Talizmany

26 marca 2017

Dominik W. Rettinger 
Talizmany
Wydawnictwo Edipresse Polska SA, Warszawa 2017

Rekomendacja: 2/7
Ocena okładki: 3/5

Klub spadkobierców w boju z duchem wojewody sandomierskiego

Znacie dobrze ten typ… Z literatury romansowej, bo w życiu trudno podobną idiotkę napotkać. Z reguły zresztą rzeczywistość ma na składzie idiotki większe i wielopłaszczyznowe, jeśli nie totalne. Bo taka typowa z literatury, na mocy rozporządzenia autora swój rozum ma, tylko jakoś dziwnie rzadko korzysta… 33-letnia urodziwa panienka (wzorowa łamaczka serc, tyle że niefortunnie krótkodystansowa na ogół), z wykształcenia – a jakże, historyczka sztuki, posiadaczka zabójczo pięknego bruneta (typu: marzenie mamuśki, której spieszno i tęskno do statusu teściowej, a może i babci…) i satysfakcjonującej roboty (w kolorowym brukowcu z ambicjami, ze świata celebrytów, shoppingu i kulinariów…). Ale z dnia na dzień szczęśliwa układanka ulega destrukcji. Podły brunet niespodziewanie zdradza z modną aktoreczką. Naczelna, wredne skądinąd babsko, zaś każe… romans ów, gorący wszak hit tygodnia, opisać. Tego już za wiele! Brunet do kanalizacji – tam najgłębszymi rurami płynie Leta, rzeka Zapomnienia… Robota zaś w cholerę – honor nie pozwala! Tragedia i trauma… Do tego dramatyczny splot wydarzeń mocno upośledza zdolności poznawcze bohaterki. A szkoda, bo będzie ich niebawem potrzebowała w stopniu nadnaturalnie istotnym – a to dzięki kolejnym, równie dramatycznym awanturom i epizodom…
Porobi się bowiem sporo – wszystko przez konstantynopolitańskie złote artefakty. Posągi fantazyjnych zwierząt, a zarazem talizmany, mające podobno moc czynienia dobra (napiszmy to bez obaw: Dobra przez duże D – dobra transcendentalnego…), no i sporo jakoby warte (w przeliczeniu na zielone…). Po upadku Konstantynopola (1453 – gdyby koś nie pamiętał z lekcji historii…) wywiezione do Wenecji przez krewnych ostatniego cesarza Konstantyna Paleologa, a po blisko dwóch wiekach, w obronie przed pazernością weneckich dożów, zabrane do… Polski i podobno ukryte w podziemiach sławnego zamku Krzyżtopór (wieś Ujazd, gmina Iwaniska, powiat opatowski, województwo świętokrzyskie obecnie…). Wielki ów zamek (dziś monumentalna i godna zwiedzenia ruina…) był wówczas świeżo zbudowanym na późnorenesansową modłę włoską palazzo in fortezza – rezydencją rodu Ossolińskich, ufundowaną przez magnata Krzysztofa Ossolińskiego – bogatszego, lecz mniej zasłużonego w dziejach Rzeczypospolitej niż jego brat przyrodni, kanclerz wielki koronny Jerzy Ossoliński, stronnik i poplecznik dynastii Wazów na polskim tronie… Anegdotka to oczywiście bzdurna, mająca jednak pozory prawdopodobieństwa, albowiem pan Krzysztof (podobnie zresztą jak brat Jerzy – to ten gubiący złote podkowy podczas uroczystego wjazdu do Rzymu w roli posła…) we Włoszech bywał, miał tam przyjaciół i interesy. Mógł zatem coś kombinować ze spadkobiercami Paleologów? Mógł… Teoretycznie.
Intryga ma zatem solidną podbudowę historyczną. Ale wykonanie… Podczas lektury nieodparcie nasunęły mi się obrazki literackie i klimaty wykreowane pół wieku temu przez nieodżałowanej pamięci Zbyszka Nowickiego (znanego powszechnie pod pseudonimem Nienacki…) w kapitalnej serii książek przygodowych dla młodzieży. Tak, zgadliście – o Panu Samochodziku myślę! To nic zdrożnego, takie pokrewieństwo dusz, taki wzór. No i dowód na to, że mimo upływu lat, postępu cywilizacji i w ogóle rozwoju intelektualnego – lepszego, bardziej nośnego, inspirującego i odpowiadającego temperaturze współczesności (oraz poziomowi intelektualnemu gimbazy…) schematu opowiadania nie wymyślono. A jeśli wymyślono, to pozostaje takowy poza zasięgiem pana Rettingera…
Pora zatem wrócić do przygód panny Ewy – tak bowiem na imię ma nasza główna, trochę niepełnosprawna (przez splot niefortunnych okoliczności osobistych) intelektualnie bohaterka. Akcja doznaje przyspieszenia za sprawą: a) nieubłaganie zbliżającej się rzadkiej (raz na sto lat) konfiguracji planet, opisanej w dokumentacji dziejów talizmanów i ich ukrycia; b) z powodu nagłej śmierci pewnej starszej pani, familijnie powiązanej z… greckimi pomagierami Ossolińskich; spadkobranie po zmarłej oczywiście czyni Ewę jedyną beneficjentką, co sprowadza na jej głowę wściekłość reszty rodziny – wrednej, pazernej, brutalnie bezwzględnej ciotki zaś szczególnie… Familia pominiętych w testamencie przystępuje do kontrakcji. Natomiast w pierwszej sprawie działa włoski desant rodziny hrabiów Farnese (potomków weneckich dożów, którzy skarb lekkomyślnie wypuścili z rąk); panowie Farnese mają nóż na gardłach – tajna jaczejka wolnomularskich spiskowców obiecuje im śmierć w męczarniach, jeśli talizmanów nie odzyskają… Swoje lody przy całej sprawie kręci jeszcze paskudny, mendowaty, fałszywy (i przez to były…) kustosz prowincjonalnego muzeum. Szczegóły oczywiście pominiemy, bowiem nie chcemy młodocianemu czytelnikowi (przecież tak trudno zagonić go do jakiejkolwiek lektury!) odbierać przyjemności samodzielnego brnięcia przez meandry intrygi. Akcja po chyżych pogoniach między Zamojszczyzną a Sandomierszczyzną splata swój finalny węzeł ( i go rozcina…) w podziemnych labiryntach Krzyżtoporu. Po początkowych przewagach włoska ekipa prosi dzielną krajową policję o parol, familijni łowcy spadku dostają w dupę (z dubeltówki od rozjuszonej sługi…) i zostają z niczym. Całość wieńczą ochocze tany – chciałoby się napisać w stylu Prokescha… Ale nie – to tylko Ewa odnajduje swojego, przeznaczonego jej Adama, przytulając się do jego ramienia. Poczem… „Niespiesznie poszli w kierunku wyjących syren.”
No i fajnie… Wśród ogólnej szczęśliwości zgłaszam się tylko z nieśmiałym pytaniem: po co? Pan Dominik W. Rettinger jest sprawnym rzemieślnikiem w branży scenariuszy filmowych i telewizyjnych, aczkolwiek na pewno nie pierwszej gildii. Pisać niewątpliwie umie, czytać i guglować niewątpliwie też. Ale dla zarobku czy chwały mołojeckiej? Jeśli to pierwsze – chapeau bas! Jeśli drugie – zalecałbym skierowanie aktywności na inne tory, nawet w obrębie literatury. Polskim Danem Brownem zapewne nie zostanie, zaś o „Kodzie Leonarda da Vinci” nawet nie powinien pozwolić nikomu wspominać w swej obecności… A duszek Zbyszka Nienackiego niech dobrotliwie, pobłażliwie, aczkolwiek nieco sardonicznie (tak lubił!) spogląda na cały ten pejzaż naśladowczy, wychylając się zza chmurki nad lazurową tonią ukochanego Jezioraka…
Tomasz Sas
(26 03 2017)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *