Ostatni pisarz

Marek Krajewski  Ostatni pisarz Wydawnictwo Znak, Kraków 2024 Rekomendacja: 2/7Ocena okładki: 3/5 Na tropie tożsamości, czyli trubadur w oktagonie Międzygatunkowa wędrówka autora w poszukiwaniu nowej nyży, w której można by się umościć i karierę bez perturbacji kontynuować – trwa. I dzieje się coraz bardziej nerwowo tudzież chaotycznie. Nawet jeśli ruchy są zaplanowane, wyglądają źle, zgoła desperacko – a rezultaty są marne; słowo „wątpliwe” wydaje się tu być najmniej dobitne, podyktowane wrodzoną łagodnością, wręcz dobrodusznością… Żeby nie było – moją – nie jego. Marek Krajewski – filolog klasyczny, filozof i wzięty pisarz – swą dotychczasową karierę na gruncie prozy gatunkowej zawdzięcza dwóm fenomenalnym kreacjom literackim z nurtu kryminału retro, rekonstrukcyjnego (choć fikcyjnego co do treści, ale w zdumiewająco realistycznych, dopracowanych w najdrobniejszym szczególe dekoracjach oraz okolicznościach przyrody). Obie te kreacje to nietuzinkowi funkcjonariusze policji kryminalnej – figury nieledwie symboliczne, skonstruowane z samych nieoczywistości i bez mała na granicy normy. Miasto Wrocław – a w zasadzie Breslau, bo tak się ono nazywało w epoce, którą Krajewski obrał za decorum swej literackiej, jak dotąd najlepszej, kreacji – reprezentował herr kriminalrat Eberhard Mock. Miasto Lwów zaś uosabiał komisarz policji Edward Popielski. W sumie dwadzieścia sześć powieści – dokładnie po trzynaście dla każdego… Obaj panowie…

Wicher wojny. Militarna historia II wojny światowej

Andrew Roberts Wicher wojny. Militarna historia II wojny światowej Przełożyli Władysław Jeżewski, Grzegorz Woźniak Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2025 Rekomendacja: 5/7Ocena okładki: 3/5 Kto to przegrał: Hitler czy Niemcy? Opisywanie, odnajdywanie przyczyn, wyliczanie skutków i strat oraz krytyczne analizowanie już to całości, już to tragicznych, dramatycznych, heroicznych (albo nawet tylko interesujących w sensie poznawczym) epizodów wojny, znanej jako druga światowa (1939-1945) – a w szczególności tropienie, dezawuowanie i wyśmiewanie błędów natury strategicznej czy operacyjnej, popełnianych seryjnie (jak to na wojnie…) przez obie strony konfliktu – to od kilku już dekad ulubione zajęcie historyków, publicystów, pisarzy i reporterów we wszystkich zakątkach globu. Dokładnie: wszystkich; w końcu wojna jednak była światowa… Przeto jej rozmiary, imponderabilia i konsekwencje były i wciąż są inspiracją dla historyków i im podobnych badaczy oraz opisywaczy życia publicznego. Ale nie tylko dla nich – wojna światowa wciąż jest źródłem, bodźcem, stymulatorem dla niezliczonych zastępów kreatywnych pionierów i upośledzonych naśladowców z kilku pokoleń artystów wszelkich gatunków. Od wielkiej literatury, wielkiego filmu, teatru, malarstwa, muzyki – po sztukę popularną, aż do granicy kiczu tudzież tandetnych nadużyć i fałszerstw. Innymi słowy: na złożach wojennego i post-wojennego budulca powstał prawdziwy przemysł przetwórczy, intensywnie przerabiający hałdy ujawnionych faktów na literaturę, naukę i inne…

Prawda

Igor Brejdygant  Prawda Wydawnictwo Znak, Kraków 2025 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 2/5 Strzelanka? Niekoniecznie… Nic na to nie poradzę: lubię Brejdyganta i mam skłonność do wybaczania mu tego i owego, bo wiem, że w zamian otrzymam (jak zawsze) gęstą prozę z finezyjnie skonstruowaną, soczystą intrygą, z zaskakującym i nieoczywistym finałem. Lubię, gdy w grę wchodzą pomysły fabularne z piekła rodem i toczą się jak u najlepszego autora sensacyjnych thrillerów. Na przykład zaczyna się od możliwego spisku wielkich biznesowych konsorcjów, walczących o kontrakty na rynku zbrojeń – aż tu nagle pyk! I cała intryga dryfuje w kierunku starego paradygmatu – mord z miłości, krwawy pościg, mordobicie i do kupy cztery trupy – happy end… Brejdygant w umyśle swoim z łatwością zaprojektował i poprowadził taki wiraż fabularny – bo to dla niego chleb powszedni, by nie rzec: kaszka z mleczkiem. To jego profesjonalna specjalizacja: operować na najwyższym szczeblu geopolitycznej ruchawki, jednocześnie grzebiąc się w brudach praskiego (w sensie – prawobrzeżnego) menelstwa i wśród ofiar transformacji. Brejdygant umie być wszędzie, z równą lekkością i łatwością frazy. I o to chodzi. Pisanie bowiem gatunkowej prozy sensacyjnej (ergo: rozrywkowej) ma sens tylko wtedy, gdy zabierający się do tego przedsięwzięcia autor jest nie tylko wszechstronnym erudytą…

Tu i tam
felietonistyka , polecam / 9 marca 2025

Hubert Klimko-Dobrzaniecki  Tu i tam Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Nasz delegat w podróży Klimko-Dobrzaniecki – którego i tak mimo wszystko uważam za jednego z pięciu najważniejszych prozaików tudzież eseistów (zdefiniowanych prowizorycznie jako mężczyźni; kobiety grają w innej, wyższej kategorii) współcześnie żyjących i piszących po polsku (na żądanie reszta nazwisk: Żulczyk, Orbitowski, Varga, Bieńczyk – może być?), znów zaskoczył mnie niepomiernie… Okazał się bowiem być wybitnym felietonistą, o czym nie miałem do teraz pojęcia. Lecz cóż – zacnego periodyku „Odra” nie czytałem od lat; oddawałem się jego intensywnej lekturze w epoce, gdy krypą, zacumowaną we Wrocławiu, ale w głównym poniekąd nurcie, dowodził niezapomniany, niezawodny i mądry przyjaciel Ignacy Rutkiewicz. [Skądinąd zresztą piękny i owocny w profesjonalne przyjaźnie był to epizod dziejów – te lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku (choć zaczęły się i skończyły nieciekawie): w takich Katowicach na przykład zawsze mogłem liczyć na spolegliwą opiekuńczość (i parę agresywnych robrów w dobrym towarzystwie) Kazia Zarzyckiego, szefa pisma „Tak i Nie”, w Poznaniu rezydował stoicki, refleksyjny Waldek Kosiński, pierwszy szef tygodnika „Wprost” (zanim nie przeniesiono redakcji do stolicy, a potem spektakularnie zgnojono), w Lublinie „rządził” serdeczny przyjaciel Marek Adam Jaworski, dziedziczny szef „Kameny”, a w Krakowie… W…

Dziennik czasu wojny

Andriej Kurkow  Dziennik czasu wojny Przełożyła (z angielskiego?)Anna Esden-Tempska Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 5/5 Nadzieja – towar deficytowy… Ze ściśniętym sercem zabrałem się do lektury „Dziennika czasu wojny” Kurkowa. Bo wojna nagle, z dnia na dzień, zmieniła się w niezdefiniowany, chaotyczny, nieprzewidywalny i woluntarystyczny koszmar geopolityczny! Gdy piszę te słowa, akurat mija dokładnie trzecia rocznica rozpoczęcia tej wojny przez Putina. Bezmiar dramatów pęcznieje, lista zbrodni wojennych i wojennych zbrodniarzy wydłuża się, bilans strat rośnie i przestrasza. Ukraina wraz ze swą bohaterską armią staje na krawędzi wyczerpania, Ruscy sięgają po ostatnie rezerwy materiałowe (bo ludzkich jeszcze trochę mają, nawet z Północnej Korei). Ale to klasyczna (choć zdaniem obserwatorów już poważnie zmodyfikowana) wojna ze wszystkimi jej typowymi imponderabiliami. Jest front mniej więcej stabilny; wiadomo, że tu my – tam oni. Jest obrona przeciwlotnicza na terytorium całego kraju, wycelowana w niebo broń przeciw rakietom, bombom i irańskim dronom. Są nocne naloty, komunikaty o powiększających się stratach i małych sukcesach, są wieści z frontu, zmienne nastroje wśród ludności (dezercje podobno się też zdarzają…). Na wojnie, jak to na wojnie… I to wszystko jest u Kurkowa – a poza tym szerokie (jakie tylko może mieć nieco lepiej poinformowany pisarz i publicysta, aktywny na froncie propagandowym)…

Łódź. Ziemia wymyślona

Błażej Ciarkowski  Łódź. Ziemia wymyślona Grupa Wydawnicza Foksal – wydawnictwo wab, Warszawa 2024 Rekomendacja: 2/7 Ocena okładki: 4/5 Kręć się, kręć wrzeciono, gnaj, czółenko, gnaj… Gdy cię ogarną gorączka i chuć, Rodaku – wymyśl sobie Łódź! (a od razu ci wszystko opadnie…) (taki sobie slogan ku przestrodze) Ciśnie mi się na klawiaturę jedno tylko słowo: gawęda. I to w znaczeniu bardzo ścisłym – jako potoczysta, urocza, kolokwialna, niezdyscyplinowana, najeżona dygresjami i werbalnymi fioriturami (wśród których i soczysta kurwa się trafia) elukubracja, z mozołem obmyślona przez autora, by zainteresować i wesprzeć moralnie tudzież intelektualnie ubogich duchem odbiorców – wszakże aspirujących do „posiadania wiedzy” o otaczającym świecie. No i dobrze – gawędziarstwo współcześnie jest gatunkiem zapomnianym – ba, porzuconym zupełnie. Należy mu się rehabilitacja – sprawiedliwa tyle o ile. I słuszna – bez względu na to, czy jest gawęda potrzebną formułą, czy nie. Trzeba zatem ją wskrzesić, odkurzyć, zrewitalizować. Po co? A o to już mniejsza – należy się gawędzie i już. Mniejsza też przy tym wszystkim, że poetykę gawędy i używanych w niej narzędzi narracyjnych charakteryzuje głównie nieco luźniejszy stosunek do prawdy, faktów tudzież ważnych imponderabiliów. Bo w gawędzie wartością główną jest potoczystość, uroda opowiadania tudzież atrakcyjność fabularna – a niekoniecznie…

Zamek Sinobrodego. Terra Alta III
polecam , proza obca , thriller sensacyjny / 12 lutego 2025

Javier Cercas  Zamek Sinobrodego.Terra Alta III Przełożył Adam Elbanowski Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2024 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Amok w tunelu Trzecia część wieloksięgu Javiera Cercasa „Terra Alta” nie jest już kryminałem w sensie ścisłym. Ale w zamian wyposażona jest we wszelkie atrakcyjne atrybuty thrillera sensacyjnego (z akcentami obyczajowymi tudzież społecznymi). Tego się w zasadzie spodziewałem – Cercas bowiem, mimo podejmowanych i z szacunkiem docenianych wysiłków reorientacji gatunkowej, do pisania powieści kryminalnych nie ma smykałki. Znaczy potrafi, ale nie na tyle, by się korzystnie odróżniać na rynku i odnosić sukcesy finansowe. Za to w dziedzinie literatury sensacyjnej, wspartej na solidnym podłożu historycznym i reporterskim zbieractwie faktów, nie ma sobie równych dziś w Hiszpanii. Autor fenomenalnych „Żołnierzy spod Salaminy” i „Anatomii chwili” jest po prostu pisarzem politycznym, zaangażowanym głęboko w proces „rekonkwisty” hiszpańskiej tożsamości i zgody narodowej, nadszarpniętej w słusznie minionej epoce frankizmu (niech mu ziemia ciężką będzie…). Toteż trzecia „Terra Alta” otwarcie zrzuca kostium kryminalny i przynależną gatunkowi maskę inteligentnej rozrywki, stając się powieścią sensacyjno-społeczną pełną gębą. Ale taki już jest ten Cercas – i nie ma co wybrzydzać. Ważne, że rezultat tego przepoczwarzenia się między gatunkami jest wysoce zadowalający, to znaczy czyta się bez dyzgustu, za to…

To dla pani ta cisza
polecam , proza obca / 11 lutego 2025

Mario Vargas Llosa To dla pani ta cisza Przełożył Tomasz Pindel Wydawnictwo Znak, Kraków 2024 Rekomendacja: 5/7Ocena okładki: 4/5 Posiedzenie na kahonie Pisanie o muzyce bez odsłuchu wydaje się zajęciem ryzykownym, ale gdy ma się talent Llosy, nie ma w tym nic trudnego. Zresztą on mógł sobie przy robocie puszczać do woli te wszystkie walce peruwiańskie, marinery czy zamacueki z płytoteki. Ale czytelnik w Polsce? Ilu znajdzie się takich, którzy od ręki z zakamarków pamięci wygrzebią, jak brzmi typowa marinera? Na szczęście wszystko jest w internecie, więc można się wspomóc tysiącami nagrań z YouTube’a chociażby. Po krótkim seansie muzycznym lektura Llosy staje się przystępniejsza. I już nie jest taka nieznośnie dźwiękoszczelna… Nie w tym rzecz wszelako, by usłyszeć – o czym tu mowa. To łatwizna. „To dla pani ta cisza” jest czymś innym, niż powieścią o ludowej muzyce z dalekiego kraju gdzieś na świata skraju. Owszem – można tekst sklasyfikować jako gawędę etnograficzną, próbę kulturowej rekonstrukcji narodzin świadomości muzycznej pewnego narodu. W całym jej bogactwie i odrębności. A że w formie i formule powieści? Nie szkodzi – to przecież całkiem możliwe. Aha – tak przy okazji… Nie mówcie, że cokolwiek wiecie o peruwiańskiej muzyce, bo kiedyś na Krupówkach w Zakopanem…

Nimitz na wojnie

Craig Symonds Nimitz na wojnie Przełożyli Łukasz Hajdrych, Łukasz Witczak Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2025 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Dobry admirał Pearl Harbor – nie, Pearl nie – w trakcie (i od roku przedtem) tej haniebnej, straszliwej i dalekosiężnej w swych skutkach klęski floty on – Chester William Nimitz – dowodził… biurkiem w sztabach US Navy w Waszyngtonie. W stopniu dwugwiazdkowego admirała. Po angielsku nazwa stopnia brzmi rear admiral upper half, co dosłownie znaczyłoby „tylny admirał górnej połowy” – jakoś tak bez sensu… Ale rear admiral to nazwa stopnia mająca swe źródło i początek w odwiecznej taktyce floty, operującej kolumnami okrętów w szyku torowym; admirałowie i wiceadmirałowie dowodzili eskadrami od czoła, zaś oficer funkcyjny w stopniu rear admiral… no cóż – pilnował tyłów i porządku na redzie, gdy flota gromadziła się przed walką. Po polsku ten stopień nazywa się kontradmirał (zresztą w kilku innych marynarkach świata też, np. we włoskiej: contrammiraglio – tyz piknie, nieprawdaż?). No – ale w marynarce USA tych rear admirałów są dwie grupy – lower half i upper half (czyli dolna i górna połowa) – więc jak poszukać polskiego odpowiednika nazewniczego? Kontradmirałem bezspornie jest rear admiral lower half (jednogwiazdkowiec), ale czym jest rear admiral upper…

Tym bardziej
felietonistyka , polecam / 1 lutego 2025

Stanisław Tym  Tym bardziejWydawnictwo Polityka, Warszawa 2025 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Felietonista zimozielony… Polska to wciąż duży kraj. Nawet gdy pojawiają się mniemania, iż dwie są Polski, rowem-okopem przecięte nienawiści, to i tak każda z nich z osobna nadal jest duża. Pojedynczy Polak-szarak wielkości nie ogarnia; trzeba mu tę Polskę – jego Polskę (niezależnie od tego, która jego jest) opowiedzieć. Opowiadanie Polski – wielka rzecz. Było w dziejach kilku wyznaczonych, nominowanych, wybranych, namaszczonych świętymi olejami specjalistów „inżynierii dusznej” – z patentami, certyfikatami i rozkazami od najwyższej władzy. Ale się jakoś nie przyjęli. O większe sukcesy pokusili się amatorzy opowiadania, samozwańczy heroldowie, whistleblowerzy i wędrowni grioci (robiący w branży za miskę zupy i kieliszeczek czegoś mocniejszego). W każdym razie opowiadanie Polski innym Polakom to zajęcie typu full time job – ale niekoniecznie etatowe. W zasadzie w pełni samodzielne (niesamodzielni żyją krótko i karier nie robią). A do tego uzurpatorskie (z pewną taką nutką bezczelności – ale nadto z niezbędną przyprawą talentu). Ot, pojawia się w przestrzeni publicznej ktoś, kto potrafi przyrządzić tekst (lub inną formę przekazu) na tyle interesujący, że dysponenci fragmentów tej przestrzeni – fragmentów zajmowanych przez tzw. media – są gotowi zaoferować takowemu wikt i opierunek (plus kieszonkowe)…

Na bulwarach czyhają potwory. Filmowa historia Ameryki

Maciej Jarkowiec  Na bulwarach czyhają potwory. Filmowa historia Ameryki Wydawnictwo Agora, Warszawa 2024 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Jak kino stworzyło naród… Kino jest najważniejszą ze sztuk – orzekł Lenin, ale nie dane mu było tej hipotezy w pełni sprawdzić, zrealizować w życiu publicznym. Na pewno on i jego spadkobiercy polityczni udowodnili tylko, że kino jest doskonałym narzędziem propagandy, indoktrynacji i fałszowania obrazu świata. Fikcja i iluzja na wielką skalę… Do tego na sprzedaż – bo fikcja i iluzja są towarem. Powstaje zatem osobliwe narzędzie – podmioty poddane obróbce chętnie za to płacą. Kino nas mami, oszukuje, straszy, nabiera, karmi fałszem i bajką – a my za to płacimy. Czy potrzebujemy tego od świata, w którym żyjemy? Domagamy się odrobiny nierzeczywistości za własne pieniądze? Sukces kina zaświadcza, że tak. Ale dlaczego? Aaa – to już temat na wielkie studium psychologiczne, zaczynające się od analizy percepcji ruchomych obrazów przez nasz mózg (oczywiście z rozbiorem funkcjonowania samych synaps…). Osobliwie pilnie i wnikliwie należałoby zbadać cerebralnie fazę, którą w skrócie można nazwać „wyjściem z kina”. Chodzi o narysowanie i opisanie tego szczególnego momentu pracy neuroprzekaźników, gdy kończy się i zamiera fala sztucznie zaprogramowanych i wywołanych bodźców, a jej miejsce zajmują na powrót bodźce…

The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę
grand-reportaż , media , naukowa monografia , polecam / 10 stycznia 2025

Michał Choiński The New Yorker. Biografia pisma,które zmieniło Amerykę Wydawnictwo Znak, Kraków 2024 Rekomendacja: 5/7Ocena okładki: 4/5 Drożdże dziennikarstwa Nie ma w całej sferze kultury słowa i poza nią – właściwie w całej cywilizacji Gutenberga – zajęcia, które można porównać z robieniem gazety – a w sensie bardziej ścisłym: z procesem jej redagowania (a sam proces redagowania to dwa odrębne przedsięwzięcia: pierwsze to redagowanie tekstów, czyli przysposabianie produktów dziennikarskich oraz innych do druku tudzież zaprezentowania czytelnikom; drugie – to składanie tego wszystkiego, z czego robi się gazetę – tekstów, ilustracji, grafik i reklam – w jedną spójną, sensowną całość). Nie ma zajęcia bardziej fajnego i przynoszącego porównywalną satysfakcję. Nawet twórcze pisanie (czy to do szuflady, czy na sprzedaż…) takim zajęciem nie jest. Wiem coś o tym, bo przez prawie pół wieku należałem do grona szczęściarzy, którym dane było wykonywanie tej roboty – czyli robienia gazet. Uważam się właśnie za szczęściarza, bo przez pół wieku zawodowej aktywności robiłem to, co lubię najbardziej w świecie (oprócz towarzystwa – połączonego z dyskretnym nadzorem – mojej żony, dobrych lektur, whisky talisker i tytoniu erinmore albo kentucky bird do fajki). Robiłem to, co lubię – i jeszcze mi za to płacili… Wierzcie mi – gdy…