Andrea Camilleri Ostatnie cięcie Przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2026 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Intymne życie jednej czarującej krawcowej Gdy od wielu tygodni co noc w twoim porcie przy kejach cumują jednostki pływające (powiedzmy, że to kategoria umowna – większość to jednostki tonące…) wypełnione setkami imigrantów z rozmaitych, przeciwległych i raczej odległych zakątków Morza Śródziemnego, a ty masz kategoryczny rozkaz z wysoka, by jakoś ogarnąć tę apokalipsę siłami własnymi (byle się nie przypieprzyły media) – to na rozwikłanie zagadki „zwykłego” morderstwa możesz już nie mieć siły ani ochoty. Chyba że… Chyba że dzięki temu „zwykłemu” morderstwu uda ci się uciec od koszmarów portowych nocy. Ale to nie takie łatwe. Przede wszystkim dlatego, że mało nas, mało nas – i zwierzchnicy, mający na karkach rozwrzeszczane media – nie popuszczą. Po drugie – nocne lądowania kryp wszelkiego rodzaju wypełnionych imigrantami to nie tylko uciążliwy problem porządku publicznego; w tym nieustającym bałaganie nader często zdarzają się ekscesy przestępcze znacznych kalibrów – gwałty, zabójstwa, rabunki, przemyt niedozwolonych substancji, akty terroru – i co tam jeszcze wyobraźnia ludzka zdoła wykoncypować. Więc solidna robota śledcza też jest potrzebna – nie tylko smętne, mechaniczne wymachiwanie pałą i gazem pieprzowym. Komisarz Montalbano, choć stary…
Marek Krajewski Droga krwi Wydawnictwo Znak, Kraków 2026 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Umowa promocyjna Mistrz wreszcie w formie! Odnalazł – jak się wydaje – właściwą ścieżkę i odpowiedni kierunek dla swej prozy. Niekwestionowany z niego lider kryminału rekonstrukcyjnego (a może lepiej nazwać: historycznego), klasyk gatunku, mistrz horroru i psychiatrycznego thrillera, wybitny twórca fenomenalnie zmajstrowanych postaci głównych bohaterów swych narracji – a przy tym pisarz zdumiewająco pracowity – od debiutu w 1999 roku wydał drukiem ponad trzydzieści pozycji, które można zaliczyć do pełnoprawnych dzieł w gatunku kryminalno-sensacyjnym. Kolekcja książek Krajewskiego (sam posiadam bodajże wszystkie) to zaiste must have każdego poważnego miłośnika i badacza tego typu literatury oraz wszystkich, których teksty takie cieszą i bawią. Ale nie roszczących sobie pretensji do naukowego niemalże znawstwa… Wielkość Krajewskiego nie polega tylko na samej umiejętności prowokowania, rozniecania dobrej zabawy literackiej – ani na mistrzowskiej, drobiazgowej i wiarygodnej rekonstrukcji historycznej. Wielkość Krajewskiego to zdolność kreowania kompletnych, pełnokrwistych bohaterów pierwszego planu narracyjnego (ale nie tylko; zdarzają mu się epizody wykoncypowane i wykonane ze starannością godną protagonistów pierwszorzędnych). Znakomita większość autorów powieści kryminalnych i thrillerów sensacyjnych polega na nośnym, dającym wielkie możliwości interpretacyjne pomyśle „seryjnego” (ale nie zabójcy). Chodzi o bohatera, o „podmiot liryczny” fabularnych historii, których…
Maria Gąsienica-Zawadzka Ostatni smrek Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2026 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Za dużo, za gęsto… Niedobre myśli, które mnie naszły po lekturze poprzedniej książki Maryny z Gąsieniców – czyli „Ciemiężycy” (rekomendacja w tym blogu – 18 lipca 2025 roku) – ze wszystkim nie odeszły, gdy odkładałem „Ostatniego smreka”. Nadal mniemam, iż pisarskie ambicje pani Gąsienicy-Zawadzkiej nie pokrywają się (w sensie: są jednak większe…) z jej czysto intelektualną sprawnością wartkiego, niezakłóconego niczym opowiadania. Skłamałbym wszakże nieżyczliwie, gdybym utrzymywał, iż przez te kilka ostatnich miesięcy jej ambicje i sprawności nie zbliżyły się ku sobie. Bo zbliżyły się wyraźnie – głównie za sprawą doskonalenia prozatorskiej praxis… No cóż – biegłości w konfabulowaniu (w pozytywnym sensie!) pani Gąsienicy odmówić nie można żadną miarą. Pomysł wykreowania góralskiego sprzysiężenia, mającego na celu „odceprzenie”, per fas et nefas, Kościeliska – jednej z najpiękniejszych wsi podtatrzańskich – by przywrócić naturalny porządek rzeczy (znaczy wedle plemiennej, góralskiej woli) i odzyskać rodzime pejzaże – wydaje się być cokolwiek naiwny. Nawet po „uzbrojeniu” intrygi w nieodzowny na Podhalu aspekt ekonomiczny (ech, te dutki…) sprawa nie wygląda szczególnie wiarygodnie. Lecz przecież nie o to chodzi… To kwestia ślebody imaginacyjnej – autorce wolno stworzyć figurę ideowo zmotywowanego autochtona, który chce się…
Marek Krajewski Głos z piekła Wydawnictwo Znak, Kraków 2025 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Demon też człowiek… Archipelag ksiąg grozy i zagadek, sporządzany przez mistrza Marka, wciąż jest in statu nascendi, ale tempo przyrostu wyraźnie przyspiesza. Różnorodność gatunkowa też się zagęszcza. Dwa równoległe „twory” prozatorskie – Łańcuch Mocka i Wyspy Popielskie – rosną mniej więcej jednakowo, wypiętrzając się w rytmie zaburzeń tektonicznych dna; gdzieś na uboczu zaległy trzy (na razie zapewne) wysepki o innej proweniencji – ładne i nieszkodliwe. A insularny Łańcuch Mocka nabrzmiał gdzieś stronami i tak począł się prawdziwy spin-off, czyli poboczny wątek koralowych atoli Herberta Anwaldta (dotychczas jedna, ale pewnie przyrośnie ich więcej). Koordynatów nie podaję – niech się o dane do nawigacji martwią wydawcy. Ważne jest, że przygody Herberta Anwaldta otwierają nowe możliwości penetracyjne dla prozy Krajewskiego – a to z uwagi na wykształcenie, pewne osobiste predyspozycje i publiczny kontekst egzystowania wykreowanej pieczołowicie figury młodego adepta psychiatrii. Nasz ulubiony autor, wyraźnie w tej chwili skręcający od rekonstrukcyjnej powieści kryminalnej ku prozie grozy, horroru i epatowania wywalonymi na wierzch bebechami – oczywiście łapie mocny wiatr w żagle. I szparko nawiguje w stronę złowieszczej literatury koszmaru. Ile w tym jest autentycznej potrzeby ducha, a ile zadęcia pour épater…
Igor Brejdygant Zemsta Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2025 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 2/5 Brzytwa Ockhama Na stacji Poroże Długie,gdzieś w biłgorajskim powiecie,familii niejakich Wronkówkiepsko się wiodło na świecie…(swobodna dość przeróbka poematu o Piotrze Płaksiniepióra Juliana Tuwima) Czy już mówiłem, że Igor Brejdygant niezłym pisarzem jest? Na pewno – przecież piszę o nim już piąty raz, rekomendując jego książki, więc nie mogłem tego nie zauważyć. No więc repeto – Igor Brejdygant niezłym jest pisarzem, a właściwie to dobrym ponad przeciętną miarę krajową. Na pewno w ścisłej czołówce się mieści. Napisał i wydał jedenaście powieści kryminalnych i sensacyjnych, a według jego scenariuszy zrealizowano dwanaście filmów i seriali. Nie ma w tym dorobku żadnego seryjnego, grafomańskiego chłamu, żadnej masówki dla ćwierćinteligentów – jeno sama rozrywka na najwyższym poziomie. Igor Brejdygant – wyróżniając się w ten sposób z tłumu osobników płci obojga, zarobkujących na dostarczaniu byle jakiego thrillerowatego „kontentu” na chłonny rynek książki i telewizji – to mistrz kreacji, iluzjonista suspensu i wybitny architekt formy oraz znawca tego osobliwego języka, który występuje w dorzeczu Wisły i Odry pod nazwą „polski”. Lektura jego tekstów to czysta przyjemność! Nachwaliwszy się Brejdyganta (ale nie ponadmiarowo, jak mniemam) w tej niewymuszonej (nikt mi glocka w żebra nie wciskał),…
Maryla Szymiczkowa Szaleństwo i śmierć spłyną z gór Wydawnictwo Znak litera nova, Kraków 2025 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 4/5 Miłość, miłość w Zakopanem (i kadawer ciupażką porąbany)… Kiedy jeszcze poruszanie się po stromiznach nie sprawiało mi problemów – tylko przyjemność, a zdrowie ogólnie pozwalało na wędrowny tryb życia, w stolicy polskich Tatr bywałem nader często – kilkadziesiąt pełnych sezonów i nie-sezonów by się z tego uzbierało. Można bowiem Zakopanego nie cierpieć – ale po prostu lepszej bazy do łażenia po „stromym” nie ma. Wszędzie w miarę blisko, infrastruktura zadowalająca, a w razie niepogody (częstej…) odpowiednie rozrywki na wyciągnięcie ręki. Z czego nie omieszkałem korzystać za każdym razem, gdym pod Giewontem bawił. Przez te bez mała półwiecze dorobiłem się tam grona znajomków i przyjaciół, miałem ulubiony bar („Anemon” na Krupówkach; oferta single maltów wzruszająco pełna), kilka oswojonych knajpek i restauracyj – z niezapomnianym „Porajem” na czele (nigdzie lepszych rydzów z patelni nie uświadczyłeś, że już o kanapce z awanturką do sety na rozgrzewającym śniadanku nie wspomniawszy…), miałem nawet zaprzyjaźnione stragany owocowe i oscypkowe oraz znajomą bacówkę na Drodze pod Reglami… Wspomnę jeszcze kawiarnię „Samanta” (te kremówki, które zwykłem nazywać – przekorny Kongresowiak – napoleonkami!) na Witkiewicza, Przynajmniej dwa schroniska górskie na…
Donna Leon Fundacja Przełożył Marek Fedyszak Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Bo to zła kobieta była… Problem zaczął się od wczesnego średniowiecza, gdy włoscy kupcy wynaleźli i wdrożyli w życie mniej więcej nowoczesny (stosowany praktycznie do dziś) obieg pieniądza w gospodarce. Banco to włoskie słowo oznaczające ławę (albo kontuar) – podstawową infrastrukturę używaną przy wymianie i innych czynnościach strukturalnej alokacji zasobów finansowych. Wynalazek ten sprawił, że modyfikacjom musiał też ulec sposób pozyskiwania środków poza legalnym i chronionym przez prawo boskie i ludzkie mechanizmem obiegu. Do tej pory wystarczały malownicze i zuchwałe techniki zbójeckie (pałą w łeb, sztyletem pod żebra itp.) i determinacja w ucieczce. Teraz wypadało obmyśleć bardziej wyrafinowane sposoby podłączania się do głównego nurtu obiegu środków, by jakiś niewielki na oko, ale zadowalający strumyczek skierować do własnej kiesy. Od tamtej pory w globalnej gospodarce trwa nieustanny proces doskonalenia i przyspieszania obrotu kapitału – wraz z towarzyszącą mu wojną między zabezpieczaczami tego procesu a amatorami uszczknięcia tego i owego i skierowana do swoich sejfów. „Fundacja” Donny Leon dokładnie właśnie o tym traktuje. I nie zostawia złudzeń: kraj, w którym wynaleziono banki, giełdy i w ogóle cały tak zwany kapitalizm – nadal skutecznie walczy o…
Marek Krajewski Ostatni pisarz Wydawnictwo Znak, Kraków 2024 Rekomendacja: 2/7Ocena okładki: 3/5 Na tropie tożsamości, czyli trubadur w oktagonie Międzygatunkowa wędrówka autora w poszukiwaniu nowej nyży, w której można by się umościć i karierę bez perturbacji kontynuować – trwa. I dzieje się coraz bardziej nerwowo tudzież chaotycznie. Nawet jeśli ruchy są zaplanowane, wyglądają źle, zgoła desperacko – a rezultaty są marne; słowo „wątpliwe” wydaje się tu być najmniej dobitne, podyktowane wrodzoną łagodnością, wręcz dobrodusznością… Żeby nie było – moją – nie jego. Marek Krajewski – filolog klasyczny, filozof i wzięty pisarz – swą dotychczasową karierę na gruncie prozy gatunkowej zawdzięcza dwóm fenomenalnym kreacjom literackim z nurtu kryminału retro, rekonstrukcyjnego (choć fikcyjnego co do treści, ale w zdumiewająco realistycznych, dopracowanych w najdrobniejszym szczególe dekoracjach oraz okolicznościach przyrody). Obie te kreacje to nietuzinkowi funkcjonariusze policji kryminalnej – figury nieledwie symboliczne, skonstruowane z samych nieoczywistości i bez mała na granicy normy. Miasto Wrocław – a w zasadzie Breslau, bo tak się ono nazywało w epoce, którą Krajewski obrał za decorum swej literackiej, jak dotąd najlepszej, kreacji – reprezentował herr Kriminalrat Eberhard Mock. Miasto Lwów zaś uosabiał komisarz policji Edward Popielski. W sumie dwadzieścia sześć powieści – dokładnie po trzynaście dla każdego… Obaj panowie…
Igor Brejdygant Prawda Wydawnictwo Znak, Kraków 2025 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 2/5 Strzelanka? Niekoniecznie… Nic na to nie poradzę: lubię Brejdyganta i mam skłonność do wybaczania mu tego i owego, bo wiem, że w zamian otrzymam (jak zawsze) gęstą prozę z finezyjnie skonstruowaną, soczystą intrygą, z zaskakującym i nieoczywistym finałem. Lubię, gdy w grę wchodzą pomysły fabularne z piekła rodem i toczą się jak u najlepszego autora sensacyjnych thrillerów. Na przykład zaczyna się od możliwego spisku wielkich biznesowych konsorcjów, walczących o kontrakty na rynku zbrojeń – aż tu nagle pyk! I cała intryga dryfuje w kierunku starego paradygmatu – mord z miłości, krwawy pościg, mordobicie i do kupy cztery trupy – happy end… Brejdygant w umyśle swoim z łatwością zaprojektował i poprowadził taki wiraż fabularny – bo to dla niego chleb powszedni, by nie rzec: kaszka z mleczkiem. To jego profesjonalna specjalizacja: operować na najwyższym szczeblu geopolitycznej ruchawki, jednocześnie grzebiąc się w brudach praskiego (w sensie – prawobrzeżnego) menelstwa i wśród ofiar transformacji. Brejdygant umie być wszędzie, z równą lekkością i łatwością frazy. I o to chodzi. Pisanie bowiem gatunkowej prozy sensacyjnej (ergo: rozrywkowej) ma sens tylko wtedy, gdy zabierający się do tego przedsięwzięcia autor jest nie tylko wszechstronnym erudytą…
Leonardo Padura Wczorajsza mgła Przełożył Adam Elbanowski Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2024 Rekomendacja: 5/7 Ocena okładki: 4/5 Kuba wyspa jak wulkan gorąca… Pożytki z rewolucji komunistycznej w sferze subtropikalnej nigdy nie były znaczące wobec tego, co udawało się przejściowo osiągnąć tejże rewolucji w strefie klimatu umiarkowanego i subpolarnego. Ta nader zuchwała – by nie rzec, iż arogancka na swój sposób i obcesowa – teza mogłaby stać się kanwą poważnej monografii pod prowizorycznym tytułem „klimat a rewolucja”. Ale się nie stanie, bo kogo to obchodzi. Rewolucja marksistowska utraciła (nie mówię, że na stałe – co to, to nie) wszelkie walory atrakcyjności poznawczej. Ale taka Kuba… No cóż, ta karaibska spora wyspa była laboratorium, w którym tę utratę przećwiczono, wszechstronnie obmacano i parokrotnie nad wyraz skutecznie prowokowano. Choćby teraz, gdy zgasło światło, zabrakło prądu do lodówek, a paliwo do awaryjnych agregatów w szpitalach się kończy. Bankructwo? Ani chybi… Każda konsekwentna rewolucja pożera swoje dzieci. Ale nie ze szczętem – na szczęście. Na Kubie zostało jeszcze wiele do ocalenia. Jaki będzie ten kraj, gdy się otrząśnie – nie wiem. Można się spodziewać i mieć nadzieję, że być może kondycję odzyska niezłą. A to dzięki (cóż za diabelski paradoks!) tak zwanym zdobyczom rewolucji…
Carlo Fruttero & Franco Lucentini Kochanek bez stałego adresu Przełożyła Barbara Sosnowska Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2024 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Miłość i inne dramatyczne wypadki w Wenecji I znów jesteśmy w Wenecji – panie i panowie! Lecz tym razem nie z pobudek kryminalnych ani narcystycznego chwalipięctwa buszującego bez sensu po kanałach autora – ale po prostu w poszukiwaniu pełnokrwistego, sentymentalnego romansu – una storia d’amore assoluta… Przy czym nie ma to być kolejna wersja czy wariacja sławnej Mannowskiej „Śmierci w Wenecji”. Przeciwnie – chodzi o historię miłosną par excellence – starego typu, starego kroju – oczywistą acz niedomówioną, obiecującą, chociaż z góry skazaną na niedokończenie. A poza wszystkim nadziei pełną – bo pamiętajmy: w Wenecji może wydarzyć się wszystko (no, prawie – ale to bez różnicy). Bo czymże jest Wenecja? Od wielu wieków jest nieskończoną (w sensie metafizycznym – terytorialnym, nie temporalnym) sceną – czułą, szaloną, zapewne trochę niemoralną, ekstrawagancką, liryczną i dyskretną (no, do pewnego stopnia…) – dla kochanków wrażliwych nie tylko na siebie nawzajem, ale na urodę i tajemnicę miasta na lagunie. Wenecja, choć bywa nieobliczalna, kapryśna i surowa, ma w sobie gen troskliwej akceptacji (to nic, że przeważnie za pieniądze…) tudzież tolerancji. Kochać się…
Juliusz Machulski Nikczemny narrator Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2024 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 4/5 Gołe pośladki karzełka (sorry: niskorosłego…) Gdy w 2003 roku zobaczyłem w Teatrze Telewizji sztukę „19. Południk” (a potem przeczytałem uważnie jej tekst), zorientowałem się, że jej autor, wybitny reżyser filmowy Juliusz Machulski, oprócz wielkiego talentu do wymyślania i realizowania opowieści obrazkowych dla kina i telewizji, ma zadatki literackie – i to od razu na akceptowalnym poziomie. Bo proza sceniczna to jednak coś więcej niż scenariusz filmowy… Inna kategoria – nie żeby zaraz lepsza, ale inne spożytkowująca umiejętności i zasoby. Oprócz talentu – talent w obu przypadkach musi być wielki i najwyższej próby… Zresztą scenariuszy filmowych nikt nie drukuje w charakterze ogólnodostępnych dzieł literackich (poza rzadkimi wyjątkami – dziełami wielkich artystów, noszącymi samodzielne znamiona geniuszu) – ich bowiem zasadniczą zaletą jest ewokowanie sekwencji obrazów w umyśle i wyobraźni jednego czytelnika, czyli przyszłego reżysera (plus ewentualnie jego operatora obrazu, a czasem także producenta…). Scenariusz bowiem to tekst (czasem można nawet powiedzieć, że – ho, ho! – literacki…) o charakterze roboczym (nie do rozpowszechniania), ustanawiający ścisłe związki funkcjonalne między słowem a projektowanym obrazem. Tak ścisłe, że ani urodziwe, ani nawet dość mądre na pierwszy rzut oka; chodzi w nich…
Mariolina Venezia Kamienne miasto Przełożył Krzysztof Żaboklicki Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2024 Rekomendacja: 3/7 Ocena okładki: 3/5 Tropem niedużej perfekcjonistki No cóż, nawet na pojemnym i chłonnym rynku rozrywki kryminalnej ulokowanie (z sukcesem) nowego cyklicznego bohatera powieściowej serii nie jest przedsięwzięciem łatwym. Ale Mariolina Venezia ani nie kalkulowała zysków i strat, ani nie zastanawiała się długo nad pomysłem, ani nie spekulowała, jaka formuła kreacji przyjmie się najlepiej (za to jak najmniejszym kosztem). Poszła przebojem na skróty i wymyśliła bohatera (żeby nie było – od razu seryjnego) w zasadzie mocno różniącego się od standardu fabularnego włoskiej powieści kryminalnej (i zarazem mocno w ten standard wpasowanego pod niektórymi względami…). Bo ten włoski standard jest poniekąd specyficzny. „Seryjna osoba śledcza” na ogół jest policjantem jednej z dwóch ważniejszych formacji – karabinierów albo policji państwowej; funkcjonariusza policji finansowej czy gminnego posterunkowego raczej w literaturze nie spotkasz – ich kreacyjne możliwości narracji fabularnej są raczej mało atrakcyjne prozatorsko… „Seryjna osoba śledcza” jest oficerem oczywiście – komisarzem zapewne albo nawet inspektorem. Ma mniej więcej czterdzieści lat, choć zdarza się, że zbliża się do pięćdziesiątki; ten przedział wiekowy ma same zalety fabularne: już duże doświadczenie, do tego w sile wieku – żadnego wypalenia ani tęsknoty za…
Stuart Turton Demon i mroczna toń Przełożył Jacek Żuławnik Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2021 Rekomendacja: 4/7 Ocena okładki: 3/5 Na tropie Latającego Holendra? Jakieś sto lat po przełomowym rejsie eskadry Cristofora Colombo – genueńskiego awanturnika, nawigatora i wizjonera w służbie Izabeli, królowej hiszpańskiej Kastylii – wyglądało na to, że sytuacja polityczna odkrytych lądów i tych znanych od dawna, ale do tej pory z powodów technicznych niedostępnych, jest oczywista i ustabilizowana. Traktatami w Tordesillas i Saragossie podzielono znaną i nieznaną jeszcze powierzchnię planety na strefę dominacji hiszpańskiej i strefę przynależną do Portugalii; Nabierające sił królestwa Anglii i Francji nie miały zamiaru uznawać tych układów za wiążące, więc ufne w sprawność swych flot oraz artylerii same z dobrym skutkiem wykrawały terytoria dla siebie. Nazwiska Drake’a, Raleigha, Frobishera, Cabota czy Cartiera w krainach latynoamerykańskich i luzytańskich raczej budziły trwogę. A tu jeszcze w dwóch ostatnich dekadach XVI stulecia do konfliktów o terytoria zamorskie dołączyła kolejna, nowa potęga europejska – republika Zjednoczonych Prowincji (we Francji zwana Pays-Bas, a w ich własnym języku flamandzkim Nederlanden), która po pozbyciu się dominacji hiszpańskich Habsburgów zaczęła rozglądać się za odpowiednim ujściem dla swego kapitału, siły i ponadprzeciętnej aktywności. Nie ma co dodawać, że i oni mieli w głębokim poważaniu…
