Szczepan Twardoch Przemienienie Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 3/5 Zatwardzenie czy rozwolnienie? Kanibalizacji ciąg dalszy… Czyli znów łobuzerski koncept Twardocha: wydanie drugie u nowego wydawcy – przejrzane i poprawione przez autora. Jak przejrzane i na ile poprawione – nie wiadomo. Bo i komu chciałoby się brać obie edycje równolegle na warsztat i porównywać? Dobrze mniemacie – nikomu. Zresztą – po co? By przyłapać autora na szalbierstwie? Wolne żarty. To przecież zabieg całkowicie dozwolony, pod każdym względem: etycznym, prawnym, estetycznym, intelektualnym tudzież ekonomicznym. Dopóki autor prokuruje to sam – własnoręcznie na swój rachunek i pod własnym sztandarem. Twardochowi nieobce są relacje i pomysły biznesowe, więc robi to z wdziękiem i bez cienia konfuzji. Ale pytanie – z jakim skutkiem – mamy prawo postawić zawsze. Z Twardocha jest niezgorszy zdolniacha, więc można się było spodziewać, że po „remoncie” jego „Przemienienie” wyzbędzie się piwnicznej patyny okazjonalnego, tuzinkowego i prowincjonalnego komercyjnego druku sensacyjnego na modny temat sprzed prawie dwudziestu lat – ale dziś nieco zwietrzałego i pretensjonalnego. Począwszy od tytułu… Przemienienie (transfiguratio) w liturgii chrześcijan to ważny akt ziemskiej misji Jezusa, który ludziom (a konkretnie trzem swoim uczniom: Piotrowi, Jakubowi i Janowi) – do tej pory mniemającym, iż On to człowiek,…
Laura Cumming Grom z jasnego niebaPrzełożyła Anna Sak Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Fabritius przez proch w proch obrócony… Powiedzieć, że to cholernie dobra książka – to nic nie powiedzieć. I powiedzieć zarazem wszystko. A przecież to tylko o malarstwie… Wyspecjalizowana i teoretycznie nie dla wszystkich. Bo i to konkretne malarstwo też nie dla wszystkich – choć popularne i powszechnie znane – z jednym z wyższych światowych wskaźników oglądalności. To malarstwo holenderskie. I to wcale nie całe – lecz w określonej epoce: po van Eycku, po Boschu i po wczesnych postaciach z familii Brueglów (osobliwie po Pieterze Starszym). Czyli wiek XVII, zwany przez znawców i badaczy Złotym Wiekiem, będącym w istocie kwintesencją malarstwa holenderskiego jako gatunku, zjawiska, szkoły, idei sztuki – a nawet teorii widzenia. To akurat Malarstwo Holenderskie jest bowiem czymś daleko większym niż megakolekcja obrazów, spojonych czasem i miejscem powstania. To niewątpliwie Zdarzenie, zbiorowy akt twórczy o znaczeniu daleko wykraczającym poza swe terytorium i sens czysto artystyczny. Mam paskudny (bo zapewne mało elegancki) nawyk w obcowaniu z książkami nowymi i dotąd nieznanymi – po prostu na chybił trafił otwieram je gdzieś w środku i czytam od przypadkowego wiersza, który pierwszy wszedł mi przed oczy….
Allegra Goodman IsolaPrzełożyła Monika PopławskaWydawnictwo Literackie, Kraków 2026 Rekomendacja: 5/7Ocena okładki: 3/5 Robinsonada feministyczna Świat jest wyspą. To wiadomo od dawna. Nawet najludniejszy, największy kontynent to też wyspa. W ogóle wszystko jest wyspą – nasze życie, sposób myślenia, wyobraźnia, zasięg wzroku, stan świadomości, przedmioty i obrazy, książki i pamięć… Pamięć zwłaszcza jest wyspą. Choć nie da się narysować jej mapy – bo jest wyspą, lecz w nieustannym ruchu, nie do uchwycenia żadnym pisadłem na papierze, nawet na chybcika patykiem na piasku – ubywa jej i przybywa równocześnie. Zresztą człowiek też jest wyspą – istotą wyspy bowiem jest oddzielność. I samotność, a właściwie odrębność. Nie przypadkiem słowa isola i isolation wspólny mają rdzeń… Nasze metaforyczne wyspy nie są bezludne – tam, gdzie my jesteśmy wyspiarzami, nasza obecność wystarczy, by uczynić je światami zdatnymi do życia. Czasem jednak o prawo do egzystencji na naszej wyspie trzeba powalczyć – nie wystarczy zostawić ślad stopy na piasku. Nie wiem, czy Allegra Goodman ma świadomość wyspy (w sensie „zabudowy” teoretycznej oraz ideowej prozatorskiego pomysłu), ale fenomenalnie spożytkowała osiągnięcia nurtu literatury przygodowej (i nie tylko przygodowej – by rzeczy nie trywializować), który można nazwać roboczo „robinsonadą”. A w istocie – to relacja z przebiegu konfliktu (choć…
Maria Gąsienica-Zawadzka Ostatni smrek Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2026 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Za dużo, za gęsto… Niedobre myśli, które mnie naszły po lekturze poprzedniej książki Maryny z Gąsieniców – czyli „Ciemiężycy” (rekomendacja w tym blogu – 18 lipca 2025 roku) – ze wszystkim nie odeszły, gdy odkładałem „Ostatniego smreka”. Nadal mniemam, iż pisarskie ambicje pani Gąsienicy-Zawadzkiej nie pokrywają się (w sensie: są jednak większe…) z jej czysto intelektualną sprawnością wartkiego, niezakłóconego niczym opowiadania. Skłamałbym wszakże nieżyczliwie, gdybym utrzymywał, iż przez te kilka ostatnich miesięcy jej ambicje i sprawności nie zbliżyły się ku sobie. Bo zbliżyły się wyraźnie – głównie za sprawą doskonalenia prozatorskiej praxis… No cóż – biegłości w konfabulowaniu (w pozytywnym sensie!) pani Gąsienicy odmówić nie można żadną miarą. Pomysł wykreowania góralskiego sprzysiężenia, mającego na celu „odceprzenie”, per fas et nefas, Kościeliska – jednej z najpiękniejszych wsi podtatrzańskich – by przywrócić naturalny porządek rzeczy (znaczy wedle plemiennej, góralskiej woli) i odzyskać rodzime pejzaże – wydaje się być cokolwiek naiwny. Nawet po „uzbrojeniu” intrygi w nieodzowny na Podhalu aspekt ekonomiczny (ech, te dutki…) sprawa nie wygląda szczególnie wiarygodnie. Lecz przecież nie o to chodzi… To kwestia ślebody imaginacyjnej – autorce wolno stworzyć figurę ideowo zmotywowanego autochtona, który chce się…
António Lobo Antunes Karawele Przełożył Wojciech Charchalis Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Kraina wytartych cieni i zgaszonych mitów Grândola, vila morena,Terra da fraternidadeO povo é quem mais ordenaDentro de ti, ó cidade.(pierwsza zwrotka banalnej w sumie piosenki, napisanej i wykonanej w 1971 roku przez portugalskiego barda Jose Afonso; 25 kwietnia 1974 roku 20 minut po północy lizbońskie archidiecezjalne Radio Renascença nadało ją na cały kraj – był to umówiony sygnał do rozpoczęcia wojskowo-lewicowego przewrotu,znanego w historii jako Rewolucja Goździków…) Jeden z najwspanialszych, pokręconych i zuchwałych konceptów fabularnych w dziejach całej literatury światowej właśnie macie przed oczami. Portugalski pisarz António Lobo Antunes (z zawodu lekarz psychiatra, co sporo tłumaczy) i weteran wojny w Angoli – ostatniej wojny kolonialnej reżimu Salazara – wykorzystał Rewolucję Goździków, która jego kraj przeorała do samej gołej calizny, wywalając wszystko na nice, razem z bebechami historii, by rozprawić się z mitami swej ojczyzny, ściągnąć portki z pomników. W tych dniach – a dokładnie 5 marca – 83-letni Antunes zamilkł na zawsze, nie doczekawszy się zasłużonego nade wszystko Nobla (to niestety nie jest jedyne zaniechanie, które obciąża sumienia szwedzkich akademików, ale za to wyjątkowo bolesne…). Szkoda – ale coś ważnego do przeczytania…
Jack Weatherford Czyngis Chan Przełożyła Dorota Kozińska Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Imperium rządzone z siodła i pod buńczukiem Widok z okien wagonów kolei transsyberyjskiej (po opuszczeniu strefy Bajkału) na odcinku z Ułan-Ude do Czyty i dalej ku Birobidżanowi należy do najmniej ekscytujących na świecie – dwa dni przez pusty, prawie bezleśny step (całe szczęście, że nie wyłącznie płaski jak stół; górki nawet spore i miłe dla oka tu i ówdzie się trafiają…). Czasem po drodze (raczej umownej) obok toru telepie się stara buchanka, wzniecając tumany kurzu, czasem człapie jeździec na koniu, w kazionnej kufajce i czapie ze zwisającym szpicem – to miejscowy Buriat podąża gdzieś, za swoimi sprawami… Co pięćdziesiąt wiorst mniej więcej stacyjka-mijanka, podobna do poprzedniej (i następnej), okolona fantazyjnym złomowiskiem żelaznych resztek po gospodarce planowej komunistycznego raju. Czasem rzeczka bystra się trafi, płynąca szparko na północ. Ale w sumie – pa dikim stiepiam Zabajkalja… Kilkaset (góra trzysta…) kilometrów na południe od tej drogi, w okolicznościach przyrody w zasadzie identycznych, tyle że już za granicami krainy buriackiej, w Mongolii, w miejscu między rzeką Onon a rzeką Kerulen– w stepie takim samym, jak ten zabajkalski – w roku 1162 (prawdopodobnie, nie na pewno…), czyli…
József Debreczeni Zimne krematorium Przełożył Daniel Warmuz Wydawnictwo Filia, Poznań 2025 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 …kominy zaciągnięte na wartę… Literaturę światową zalewa tsunami Holokiczu, tej osobliwej odnogi popkultury, która za cel obrała eksploatowanie (komercyjne, dla zarobku) bolesnej kwestii Zagłady. Dlaczego? Skąd legiony pisarczyków-grafomanów czerpią niezachwianą pewność, że są potrzebni literaturze i publiczności, czemu twierdzą, że mają klucz do serc czytelników? Co zresztą może polegać na prawdzie, gdy się zważy wydawnicze sukcesy i obroty (w sensie finansowym) holokiczowców? Skąd się bierze rynkowe zapotrzebowanie na tandetę niby z gett, kacetów, krematoriów? Dlaczego publika łyka bez oporu ewidentne fałszerstwa historyczne i bajdy bez najmniejszych choćby oznak prawdopodobieństwa? Nie wiem. To trzeba byłoby wnikliwie zbadać – z udziałem historyków, socjologów, antropologów kultury, psychologów i psychiatrów. Intuicja wszelako podpowiada mi, że chodzić może o niezaspokojony na innej drodze instynkt uczestnictwa – choćby zdalnego, imaginacyjnego – w koszmarze, który niekoniecznie i nie zawsze źle się kończy. A krematoryjne tło swą brutalną jednoznacznością wydatnie przecież wzmaga emocje pierwszoplanowej intrygi – na ogół romansowej… W każdym razie literatura ze słowem Auschwitz w tytule i pasiakiem na okładce sprzedaje się dwa razy szybciej i goręcej niż teksty równie durne i bezczelne, ale pozbawione miana Auschwitzu na czele… Czemu?…
Marek Krajewski Głos z piekła Wydawnictwo Znak, Kraków 2025 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Demon też człowiek… Archipelag ksiąg grozy i zagadek, sporządzany przez mistrza Marka, wciąż jest in statu nascendi, ale tempo przyrostu wyraźnie przyspiesza. Różnorodność gatunkowa też się zagęszcza. Dwa równoległe „twory” prozatorskie – Łańcuch Mocka i Wyspy Popielskie – rosną mniej więcej jednakowo, wypiętrzając się w rytmie zaburzeń tektonicznych dna; gdzieś na uboczu zaległy trzy (na razie zapewne) wysepki o innej proweniencji – ładne i nieszkodliwe. A insularny Łańcuch Mocka nabrzmiał gdzieś stronami i tak począł się prawdziwy spin-off, czyli poboczny wątek koralowych atoli Herberta Anwaldta (dotychczas jedna, ale pewnie przyrośnie ich więcej). Koordynatów nie podaję – niech się o dane do nawigacji martwią wydawcy. Ważne jest, że przygody Herberta Anwaldta otwierają nowe możliwości penetracyjne dla prozy Krajewskiego – a to z uwagi na wykształcenie, pewne osobiste predyspozycje i publiczny kontekst egzystowania wykreowanej pieczołowicie figury młodego adepta psychiatrii. Nasz ulubiony autor, wyraźnie w tej chwili skręcający od rekonstrukcyjnej powieści kryminalnej ku prozie grozy, horroru i epatowania wywalonymi na wierzch bebechami – oczywiście łapie mocny wiatr w żagle. I szparko nawiguje w stronę złowieszczej literatury koszmaru. Ile w tym jest autentycznej potrzeby ducha, a ile zadęcia pour épater…
Igor Brejdygant Zemsta Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2025 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 2/5 Brzytwa Ockhama Na stacji Poroże Długie,gdzieś w biłgorajskim powiecie,familii niejakich Wronkówkiepsko się wiodło na świecie…(swobodna dość przeróbka poematu o Piotrze Płaksiniepióra Juliana Tuwima) Czy już mówiłem, że Igor Brejdygant niezłym pisarzem jest? Na pewno – przecież piszę o nim już piąty raz, rekomendując jego książki, więc nie mogłem tego nie zauważyć. No więc repeto – Igor Brejdygant niezłym jest pisarzem, a właściwie to dobrym ponad przeciętną miarę krajową. Na pewno w ścisłej czołówce się mieści. Napisał i wydał jedenaście powieści kryminalnych i sensacyjnych, a według jego scenariuszy zrealizowano dwanaście filmów i seriali. Nie ma w tym dorobku żadnego seryjnego, grafomańskiego chłamu, żadnej masówki dla ćwierćinteligentów – jeno sama rozrywka na najwyższym poziomie. Igor Brejdygant – wyróżniając się w ten sposób z tłumu osobników płci obojga, zarobkujących na dostarczaniu byle jakiego thrillerowatego „kontentu” na chłonny rynek książki i telewizji – to mistrz kreacji, iluzjonista suspensu i wybitny architekt formy oraz znawca tego osobliwego języka, który występuje w dorzeczu Wisły i Odry pod nazwą „polski”. Lektura jego tekstów to czysta przyjemność! Nachwaliwszy się Brejdyganta (ale nie ponadmiarowo, jak mniemam) w tej niewymuszonej (nikt mi glocka w żebra nie wciskał),…
Giles Milton Sprawa Stalina Przełożył Marek FedyszakWydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Piękna Kasia i jej mądry tatuś w krainie dzikusów Wczesną wiosną 1941 roku sprawy brytyjskiego imperium szły dość kiepsko. Euforia (skądinąd zresztą dość ostrożna) po odparciu w letnio-jesiennej (1940) Bitwie o Anglię ofensywy Luftwaffe, która miała utorować bezpieczną drogę do inwazji Wehrmachtu na Wyspy, minęła; zresztą bombowce Göringa nadal nieustannie atakowały Londyn. U-booty na Atlantyku zatapiały coraz więcej statków z zaopatrzeniem. W Afryce Północnej nieudolnych Włochów skutecznie wsparły niemieckie jednostki pancerne Afrikakorps, dowodzone przez generała Erwina Rommla. W kontynentalnej Europie Hitler już nie miał liczących się przeciwników – zresztą Jugosławię i Grecję niebawem błyskawicznie pokonał; a na wschodzie… Na wschodzie panował spokój, zaś komunistyczne mocarstwo Stalina skrupulatnie wypełniało postanowienia paktu o nieagresji z III Rzeszą. Na dalszym Wschodzie – no cóż, wywiad i analitycy sytuacji wojennej donosili, że Japończycy coś kombinują. Wojnę z Hitlerem Brytyjczycy toczyli w zasadzie samotnie, chociaż powoli mobilizowali siły i zasoby imperialne – z Kanady, Indii, Australii i Południowej Afryki przede wszystkim. Ale o przełomie w wojnie mowy być nie mogło; w grę wchodziło raczej ofiarne powstrzymywanie rozpędzonego przeciwnika i wspomagane dyplomacją oczekiwanie na rozwój wypadków. Premier wojennego gabinetu…
William Dalrymple Złoty Szlak Przełożyła Berenika Janczarska Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Świat jest drogą… 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 0… Ten ciąg znamy jako cyfry (wtedy, gdy są graficznymi przedstawieniami używanych w systemie liczenia znaków) lub liczby (gdy są oznaczeniami wartości i pozycji w systemie liczenia) arabskie. W nazwie kryje się oczywiście wyraźna sugestia pochodzenia matematycznego systemu dziesiętnego – z Arabii mianowicie, czemu zresztą nie przeczył znamienity propagator systemu – włoski uczony matematyk Leonardo z Pizy, znany powszechnie jako Fibonacci (czyli syn rodu Bonaccich). Jego dzieło „Liber Abaci”, kopiowane masowo i cieszące się estymą kupców i bankierów, w pewnym sensie zrewolucjonizowało księgowość i w ogóle praktykę posługiwania się liczbami (a tzw. ciąg Fibonacciego – 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21 itd… – to kamień milowy zastosowań matematyki jako takiej). Ale Fibonacci raczej nie wiedział, że jego arabscy nauczyciele i mentorzy są tylko… pośrednikami, a tak naprawdę system liczenia dziesiętnego powstał dużo wcześniej (zanim Arabowie – wyznawcy Allaha i jego proroka Mahometa, wyłonili się z piasków pustyni bliskowschodniej i zaczęli cokolwiek znaczyć) oraz parę tysięcy mil dalej na wschód – w żyznych dolinach rzek Indusu, Gangesu i Brahmaputry,…
Cezary Łazarewicz Na Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2024 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego… Doświadczenie historyczne poucza, że z każdych trzech opozycyjnie ukierunkowanych kumpli z krakowskiej studenterii lat siedemdziesiątych – jeden nie żyje, drugi popadł w ideologiczną dewocję i fiksację, a trzeci był agentem bezpieki… Smutną tę konstatację poczyniwszy, usiłuję dociec, czemu Cezary Łazarewicz postanowił książkę całą (i do tego wielce absorbującą) napisać o tak zwanej sprawie Pyjasa. Odpowiedź wydaje się oczywista – bo to wciąż ciekawa sprawa jest, i wciąż nierozstrzygnięta definitywnie. Ta druga konstatacja ma charakter mniejszościowy – bo znakomita większość ludzi, którzy w ogóle pamiętają, o co w tej sprawie chodziło, uważa bez wątpliwości, że to zbrodnia esbecka była. I już. Przekonanie jest tak silne, że nie dopuszcza się jakiejkolwiek myśli odmiennej, wątpiącej czy nadal poszukującej. Cień choćby wątpliwości dyskwalifikuje obywatelsko i towarzysko – bo to fundamentalna kwestia jest, najważniejszy mit założycielski antykomunistycznej opozycji krakowskiej i jej wyznanie wiary – ważne do dziś. A kapłanem najwyższym tej wiary jest Bronisław W. – czyli jeden z takich typowych „trzech”. Zgadnijcie – który? W takim klimacie i w takim otoczeniu, w jednoznacznie ustawionych, krzykliwych dekoracjach i pejzażach…
