, jak rodzaj ludzki jest stary, czasem tylko modus operandi zmienia formy na bardziej wyrafinowane (technicznie…). Ale w gruncie rzeczy pięciokąt konstrukcyjny intrygi jest niezmienny: zbrodnia – sprawca – poszukiwacz – poszukiwanie – finałowe rozwiązanie… Na myśl przychodzi mi tylko jeden powód: kryminał retro wymaga od autora pewnej rzemieślniczej biegłości w poszukiwaniu i dopasowywaniu realiów, w badaniu tekstów źródłowych, starych encyklopedii, map, gazet, korespondencji, memuarów, studiowaniu obyczajów, rytuałów, wzorców zachowań, mód, poglądów, dostępnych technologii… I wielu innych imponderabiliów. Innymi słowy: wymaga zgłębienia epoki, wręcz zanurzenia się w niej, wymaga pieczołowitej rekonstrukcji. A każda pomyłka ma moc rażenia pocisku dum-dum. Jeśli zostanie zdemaskowana. Ale mniemam, że niektórzy autorzy tym chętniej uciekają w retro, im mocniej podejrzewają krytyków o ignorancję, uniemożliwiającą zweryfikowanie tego i owego… A kwerulancko usposobionymi, czepliwymi, upierdliwymi czytelnikami autorzy owi nie zwykli się przejmować; nawet w epoce internetu mają oni i tak ograniczone moce rozpowszechniania swych odkryć… W sumie więc chodzić może o chwalebne wykazanie warsztatowej sprawności, o prezentację możliwości intelektualnych, o przewagę nad cieniasami-wyrobnikami współczesnego (o ileż, nieprawdaż, łatwiejszego…) kryminału. Historia stoi otworem, do dyspozycji! A do tego mamy dogodny punkt obserwacji – nic się bowiem w historii nie zmieni, co cieniem położyłoby się na naszej zdolności opowiadania. Kryminał retro trudnym i wymagającym przeto jest poletkiem eksploatacji, ale dającym obfitsze frukta – co się głównie tyczy sławy i pieniędzy (film – jeśli zgromadzi stosowne do zamiarów środki – tylko czeka na gotowe scenariusze…). Dlatego zapewne będziemy świadkami cudownego rozmnożenia gatunku. A pani Kwiatkowska już ma miejsce w pierwszym szeregu.
„Zgubna trucizna” jest jej piątym spotkaniem z bohaterem – stosunkowo młodym, niezależnym materialnie i duchowo Wielkopolaninem szlacheckiego niewątpliwie rodowodu, do tego w każdym calu Europejczykiem (acz nie zblazowanym kosmopolitą, jak wielu próżniaków z jego pokolenia trawiących czas i familijne majątki w Monte Carlo, Nicei tudzież paryskich, berlińskich i rzymskich lupanarach, kasynach, spelunkach i burdelach…), wykształconym, znającym główne języki kontynentu, bywałym i do tego pracującym (dorywczo, jako detektyw). Jan Morawski – ucieleśnienie marzeń matek obciążonych kłopotem posiadania córek na wydaniu. Zarówno posażnych, jak i tego przymiotu pozbawionych… Obiekt westchnień sawantek, kobiet wyzwolonych i upadłych (ale tylko częściowo – i akceptowalnie w lepszym mimo to towarzystwie…), obiekt zazdrości mniej pięknych, zdrowych i bogatych rówieśników, obiekt szacunku i zaufania liderów lokalnych społeczności. Słowem: ideał chodzący (nader żwawo, ale swoimi drogami…), tańczący, zniewalający. Cyniczny w miarę potrzeb, ale zarazem gotów do romantycznych uniesień, zagłuszających zdrowy rozsądek tudzież instynkt samozachowawczy.
Cóż taki orzeł robi w prowincjonalnym Poznaniu? Oczywiście, że tropi… Tym razem fałszerzy stumarkowych banknotów berlińskiego Reichsbanku. Misja tajna, bo przecież chlubiący się pruską perfekcją Bank Rzeszy nie przyzna się publicznie przed cesarzem i resztą świata, że nowiutkie bilety płatnicze jeszcze przed dniem planowanej emisji genialnie, niemal nierozpoznawalnie podrobiono… Niestety, zaangażowany w to samo śledztwo kolega-detektyw niewiele zdążył Janowi przekazać, albowiem zginął w hotelowym pokoju w… wybuchu bomby (dostarczonej w pudełku cygar notabene). Co gorsza, Jan, jako ostatni rozmówca, jest naturalnym podejrzanym…
Jak się zagadka rozwiązała (znaczy się – kto zabił, a kto fałszował?), naturalnie nie zdradzamy. Powiemy tylko, że intryga jest wielopoziomowa (nieomal szkatułkowa…), misternie skonstruowana, niełatwa do samodzielnego rozszyfrowania, zaś trupów w miarę rozwoju akcji przybywa, a Jan coraz bardziej podejrzany… Wart wspomnienia jest też wątek polityczny „Zgubnej trucizny”… To w istocie, wykorzystujący bankowe fałszerstwo, spisek policji politycznej i Deutscher Ostmarken Verein – znanego powszechnie jako Hakata; o tej zaś organizacji pamiętamy sporo dzięki… czytankom o wozie Drzymały czy strajku szkolnym we Wrześni. I że nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił… Spisek wymierzony jest przeciw dobrze radzącemu sobie z pruską przemocą żywiołowi polskiemu, a osobliwie Związkowi Spółek Zarobkowych (to był kręgosłup wielkopolskiej zaradności…) i jego patronowi księdzu Piotrowi Wawrzyniakowi. Wątek ten wprowadza na scenę kilka postaci autentycznych, historycznych – działaczy polskich w Poznańskiem: wspomnianego księdza Wawrzyniaka, doktora Franciszka Chłapowskiego (wielkiego lekarza i filantropa) mecenasa Wojciecha Trąmpczyńskiego (polityka, w II Rzeczpospolitej m.in. marszałka Senatu), architekta Rogera Sławskiego czy Stefana Cegielskiego, syna genialnego przedsiębiorcy Hipolita Cegielskiego. Poczułem się zupełnie jak przy lekturze „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy” Stefana Bratkowskiego czy oglądaniu zrobionego (1979-1981) wedle tego scenariusza fascynującego serialu telewizyjnego Jerzego Sztwiertni (na przykład młody Machalica, czyli Piotr, w roli właśnie księdza Wawrzyniaka: perełka!).
Zresztą „Zgubna trucizna” jest dzięki temu nie tylko tuzinkowym kryminałem, aczkolwiek retro. „Druga twarz” tej powieści to pieczołowicie, z godną podziwu dbałością o najdrobniejszy szczegół, zrobiona rekonstrukcja miasta Poznania w dobie kończącego się karnawału AD 1901. Tak pozwalam sobie mniemać, bowiem nie posiadam odpowiednich narzędzi weryfikacji; sam Poznań znam słabo, z kilku niedługich wizyt (najdłuższa, bo trzydniowa, odbyła się jeszcze w latach 60. ubiegłego stulecia…), a poza tym żadnego sentymentu poznawczego do rzeczonego miasta nie czuję – przykro mi, ale za to akurat nie przepraszam… W każdym razie scenografia tego kryminału wygląda nadzwyczaj wiarygodnie – klimat sławnego „Bazaru” (kombinatu hotelowo-gastronomiczno-biznesowo-społecznego; taki poznański wynalazek…) wręcz się wyczuwa opuszkami palców i węchem nieomal, a wygląd ulic, kamienic, restauracji i proletariackich knajpek, sal balowych, prywatnych mieszkań różnej konduity czy komisariatów policji pobudza dreszcz perfekcją opisu. To jest coś wręcz nieprawdopodobnego – Krajewski i Wroński to przy Kwiatkowskiej najwyżej tuzinkowe „geografy bawarskie”… Więc jeśli nie nastąpi zmęczenie materiału, z Katarzyny Kwiatkowskiej długo mieć będziemy prawdziwą zaiste pociechę… Czego autorce i sobie najszczerzej życzę.
Tomasz Sas
(19 03 2017)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *