Mock

18 września 2016

Marek Krajewski
Mock
Wydawnictwo Znak, Kraków 2016

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 1/5

W pętli czasu zbrodnia…

„Był sobie skrzypek Hercowicz,
co grał z pamięci jak z nut,
z Szuberta on umiał zrobić
– no brylant, no istny cud.”
(Osip Mandelsztam; przekład Wiktora Woroszylskiego;
z muzyką Andrzeja Zaryckiego śpiewała Ewa Demarczyk)

Wdzięczny jestem głęboko i czołobitnie (jako czytelnik ze skromnych najskromniejszy…) Markowi Krajewskiemu, filologowi klasycznemu z Wrocławia, za autorską woltę, której się dopuścił, wracając do postaci literackiej, od której zaczął był swą karierę popularnego autora powieści kryminalnych. Siedemnaście lat i szesnaście książek (w tym sześć w sensie ścisłym; lub siedem; zależy jak liczyć…) temu Krajewski wykreował postać policjanta. Echt Breslauer (aczkolwiek pochodzący z Wałbrzycha…) und Schlesier Eberhard Mock – tęgi żarłok (powiedzmy raczej: smakosz na miarę posiadanych środków…) i opój, zwolennik tanich dziwek, niedokończony filolog klasyczny (czyli mógłby o mało co karierę zrobić gimnazjalnego profesora – jednego z filarów, obok instruktora musztry w regimencie pruskiej piechoty, systemu wychowawczego i społecznego Rzeszy), posiadacz osobliwymi drogami chadzającego intelektu tudzież nosiciel żarliwego poczucia sprawiedliwości per fas et nefas, za wszelką cenę, do końca i bez zważania na przeszkody egzekwowanego. Że już o chwycie szczęk (w sensie symbolicznym, śledczym) godnym bullterriera, gwałtownym charakterze, od demonstrowania siły fizycznej niestroniącym wcale, nie wspomnę…
Mock – postać wewnętrznie pełna i doszlifowana – wydaje się być konstruktem o wymiarach zgoła chandlerowskich, aczkolwiek oczywiście nie gra w tej samej literackiej lidze co detektyw Marlowe. Lecz jest niedaleko! W każdym razie na rynku polskim żaden z innych autorów kryminalnych płci obojga żadnego ze swych tropicieli zbrodni (takoż płci obojga) nie potrafił nawet trochę zbliżyć do Mocka… Po części zapewne dlatego, że nie jest to im do niczego potrzebne. Aby ładnie poprowadzić intrygę, wystarczy uruchomić płaski schemat numer jeden: samotny, skopany przez kobietę, dotknięty kryzysem wieku średniego nadkomisarz macho (względnie prokurator lub błyskotliwy cywilny profiler…), kompulsywnie słuchający jazzu (policzcie kiedyś w wolnej chwili, ilu krajowego wyrobu detektywów namiętnie uwielbia Coltrane’a?), smażący jajecznicę i grający w szachy sam ze sobą… Aby baaardzo ładnie zaś intrygę wieść, trzeba naprędce skleconego (i bardziej szorstkiego…)schematu numer dwa, czyli zdeklarowanego świra (dobry jest zespół stresu bojowego – z omamami, głosami, alkoholizmem, lekomanią…), socjopaty z nerwicą natręctw czy zgoła brutalnego motherfuckera o niebywałej skuteczności…
Po co komu ktoś taki jak Mock – czy druga z kreacji Krajewskiego (skądinąd udana znacznie, znacznie mniej): lwowski (ergo przedwojenny) policaj Edward Popielski, z niechętnym szacunkiem w kręgach kryminalnych zwany Łysym? Po nic! Komuś… Ale nie Krajewskiemu. On sobie zrobił Mocka z potrzeby profesjonalizmu – by lepiej opowiadać po prostu. To, co użyłem w charakterze motta – wiersz Mandelsztama – oprócz pewnej dominującej dozy rusko-żydowskiego nostalgicznego sentymentalizmu i lirycznego memłania, to przede wszystkim pochwała zawodowstwa: treningu, powtarzania, szlifowania – aż ku doskonałości, niemal boskiej perfekcji. Krajewski produkował swego bohatera sposobem arcytrudnym, albowiem temporalnie nieliniowym – w postaci pofałdowanej pętli z zawijasami. Zaczyna się w maju 1933 roku (Mock jest radcą kryminalnym, a naziści dopiero się rozkręcają…), potem akcja wędruje nazad do roku 1927 (republika weimarska w rozkwicie swej degrengolady…), rozpędzona wraca do 1919 roku (tuż po I wojnie Ebi jest asystentem kryminalnym o niepewnej przyszłości…), skacze aż do wiosny 1945 roku, z Mockiem jako kapitanem Abwehry w oblężonej Festung Breslau, znów zjeżdża do lat 20. (konkretnie 1923-24), wędruje do 1937 roku (Mock „zazębia się” z Popielskim…) i w najnowszym „mocku” wraca do roku 1913 (młody wachmistrz rozwiązuje sprawę mordu na budowie Hali Stulecia – ni mniej, ni więcej…). Wypady w jeszcze inne epoki (aż po lata 60. w Nowym Jorku, gdzie Mock umiera jako… agent CIA…) są jak fioritury i zawijasy na tej pętli…
Osobliwa ta konstrukcja wymagała i nadal będzie wymagać od Krajewskiego szczególnej dyscypliny architektonicznej. Budowanie rusztowania utrzymującego w pionie (i w ruchu, co trudne nawet bardziej) figurę Eberharda, jego otoczenie (w tym żony ze dwie…), środowisko naturalne policji, przestępców, burdeli, knajp, salonów, świątyń wiedzy tajemnej, okultyzmu i hochsztaplerki wszelkiego gatunku, uniwersytetu, prosektorium, nadodrzańskich chaszczy… – no, to łatwe nie jest. I jeszcze te archiwalne kwerendy! Utworzenie Mocka w zurbanizowanej zaprzeszłej topografii miejsca, które w istocie swej istnieć przestało, straciło ciągłość emocjonalną – to zadanie heroiczne. Autor wywiązał się wiarygodnie – jego Mock to postać, jakiej w polskiej literaturze kryminalnej ( i nie tylko w niej…) nie ma z czym porównać. Kawał doskonałej roboty artystycznej, psychologicznej, intelektualnej i jakiej tam sobie chcecie… Nawet gastronomicznej! Te trzeszczące w zębach kiełbaski śląskie podpiekane, z preclami obsypanymi kminkiem…
Najnowszy „Mock” (przy okazji: znany skądinąd z wyrafinowanego gustu Znak mógłby się postarać o lepszą okładkę; ta jest po prostu aż do bólu, koszmarnie kiczowata…) koncentruje się wokół historii tzw. Hali Stulecia w 1913 roku – rytualnego mordu na budowie (czterej gimnazjaliści roztrzaskani o beton i wisielec upozowany na Ikara), spisku nacjonalistów wielkoniemieckich wobec spodziewanej wizyty kajzera Wilhelma, długich macek masonerii i wywiadu. Młody wachmistrz kryminalny swej nieokiełznanej żywiołowości i bezkompromisowemu dążeniu do prawdy zawdzięcza wkręcenie w nielegalne śledztwo tudzież bezwiedny udział w sprzysiężeniu. No i poruszająca silnie ciała jamiste męskie z pozoru tylko niewinna perwersja pewnej wszechstronnie wyuczonej sawantki… No i Wrocław/Breslau do fundamentów spowity narkotyczną, erotyczną, moralnie dwuznaczną aurą… A jeśli chcecie wiedzieć, co w tym wszystkim robi pierwszy… szef CIA admirał Roscoe Hillenkoetter, musicie oddać się lekturze. Zachęcam!
Co zwinniejsi intelektualnie mogą podjąć z Krajewskim ryzykowną grę i próbować przyłapać go na jakimkolwiek błędzie natury rekonstrukcyjnej. Ale ostrzegam – to udaje się rzadko. Mnie, choć uchodzę za tęgiego kwerulanta i upierdliwego tropiciela, trafiło się dwa razy znaleźć ewidentny błąd. W debiutanckiej „Śmierci w Breslau” policjant Anwaldt zamawia w pociągu flaszkę wódki Baczyńskiego – nie Baczewskiego; freudowska zaiste pomyłka… Zaś we „Władcy liczb” plutonowy na pamiątkowym zdjęciu świeżo po awansie ma cztery belki, a powinien mieć trzy, skoro ten fragment akcji toczy się w latach 50. a dokładniej chyba w 1956…
Mało… Bo Krajewski, budując swój osobliwy, wielotomowy kosmos wrocławsko-lwowski (z wypadem nawet do Darłowa), dobrze się przygotował. Mularz ci z niego znamienity. W pas się kłaniam!
Tomasz Sas
(18 09 2016)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *