Jack Weatherford Czyngis Chan Przełożyła Dorota Kozińska Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Imperium rządzone z siodła i pod buńczukiem Widok z okien wagonów kolei transsyberyjskiej (po opuszczeniu strefy Bajkału) na odcinku z Ułan-Ude do Czyty i dalej ku Birobidżanowi należy do najmniej ekscytujących na świecie – dwa dni przez pusty, prawie bezleśny step (całe szczęście, że nie wyłącznie płaski jak stół; górki nawet spore i miłe dla oka tu i ówdzie się trafiają…). Czasem po drodze (raczej umownej) obok toru telepie się stara buchanka, wzniecając tumany kurzu, czasem człapie jeździec na koniu, w kazionnej kufajce i czapie ze zwisającym szpicem – to miejscowy Buriat podąża gdzieś, za swoimi sprawami… Co pięćdziesiąt wiorst mniej więcej stacyjka-mijanka, podobna do poprzedniej (i następnej), okolona fantazyjnym złomowiskiem żelaznych resztek po gospodarce planowej komunistycznego raju. Czasem rzeczka bystra się trafi, płynąca szparko na północ. Ale w sumie – pa dikim stiepiam Zabajkalja… Kilkaset (góra trzysta…) kilometrów na południe od tej drogi, w okolicznościach przyrody w zasadzie identycznych, tyle że już za granicami krainy buriackiej, w Mongolii, w miejscu między rzeką Onon a rzeką Kerulen– w stepie takim samym, jak ten zabajkalski – w roku 1162 (prawdopodobnie, nie na pewno…), czyli…
József Debreczeni Zimne krematorium Przełożył Daniel Warmuz Wydawnictwo Filia, Poznań 2025 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 …kominy zaciągnięte na wartę… Literaturę światową zalewa tsunami Holokiczu, tej osobliwej odnogi popkultury, która za cel obrała eksploatowanie (komercyjne, dla zarobku) bolesnej kwestii Zagłady. Dlaczego? Skąd legiony pisarczyków-grafomanów czerpią niezachwianą pewność, że są potrzebni literaturze i publiczności, czemu twierdzą, że mają klucz do serc czytelników? Co zresztą może polegać na prawdzie, gdy się zważy wydawnicze sukcesy i obroty (w sensie finansowym) holokiczowców? Skąd się bierze rynkowe zapotrzebowanie na tandetę niby z gett, kacetów, krematoriów? Dlaczego publika łyka bez oporu ewidentne fałszerstwa historyczne i bajdy bez najmniejszych choćby oznak prawdopodobieństwa? Nie wiem. To trzeba byłoby wnikliwie zbadać – z udziałem historyków, socjologów, antropologów kultury, psychologów i psychiatrów. Intuicja wszelako podpowiada mi, że chodzić może o niezaspokojony na innej drodze instynkt uczestnictwa – choćby zdalnego, imaginacyjnego – w koszmarze, który niekoniecznie i nie zawsze źle się kończy. A krematoryjne tło swą brutalną jednoznacznością wydatnie przecież wzmaga emocje pierwszoplanowej intrygi – na ogół romansowej… W każdym razie literatura ze słowem Auschwitz w tytule i pasiakiem na okładce sprzedaje się dwa razy szybciej i goręcej niż teksty równie durne i bezczelne, ale pozbawione miana Auschwitzu na czele… Czemu?…
Marek Krajewski Głos z piekła Wydawnictwo Znak, Kraków 2025 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Demon też człowiek… Archipelag ksiąg grozy i zagadek, sporządzany przez mistrza Marka, wciąż jest in statu nascendi, ale tempo przyrostu wyraźnie przyspiesza. Różnorodność gatunkowa też się zagęszcza. Dwa równoległe „twory” prozatorskie – Łańcuch Mocka i Wyspy Popielskie – rosną mniej więcej jednakowo, wypiętrzając się w rytmie zaburzeń tektonicznych dna; gdzieś na uboczu zaległy trzy (na razie zapewne) wysepki o innej proweniencji – ładne i nieszkodliwe. A insularny Łańcuch Mocka nabrzmiał gdzieś stronami i tak począł się prawdziwy spin-off, czyli poboczny wątek koralowych atoli Herberta Anwaldta (dotychczas jedna, ale pewnie przyrośnie ich więcej). Koordynatów nie podaję – niech się o dane do nawigacji martwią wydawcy. Ważne jest, że przygody Herberta Anwaldta otwierają nowe możliwości penetracyjne dla prozy Krajewskiego – a to z uwagi na wykształcenie, pewne osobiste predyspozycje i publiczny kontekst egzystowania wykreowanej pieczołowicie figury młodego adepta psychiatrii. Nasz ulubiony autor, wyraźnie w tej chwili skręcający od rekonstrukcyjnej powieści kryminalnej ku prozie grozy, horroru i epatowania wywalonymi na wierzch bebechami – oczywiście łapie mocny wiatr w żagle. I szparko nawiguje w stronę złowieszczej literatury koszmaru. Ile w tym jest autentycznej potrzeby ducha, a ile zadęcia pour épater…
Igor Brejdygant Zemsta Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2025 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 2/5 Brzytwa Ockhama Na stacji Poroże Długie,gdzieś w biłgorajskim powiecie,familii niejakich Wronkówkiepsko się wiodło na świecie…(swobodna dość przeróbka poematu o Piotrze Płaksiniepióra Juliana Tuwima) Czy już mówiłem, że Igor Brejdygant niezłym pisarzem jest? Na pewno – przecież piszę o nim już piąty raz, rekomendując jego książki, więc nie mogłem tego nie zauważyć. No więc repeto – Igor Brejdygant niezłym jest pisarzem, a właściwie to dobrym ponad przeciętną miarę krajową. Na pewno w ścisłej czołówce się mieści. Napisał i wydał jedenaście powieści kryminalnych i sensacyjnych, a według jego scenariuszy zrealizowano dwanaście filmów i seriali. Nie ma w tym dorobku żadnego seryjnego, grafomańskiego chłamu, żadnej masówki dla ćwierćinteligentów – jeno sama rozrywka na najwyższym poziomie. Igor Brejdygant – wyróżniając się w ten sposób z tłumu osobników płci obojga, zarobkujących na dostarczaniu byle jakiego thrillerowatego „kontentu” na chłonny rynek książki i telewizji – to mistrz kreacji, iluzjonista suspensu i wybitny architekt formy oraz znawca tego osobliwego języka, który występuje w dorzeczu Wisły i Odry pod nazwą „polski”. Lektura jego tekstów to czysta przyjemność! Nachwaliwszy się Brejdyganta (ale nie ponadmiarowo, jak mniemam) w tej niewymuszonej (nikt mi glocka w żebra nie wciskał),…
Giles Milton Sprawa Stalina Przełożył Marek FedyszakWydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Piękna Kasia i jej mądry tatuś w krainie dzikusów Wczesną wiosną 1941 roku sprawy brytyjskiego imperium szły dość kiepsko. Euforia (skądinąd zresztą dość ostrożna) po odparciu w letnio-jesiennej Bitwie o Anglię ofensywy Luftwaffe, która miała utorować bezpieczną drogę do inwazji Wehrmachtu na Wyspy, minęła; zresztą bombowce Göringa nadal nieustannie atakowały Londyn. U-booty na Atlantyku zatapiały coraz więcej statków z zaopatrzeniem. W Afryce Północnej nieudolnych Włochów skutecznie wsparły niemieckie jednostki pancerne Afrikakorps, dowodzone przez generała Erwina Rommla. W kontynentalnej Europie Hitler już nie miał liczących się przeciwników – zresztą Jugosławię i Grecję niebawem błyskawicznie pokonał; a na wschodzie… Na wschodzie panował spokój, zaś komunistyczne mocarstwo Stalina skrupulatnie wypełniało postanowienia paktu o nieagresji z III Rzeszą. Na dalszym Wschodzie – no cóż, wywiad i analitycy sytuacji wojennej donosili, że Japończycy coś kombinują. Wojnę z Hitlerem Brytyjczycy toczyli w zasadzie samotnie, chociaż powoli mobilizowali siły i zasoby imperialne – z Kanady, Indii, Australii i Południowej Afryki przede wszystkim. Ale o przełomie w wojnie mowy być nie mogło; w grę wchodziło raczej ofiarne powstrzymywanie rozpędzonego przeciwnika i wspomagane dyplomacją oczekiwanie na rozwój wypadków. Premier wojennego gabinetu Wielkiej…
William Dalrymple Złoty Szlak Przełożyła Berenika Janczarska Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Świat jest drogą… 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 0… Ten ciąg znamy jako cyfry (wtedy, gdy są graficznymi przedstawieniami używanych w systemie liczenia znaków) lub liczby (gdy są oznaczeniami wartości i pozycji w systemie liczenia) arabskie. W nazwie kryje się oczywiście wyraźna sugestia pochodzenia matematycznego systemu dziesiętnego – z Arabii mianowicie, czemu zresztą nie przeczył znamienity propagator systemu – włoski uczony matematyk Leonardo z Pizy, znany powszechnie jako Fibonacci (czyli syn rodu Bonaccich). Jego dzieło „Liber Abaci”, kopiowane masowo i cieszące się estymą kupców i bankierów, w pewnym sensie zrewolucjonizowało księgowość i w ogóle praktykę posługiwania się liczbami (a tzw. ciąg Fibonacciego – 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21 itd… – to kamień milowy zastosowań matematyki jako takiej). Ale Fibonacci raczej nie wiedział, że jego arabscy nauczyciele i mentorzy są tylko… pośrednikami, a tak naprawdę system liczenia dziesiętnego powstał dużo wcześniej (zanim Arabowie – wyznawcy Allaha i jego proroka Mahometa, wyłonili się z piasków pustyni bliskowschodniej i zaczęli cokolwiek znaczyć) oraz parę tysięcy mil dalej na wschód – w żyznych dolinach rzek Indusu, Gangesu i Brahmaputry,…
Cezary Łazarewicz Na Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2024 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego… Doświadczenie historyczne poucza, że z każdych trzech opozycyjnie ukierunkowanych kumpli z krakowskiej studenterii lat siedemdziesiątych – jeden nie żyje, drugi popadł w ideologiczną dewocję i fiksację, a trzeci był agentem bezpieki… Smutną tę konstatację poczyniwszy, usiłuję dociec, czemu Cezary Łazarewicz postanowił książkę całą (i do tego wielce absorbującą) napisać o tak zwanej sprawie Pyjasa. Odpowiedź wydaje się oczywista – bo to wciąż ciekawa sprawa jest, i wciąż nierozstrzygnięta definitywnie. Ta druga konstatacja ma charakter mniejszościowy – bo znakomita większość ludzi, którzy w ogóle pamiętają, o co w tej sprawie chodziło, uważa bez wątpliwości, że to zbrodnia esbecka była. I już. Przekonanie jest tak silne, że nie dopuszcza się jakiejkolwiek myśli odmiennej, wątpiącej czy nadal poszukującej. Cień choćby wątpliwości dyskwalifikuje obywatelsko i towarzysko – bo to fundamentalna kwestia jest, najważniejszy mit założycielski antykomunistycznej opozycji krakowskiej i jej wyznanie wiary – ważne do dziś. A kapłanem najwyższym tej wiary jest Bronisław W. – czyli jeden z takich typowych „trzech”. Zgadnijcie – który? W takim klimacie i w takim otoczeniu, w jednoznacznie ustawionych, krzykliwych dekoracjach i pejzażach…
Łukasz Garbal Wańkowicz. Życie na kraterze Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Jednego takiego tylko mieliśmy… Miałem w swym życiu czytelniczym i zawodowym krótki (to chyba dobrze) okres fascynacji Wańkowiczem – w późnych latach 60. i potem 70. ubiegłego wieku. Seryjnie kupowałem i pochłaniałem tomy dzieł pisarza, wydawane wtedy przez PIW, a gdyby nie serdeczna znajomość, a w zasadzie przyjaźń (dziedziczona z ojca na syna) z najwybitniejszym łódzkim księgarzem tamtej epoki, Janem Gierańczykiem z „Pegaza”, ksiąg znanych pod tytułami „Przez cztery klimaty” oraz „Karafka La Fontaine’a” czy tomiku „Prosto od krowy” pewnie nie mógłbym nabyć nawet spod lady – w trybie wymiany dóbr i usług uchodzących ówcześnie za „metale ziem rzadkich”. Ale uzbierałem wiele – kiedyś policzyłem, że na moich półkach „wańkowicziana” zajmują blisko półtora metra, a dokładnie 148 centymetrów (plus jeszcze kilkadziesiąt centymetrów w ustawianych osobno seriach). Lecz cóż z tego? Kurz zbierają tylko – choć nie wszystkie; często coś w nich sprawdzam – Wańkowicz bowiem zawsze miał porządne indeksy i przypisy, czasem szeroko wykraczające poza ścisłą materię wywodu. A poza wszystkim nie mam już zbyt wiele czasu na powroty do lektur dawnych i ledwo pamiętanych (i to daleko ważniejszych niż mistrzowskie wańkowiczowskie tomiszcza). O co…
Antonio Scurati M. Czas przeznaczenia Przełożyła Alina Pawłowska-ZampinoWydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2025 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 3/5 Śródziemnomorski kolaps dyktatora Z tomu na tom moje mniemanie (od początku skądinąd wysokie) o Scuratim i jego dziele rośnie nieustannie. A „Czas przeznaczenia” już zamienił je w podziw. Oczywiście – wbrew rozpowszechnianym przez autora i jego wydawców (w różnych językach) nie jest to powieść; przymiotem powieści jest bowiem fikcja (wedle klasycznej definicji Goncourtów: ouvrage d’imagination en prose). A tu mamy do czynienia z rzeczywistością udokumentowaną, ze zdarzeniami, które zaistniały naprawdę i mają swoje miejsce w dziejach, z ludźmi autentycznie istniejącymi w swoim czasie, ludźmi, po których zostały niepodważalne ślady materialne. I to, co o nich napisał Scurati, to nie jest pełnoobjawowa fikcja literacka – jeno sama prawda dowiedziona – no, okazjonalnie tylko wspierana fikcyjnymi „dostawkami”, czyli odtworzonymi (tak jak mogłyby brzmieć, ale tego akurat na pewno nie wiadomo) dialogami między „osobami dramatu”, czy zapisanymi refleksjami, myślami bądź sentencjami (o których oczywiście nie wiemy, jak de facto były zwerbalizowane, a nawet czy w ogóle zostały sformułowane przez kogokolwiek; natomiast autor tak tylko je wstawiał w tekst dla jasności przekazu bądź samej urody wywodu). Toteż pomieszczone na okładce słowo „powieść” pozwalam sobie zignorować – zapewne…
Ryszard Koziołek Świat w oczach sąsiadki Wydawnictwo Znak, Kraków 2025 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Drybler w krainie kopaczy prostych Jednym z podgatunków felietonu medialnego, czyli pisywanego (lub wygłaszanego) regularnie w konkretnym miejscu i czasie, jest tzw. felieton koncepcyjny, lub (innymi słowy zdefiniowany) figuratywny. Gatunkowa jego odrębność zasadza się na kreacji – już to fikcyjnego narratora, już to specjalnych dekoracji, już to legendy jakiejś osobliwej albo zmyślnie zmyślonego interlokutora i partnera błyskotliwych scenek z udziałem autora – lub wszystkiego tego naraz. W epoce rozkwitu współczesnej felietonistyki polskiej, czyli w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia dziennikarz i krytyk literacki Jan Zbigniew Słojewski na potrzeby felietonowe w tygodniku „Kultura” wykreował postać niejakiego Hamiltona – zgryźliwego staruszka o umiarkowanie konserwatywnych, acz zdroworozsądkowych poglądach, sięgającego pamięcią w daleką przeszłość – do przedwojnia (ale tego przed I wojną światową), mniemanego współpracownika warszawskiego kardynała Aleksandra Kakowskiego ni mniej, ni więcej. Figura wykoncypowana była z nadmiarową aż konsekwencją i dyscypliną intelektualną, wiarygodnie i wielce erudycyjnie. Innymi słowy: jedyna taka w ówczesnym urobku felietonistycznym krajowej prasy polityczno-kulturalnej – popularna i lubiana… Kiedyś spytałem pana Zbyszka, kiedy zamierza umrzeć (a był wtedy młodzieńcem trzydziestoparoletnim) – mając na uwadze biologiczne prawdopodobieństwo funkcjonowania wymyślonego figuranta. Słojewski się obruszył wielce i…
Andrzej Dragan Quo vAIdis Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2025 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Życie jak sztuczny miód… Z tak zwaną sztuczną inteligencją świadomie wszedłem w interakcję tylko raz – notabene w tym blogu. Otóż postawiłem przed ChatemGPT zadanie, by rozwiązał dylemat egzystencjalny: zjeść ciastko i mieć ciastko. Chat zgłupiał (a może od początku był głupi?) i wdał się w rozważania… dietetyczne; zapewne z tej branży miał najwięcej szkolących algorytmów i podpowiedzi. Natomiast na pewno nie znał najprostszego rozwiązania – by nie rzec: prostackiego. Zjeść ciastko i mieć ciastko? Kupić dwa! Od tamtego eksperymentu nie zadaję się świadomie z tzw. sztuczną inteligencją – moja własna, i ta wrodzona, i ta nabyta – całkowicie zaspokaja moje bieżące potrzeby intelektualne. Robi to dostatecznie szybko, zadowalająco w kwestii sensu oraz rozróżniania między prawdą a fałszem. Więc na cholerę mi sztuczna inteligencja? Że jest szybsza? Ale mnie się nigdzie nie spieszy. Że więcej ogarnia za jednym zamachem? Być może – ale ile w tym sensu, a ile pobocznego gówna? I jak odróżnić jedno od drugiego? W każdym bądź razie sztuczna inteligencja jest bardziej potrzebna tam, gdzie własnej nie staje… A mnie póki co staje – Wysoka Izbo (z kogo to cytat lekuchno sparafrazowany?). A do…
Michał Rusinek Trzewiokracja, czyli co piszczy w polityce Wydawnictwo Znak, Kraków 2025 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Lekcje anatomii Redaktor gazety, która ma w swych zasobach twórczych felietonistę pokroju Rusinka, może się uważać za szczęściarza i wybrańca bogów. Felietonista pokroju Rusinka to skarb – wcale nie mniemany, jeno żywy i kruszcodajny – rzekłbyś: nowy Midas – czego nie tknie swym umysłem i ręką – w złoto się zamienia. Gdybym w swoim czasie miał w ekipie redakcyjnej felietonistę pokroju Rusinka (i gdybym wiedział, po co go mam) gotów byłbym rabować na gościńcach, byle tylko nastarczyć środków na takowego godziwe utrzymanie. No, ale nie miałem i zapewne dlatego nie piszę teraz zza krat. A to zmienia optykę i daje dystans… Innymi słowy: felietonista pokroju Rusinka – wbrew entuzjastycznej apologii, sformułowanej w akapicie pierwszym – nie jest artykułem pierwszej potrzeby dla poważnej, opiniotwórczej gazety. Jeżeli felietonista (już nie tylko pokroju Rusinka, ale każdy) jest w ogóle jeszcze ważny dla prasy drukowanej – to raczej powinien być harcownikiem politycznym, morderczym i bezlitosnym krytykiem życia publicznego, bezkompromisowym szydercą, cynicznym kpiarzem i deprawatorem, brutalnym i nieprzekupnym analitykiem tzw. życia kulturalnego tudzież artystycznego, gorszycielem i obrazoburcą. Jak bardzo brakuje dziś na rynku takich fachowców, boleśnie i co…
