Czynnik alchemiczny
esej podróżniczy , gawęda , polecam / 16 czerwca 2026

Tomasz Stawiszyński  Czynnik alchemiczny Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Wyspa Heisenberga Gdziekolwiek w świecie bywałem (już nie bywam – szlaban zdrowotny…), starałem się uzupełniać zapotrzebowanie organizmu na pokarm, niezbędny do podtrzymania procesów życiowych – wyłącznie korzystając z lokalnych zasobów, produktów i ofert tubylczej gastronomii. Programowo więc żadnych „europejskich śniadań”, żadnych burgerów i zafoliowanych kanapek (wyjąwszy może „przymusową” ofertę linii lotniczych; na dziesięciu tysiącach metrów nie da się zmienić lokalu…). Dzięki temu kolekcja moich wrażeń smakowo-estetycznych przetrwała w pamięci jako bogata i nie do wymazania, na zawsze powiązana z konkretnymi koordynatami topograficznymi… Jak te fenomenalne escargots w paryskim bistro „Cheval noir” na rue des Mathurins przy Operze Garniera. Jak owoce morza, którymi dożywiałem się wieczorami w Seulu – w rozstawianych na chodnikach improwizowanych knajpkach-namiocikach na wyspie Yoido. Jak poranna kawa z tygielka na skwerku przy bulwarze Rustawelego w Tbilisi. Jak ostrygi serwowane półtuzinami prosto z wody (z drobną obróbką) w Fort William. Jak pielmieni z kwaśną śmietaną w budce na bazarze Besarabskim w Kijowie. Jak grecka zupa rybna (de facto rosół z labraksa) w knajpce na nabrzeżu portu w Nauplion. I wiele, wiele innych, dobrze zapamiętanych doznań. W sumie nic wykwintnego – żadne micheliny, żadne gaulty&millau’y….

Bitwa na Morzu Koralowym
monografia historyczna , polecam / 11 czerwca 2026

Michał A. PiegzikBitwa na Morzu KoralowymWydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Banzai, banzai, banzai!? Buntaicho za sterami kambaku… Chutai kanko szuka CV… MO Kido Butai wysyła meldunki kiboteki kansoku, a 5. Koku Sentai nie chce być dłużej mekake no ko… Bez specjalnego słownika lektura dzieła doktora Piegzika, profesora z Yokohamy, nie jest możliwa. Zagęszczenie japońskiej terminologii wymaga nieustannego konfrontowania tekstu z zestawieniami skrótów, nazw i definicji taktycznych Nippon Kaigun (zgadujecie, co to jest?). Na szczęście autor zamieszcza stosowne słowniczki i objaśnienia na początku i na końcu opasłego tomiska „Bitwy…” – co i tak sprawia fizyczny ból w trakcie lektury i wygląda nieco – hm, minoderyjnie. Doktor Piegzik szafuje bowiem swą znajomością języka nihongo bez umiarkowania i ponad potrzebę (jakby nigdy nie słyszał o Ockhamie i jego brzytwie). Nawet założenie (skądinąd zasadne i chwalebne), iż w swej monografii doktor Piegzik prezentuje głównie japoński punkt widzenia i wytworzone przez tamtejsze sztaby dokumenty, raporty oraz relacje uczestników, słabo usprawiedliwia językowe rozpasanie autora. I nie jest dowodem jakiegoś wtajemniczenia rzekomo wyższego rzędu, jeno przykładem dziarskiego… nieliczenia się z obciążeniami i przyzwyczajeniami czytelnika. Ale pominąwszy ten japoński zgrzyt językowy, zauważyć należy, iż mamy do czynienia z doskonałą monografią bitwy morskiej –…

Droga krwi

Marek Krajewski  Droga krwi Wydawnictwo Znak, Kraków 2026 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Umowa promocyjna Mistrz wreszcie w formie! Odnalazł – jak się wydaje – właściwą ścieżkę i odpowiedni kierunek dla swej prozy. Niekwestionowany z niego lider kryminału rekonstrukcyjnego (a może lepiej nazwać: historycznego), klasyk gatunku, mistrz horroru i psychiatrycznego thrillera, wybitny twórca fenomenalnie zmajstrowanych postaci głównych bohaterów swych narracji – a przy tym pisarz zdumiewająco pracowity – od debiutu w 1999 roku wydał drukiem ponad trzydzieści pozycji, które można zaliczyć do pełnoprawnych dzieł w gatunku kryminalno-sensacyjnym. Kolekcja książek Krajewskiego (sam posiadam bodajże wszystkie) to zaiste must have każdego poważnego miłośnika i badacza tego typu literatury oraz wszystkich, których teksty takie cieszą i bawią. Ale nie roszczących sobie pretensji do naukowego niemalże znawstwa… Wielkość Krajewskiego nie polega tylko na samej umiejętności prowokowania, rozniecania dobrej zabawy literackiej – ani na mistrzowskiej, drobiazgowej i wiarygodnej rekonstrukcji historycznej. Wielkość Krajewskiego to zdolność kreowania kompletnych, pełnokrwistych bohaterów pierwszego planu narracyjnego (ale nie tylko; zdarzają mu się epizody wykoncypowane i wykonane ze starannością godną protagonistów pierwszorzędnych). Znakomita większość autorów powieści kryminalnych i thrillerów sensacyjnych polega na nośnym, dającym wielkie możliwości interpretacyjne pomyśle „seryjnego” (ale nie zabójcy). Chodzi o bohatera, o „podmiot liryczny” fabularnych historii, których…

W

Igor Štiks  W Przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić Noir sur Blanc Rekomendacja: 4/7Ocena okładki: 3/5 Nowa Szecherezada bałkańska Koncept fabularny znany w kręgach twórców i odbiorców literatury sensacyjnej: nieuchwytny, atrakcyjny medialnie, legendarny terrorysta (albo zawodowy zabójca) – groźny i zarazem sympatyczny. A naprzeciw: zmęczony, nieustępliwy, obsesyjnie zmotywowany agent służb specjalnych. Anegdota w sam raz na warsztat Forsytha, Ludluma, le Carre’a, Clancy’ego, Seversky’ego, a nawet Kinga… I każdego innego z czołowej setki autorów światowego nurtu tej prozy. Czemu? Bo to dobry pomysł – obfitujący w setki wariantów poprowadzenia narracji, niosący nieograniczone wręcz możliwości kreacyjne postaci (nie tylko głównych antagonistów), niczym nie limitujący wyobraźni w konstruowaniu didaskaliów i dekoracji. Zresztą przypomnijcie sobie klasyczny „Dzień Szakala” Forsytha i wielką karierę tego tekstu. W gatunku sensacyjnego thrillera doprawdy nic lepszego nie wymyślono. Na szczęście próby dogonienia tamtego ideału trwają, autorzy się nie zniechęcają, dzięki czemu mamy co czytać z tego obficie i obiecująco plonującego gatunkowego poletka. Ale co aż tak atrakcyjnego tkwi w tym fabularnym schemaciku, iż sequele przyrastają mu w postępie dyktowanym co najmniej przez ciąg Fibonacciego (pamiętacie: każda kolejna liczba ciągu jest sumą dwóch poprzednich…)? No cóż – da się w tym upchnąć mnóstwo atrakcyjnego literacko towaru prozatorskiego – ze szczególnym uwzględnieniem profilowania…

Maj 1926. Zamach, którego miało nie być

Andrzej Chwalba  Maj 1926. Zamach, którego miało nie być Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 …w zwycięstwach zaprawione szable Dokumentalnie wiadomo wszystko. Kto, kiedy, gdzie i do kogo strzelał. Kto jaki rozkaz wydał, kto rozkazu nie wydał. Komu puściły nerwy, kto uniósł się honorem. Kto i co komu powiedział. Kto ofiary uszanował, kto przeprosił, kto z triumfem przesadził, kto się przyłączył, kto palnął sobie w łeb… Ale dlaczego? Motywy giną w chaosie, wrzasku, w polemicznych kawalkadach i szarżach, w subiektywnych – ba, narcystycznych zgoła – komentarzach i glosach. Znana od tysiącleci i gorzka co do swej istoty zasada, iż historię piszą zwycięzcy – i w tym przypadku dowiodła swej prawdziwej natury… Ale to tkwiące w przestrzeni publicznej celne i przenikliwe „dlaczego” wbiło się cierniem w całą historię tzw. zamachu majowego. Nie tylko ofiary zasługiwały na wyjaśnienia, nie tylko zwycięzcy chcieli wiedzieć, w czym właściwie brali udział i na czyją rzecz, nie tylko postronnym obywatelom należało się tłumaczenie – takie najprostsze: co się właściwie stało. To przede wszystkim Historia domagała się Prawdy, zaś Prawo oczekiwało skutecznej egzekucji (nie w sensie szubienic oraz plutonów szkolonych do strzelania salwami) – czyli wymuszenia poszanowania dla konstytucyjnych norm życia państwowego. Myślicie, że…

Kto sieje wiatr
kryminał , polecam / 25 kwietnia 2026

Donna Leon  Kto sieje wiatr Przełożyła Małgorzata Kaczarowska Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 4/5 Ostatnie słowo należy do psa… Gwałtowna (a więc prawdopodobnie zbrodnicza) śmierć „obcego” w obrębie weneckiej laguny zawsze budzi niepokój wśród weneckiego establishmentu polityczno-socjalnego. Czemu? To proste. Ze względu na swoje interesy i powiązania wspomniany establishment nade wszystko ceni sobie dyskrecję i święty spokój. I ciszę… A tymczasem zbrodnia (z udziałem „obcego” w roli ofiary) na bank przyciągnie uwagę mediów, a za nią – zainteresowanie wyższych (czytaj: stołecznych) czynników politycznych i policyjnych. Po co nam to? Toteż gdy przypadek gwałtownej śmierci dotyczy zarobkowego imigranta z Dalekiego Wschodu, politycznego uciekiniera z Bliskiego Wschodu czy zwykłego vu cumpre – sprzedawcę podróbek z Afryki, lokalna policja – jeśli nie uda się sprawy zamieść pod dywan – stara się mieć kwity i raporty z czynności w największym porządku, na wypadek niezdrowego, ale prawdopodobnego zainteresowania „siły wyższej” czyli mediów i polityków… Tak, przynajmniej według opinii Donny Leon (moim zdaniem nie odbiegającej zanadto od prawdy), wygląda sytuacja polityczna wokół gwałtownych zgonów (ze śladami udziału osób trzecich) obcokrajowców, nawet gdy są nic nieznaczącymi emigrantami z dalekiej Azji czy Afryki. Na szczęście tym razem Donna Leon nie przyłożyła należytej uwagi…

Przemienienie
polecam , thriller sensacyjny / 16 kwietnia 2026

Szczepan Twardoch  Przemienienie Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 3/5 Zatwardzenie czy rozwolnienie? Kanibalizacji ciąg dalszy… Czyli znów łobuzerski koncept Twardocha: wydanie drugie u nowego wydawcy – przejrzane i poprawione przez autora. Jak przejrzane i na ile poprawione – nie wiadomo. Bo i komu chciałoby się brać obie edycje równolegle na warsztat i porównywać? Dobrze mniemacie – nikomu. Zresztą – po co? By przyłapać autora na szalbierstwie? Wolne żarty. To przecież zabieg całkowicie dozwolony, pod każdym względem: etycznym, prawnym, estetycznym, intelektualnym tudzież ekonomicznym. Dopóki autor prokuruje to sam – własnoręcznie na swój rachunek i pod własnym sztandarem. Twardochowi nieobce są relacje i pomysły biznesowe, więc robi to z wdziękiem i bez cienia konfuzji. Ale pytanie – z jakim skutkiem – mamy prawo postawić zawsze. Z Twardocha jest niezgorszy zdolniacha, więc można się było spodziewać, że po „remoncie” jego „Przemienienie” wyzbędzie się piwnicznej patyny okazjonalnego, tuzinkowego i prowincjonalnego komercyjnego druku sensacyjnego na modny temat sprzed prawie dwudziestu lat – ale dziś nieco zwietrzałego i pretensjonalnego. Począwszy od tytułu… Przemienienie (transfiguratio) w liturgii chrześcijan to ważny akt ziemskiej misji Jezusa, który ludziom (a konkretnie trzem swoim uczniom: Piotrowi, Jakubowi i Janowi) – do tej pory mniemającym, iż On to człowiek,…

Grom z jasnego nieba

Laura Cumming  Grom z jasnego niebaPrzełożyła Anna Sak Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Fabritius przez proch w proch obrócony… Powiedzieć, że to cholernie dobra książka – to nic nie powiedzieć. I powiedzieć zarazem wszystko. A przecież to tylko o malarstwie… Wyspecjalizowana i teoretycznie nie dla wszystkich. Bo i to konkretne malarstwo też nie dla wszystkich – choć popularne i powszechnie znane – z jednym z wyższych światowych wskaźników oglądalności. To malarstwo holenderskie. I to wcale nie całe – lecz w określonej epoce: po van Eycku, po Boschu i po wczesnych postaciach z familii Brueglów (osobliwie po Pieterze Starszym). Czyli wiek XVII, zwany przez znawców i badaczy Złotym Wiekiem, będącym w istocie kwintesencją malarstwa holenderskiego jako gatunku, zjawiska, szkoły, idei sztuki – a nawet teorii widzenia. To akurat Malarstwo Holenderskie jest bowiem czymś daleko większym niż megakolekcja obrazów, spojonych czasem i miejscem powstania. To niewątpliwie Zdarzenie, zbiorowy akt twórczy o znaczeniu daleko wykraczającym poza swe terytorium i sens czysto artystyczny. Mam paskudny (bo zapewne mało elegancki) nawyk w obcowaniu z książkami nowymi i dotąd nieznanymi – po prostu na chybił trafił otwieram je gdzieś w środku i czytam od przypadkowego wiersza, który pierwszy wszedł mi przed oczy….

Isola

Allegra Goodman   IsolaPrzełożyła Monika PopławskaWydawnictwo Literackie, Kraków 2026 Rekomendacja: 5/7Ocena okładki: 3/5 Robinsonada feministyczna Świat jest wyspą. To wiadomo od dawna. Nawet najludniejszy, największy kontynent to też wyspa. W ogóle wszystko jest wyspą – nasze życie, sposób myślenia, wyobraźnia, zasięg wzroku, stan świadomości, przedmioty i obrazy, książki i pamięć… Pamięć zwłaszcza jest wyspą. Choć nie da się narysować jej mapy – bo jest wyspą, lecz w nieustannym ruchu, nie do uchwycenia żadnym pisadłem na papierze, nawet na chybcika patykiem na piasku – ubywa jej i przybywa równocześnie. Zresztą człowiek też jest wyspą – istotą wyspy bowiem jest oddzielność. I samotność, a właściwie odrębność. Nie przypadkiem słowa isola i isolation wspólny mają rdzeń… Nasze metaforyczne wyspy nie są bezludne – tam, gdzie my jesteśmy wyspiarzami, nasza obecność wystarczy, by uczynić je światami zdatnymi do życia. Czasem jednak o prawo do egzystencji na naszej wyspie trzeba powalczyć – nie wystarczy zostawić ślad stopy na piasku. Nie wiem, czy Allegra Goodman ma świadomość wyspy (w sensie „zabudowy” teoretycznej oraz ideowej prozatorskiego pomysłu), ale fenomenalnie spożytkowała osiągnięcia nurtu literatury przygodowej (i nie tylko przygodowej – by rzeczy nie trywializować), który można nazwać roboczo „robinsonadą”. A w istocie – to relacja z przebiegu konfliktu (choć…

Karawele
historia , polecam , proza rozliczeniowa / 14 marca 2026

António Lobo Antunes Karawele Przełożył Wojciech Charchalis Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Kraina wytartych cieni i zgaszonych mitów Grândola, vila morena,Terra da fraternidadeO povo é quem mais ordenaDentro de ti, ó cidade.(pierwsza zwrotka banalnej w sumie piosenki, napisanej i wykonanej w 1971 roku przez portugalskiego barda Jose Afonso; 25 kwietnia 1974 roku 20 minut po północy lizbońskie archidiecezjalne Radio Renascença nadało ją na cały kraj – był to umówiony sygnał do rozpoczęcia wojskowo-lewicowego przewrotu,znanego w historii jako Rewolucja Goździków…) Jeden z najwspanialszych, pokręconych i zuchwałych konceptów fabularnych w dziejach całej literatury światowej właśnie macie przed oczami. Portugalski pisarz António Lobo Antunes (z zawodu lekarz psychiatra, co sporo tłumaczy) i weteran wojny w Angoli – ostatniej wojny kolonialnej reżimu Salazara – wykorzystał Rewolucję Goździków, która jego kraj przeorała do samej gołej calizny, wywalając wszystko na nice, razem z bebechami historii, by rozprawić się z mitami swej ojczyzny, ściągnąć portki z pomników. W tych dniach – a dokładnie 5 marca – 83-letni Antunes zamilkł na zawsze, nie doczekawszy się zasłużonego nade wszystko Nobla (to niestety nie jest jedyne zaniechanie, które obciąża sumienia szwedzkich akademików, ale za to wyjątkowo bolesne…). Szkoda – ale coś ważnego do przeczytania…

Zimne krematorium
esej autobiograficzny , polecam , reportaż / 16 lutego 2026

József Debreczeni  Zimne krematorium Przełożył Daniel Warmuz Wydawnictwo Filia, Poznań 2025 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 …kominy zaciągnięte na wartę… Literaturę światową zalewa tsunami Holokiczu, tej osobliwej odnogi popkultury, która za cel obrała eksploatowanie (komercyjne, dla zarobku) bolesnej kwestii Zagłady. Dlaczego? Skąd legiony pisarczyków-grafomanów czerpią niezachwianą pewność, że są potrzebni literaturze i publiczności, czemu twierdzą, że mają klucz do serc czytelników? Co zresztą może polegać na prawdzie, gdy się zważy wydawnicze sukcesy i obroty (w sensie finansowym) holokiczowców? Skąd się bierze rynkowe zapotrzebowanie na tandetę niby z gett, kacetów, krematoriów? Dlaczego publika łyka bez oporu ewidentne fałszerstwa historyczne i bajdy bez najmniejszych choćby oznak prawdopodobieństwa? Nie wiem. To trzeba byłoby wnikliwie zbadać – z udziałem historyków, socjologów, antropologów kultury, psychologów i psychiatrów. Intuicja wszelako podpowiada mi, że chodzić może o niezaspokojony na innej drodze instynkt uczestnictwa – choćby zdalnego, imaginacyjnego – w koszmarze, który niekoniecznie i nie zawsze źle się kończy. A krematoryjne tło swą brutalną jednoznacznością wydatnie przecież wzmaga emocje pierwszoplanowej intrygi – na ogół romansowej… W każdym razie literatura ze słowem Auschwitz w tytule i pasiakiem na okładce sprzedaje się dwa razy szybciej i goręcej niż teksty równie durne i bezczelne, ale pozbawione miana Auschwitzu na czele… Czemu?…

Głos z piekła

Marek Krajewski  Głos z piekła Wydawnictwo Znak, Kraków 2025 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Demon też człowiek… Archipelag ksiąg grozy i zagadek, sporządzany przez mistrza Marka, wciąż jest in statu nascendi, ale tempo przyrostu wyraźnie przyspiesza. Różnorodność gatunkowa też się zagęszcza. Dwa równoległe „twory” prozatorskie – Łańcuch Mocka i Wyspy Popielskie – rosną mniej więcej jednakowo, wypiętrzając się w rytmie zaburzeń tektonicznych dna; gdzieś na uboczu zaległy trzy (na razie zapewne) wysepki o innej proweniencji – ładne i nieszkodliwe. A insularny Łańcuch Mocka nabrzmiał gdzieś stronami i tak począł się prawdziwy spin-off, czyli poboczny wątek koralowych atoli Herberta Anwaldta (dotychczas jedna, ale pewnie przyrośnie ich więcej). Koordynatów nie podaję – niech się o dane do nawigacji martwią wydawcy. Ważne jest, że przygody Herberta Anwaldta otwierają nowe możliwości penetracyjne dla prozy Krajewskiego – a to z uwagi na wykształcenie, pewne osobiste predyspozycje i publiczny kontekst egzystowania wykreowanej pieczołowicie figury młodego adepta psychiatrii. Nasz ulubiony autor, wyraźnie w tej chwili skręcający od rekonstrukcyjnej powieści kryminalnej ku prozie grozy, horroru i epatowania wywalonymi na wierzch bebechami – oczywiście łapie mocny wiatr w żagle. I szparko nawiguje w stronę złowieszczej literatury koszmaru. Ile w tym jest autentycznej potrzeby ducha, a ile zadęcia pour épater…