Fakty muszą zatańczyć

23 czerwca 2022

Mariusz Szczygieł 


Fakty muszą zatańczyć
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2022

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

My nie dansiory…

Fakty niech lepiej nie tańczą. Znacznie bardziej wolę, gdy stoją na baczność (może być na „spocznij”, ale nie na „rozejść się”), odpowiedzialnie i niewzruszenie. Fakty to rdzeń, oś dziennikarstwa. Gdy wpadają w pląs (czasem nawet w pląsawicę), od razu coś złego dzieje się z prawdą. Wizja tańczących faktów natychmiast i nawet mimo woli (dobrej woli) wywołuje w mej jaźni proste skojarzenie – tańczą tak, jak im zagrają… A kto gra? Czy sam reporter solo na fujarce czy tam okarynie (albo może tak mu się tylko zdaje), czy towarzyszy faktom jakaś niewidzialna orkiestra za kulisami bądź zgoła w orkiestronie pod podłogą? I kto trzyma batutę? Wizja tańczących faktów troszkę mnie odstręcza, troszkę śmieszy i wcale niemało… przeraża. Życie faktów to nie tramblanka, nie flamenco, nie łabędzie pas de quatre, nie haka i nie hula, ani gawot, nie taniec duchów na prerii ani danse macabre czy taka, powiedzmy, milonga. A może wygibasy na rurze. Fakty bywają szorstkie, zmęczone, zarobione na śmierć, znudzone i niewyspane; czasem udają, że są inne niż są; bywa, że kochają, ranią i zabijają. Ale lepiej niech nie tańczą. Dlaczego? Bo taniec to iluzja, to ucieczka, manipulacja. A przecież nie o to z grubsza nam chodzi podczas sprawozdawania, jak się rzeczy mają…

I tyle w kwestii tytułu pańskiego eseju, panie Szczygle. Tytułu, mającego zapewne w postaci maksymalnie skondensowanej, metaforycznej zgoła, wyłożyć całą pańską filozofię reportażu. Fakty muszą zatańczyć… Pozwoli pan sobie powiedzieć, że gówno prawda – by rzecz zsumować po tischnerowsku. Ale jest pan stosunkowo młody i ma pan sporo czasu na zmianę zdania. Co innego ja. Gdy pan Szczygieł przyszedł na świat w uroczej Złotoryi, ja rozpocząłem studia i miałem już za sobą dziennikarski debiut. Lekko licząc, stwarza to różnicę pokolenia. Co oznacza, że pierwsze dwie dekady mojego dziennikarzenia wypadły w epoce schyłkowej komuny, z zaliczeniem ekscesu stanu wojennego, zaś niepokalany pan Szczygieł przystąpił do stołu pańskiego już za nowego ustroju, frukta mając na nim wszelakie „popołudniowe” i w pięciu smakach drób (jak zwykł mawiać mój ukochany autor felietonów Stomma Ludwik). I to właśnie jest ta różnica, której zapewne jest pan Szczygieł świadom – w końcu uczył się fachu (podobno) od ludzi, którym cała kariera upłynęła na służbie w reżimowych gadzinówkach różnej konduity. Więc wie, że pod jeden strychulec „komuny” wszystkich podciągnąć nie sposób; pan Mysłek czymś się jednak różnił od pani Krall, a pan Kur (ten od fenomenalnego bon motu Dariusza Fikusa: Kur wie lepiej…) od pana Kapuścińskiego. Ale świnie w naszym fachu na ogół zostawały świniami i po zmianach, a porządni starali się porządnymi być w każdych warunkach. Owszem, zdarzało się że nagle czarna glapa reżimu okazywała się szmaragdowo-szafirowym zimorodkiem opozycji. I na odwrót. Ale dla kondycji zawodu niewiele z tego wynikało. O wiele więcej wyniknęło z częściowego przerwania naturalnego następstwa pokoleń, zawodowej ciągłości, przekazywania wiedzy (często dość ezoterycznej, nieskodyfikowanej, tkwiącej tylko w głowach starszyzny) i ogólnie rzecz ujmując – korporacyjnego ducha. Rewolucyjny zapał organizatorów medialnego świata od nowa i na nowo (nie można pominąć „zasług” tzw. komisji likwidacyjnej RSW) zmiótł stare struktury, starych ludzi, stare zespoły. Wolne miejsca zapełnił kapitał zagraniczny (i ten dbał o dawnych fachowców, zapewnił sobie ich lojalność); przyszli też rodzimi amatorzy i niedouczeni szarlatani. Rozwalili wszystko, co się dało rozwalić.

Pan Szczygieł miał szczęście – trafił bowiem do zespołu „Gazety Wyborczej”, która powstała w 1989 roku „na surowym korzeniu”, a założyli ją naprawdę niezgorsi fachowcy starej daty, pospołu z utalentowanymi entuzjastami i weteranami opozycji demokratycznej (ale z tymi naprawdę rozwiniętymi intelektualnie…). Narybek miał się od kogo uczyć, a fachowcy chcieli nauczać. I tak na fali ogólnego wzmożenia doszło do zainicjowania istotnego dla losów polskiego reportażu gazetowego procesu pewnej ograniczonej kontynuacji. Oczywiście nie ze wszystkim… Ponieważ czasu było mało, a potrzeby wielkie, nauczyciele-ochotnicy nie byli w stanie wszystkiego przekazać. Toteż do dzisiaj z pewnym takim rozbawieniem konstatuję, jak to aktualne gwiazdy reportażu na nowo odkrywają rzeczy dawno odkryte. Czechofilowi Szczygłowi pewno nie jest obce takie nazwisko: Jan Neruda. To on w drugiej połowie XIX wieku „urodził” i z powodzeniem stosował pewne środki stylistyczne, które językowi gazet nadały specyficznego „sznytu” reporterskiej prostoty i emocjonalnej otwartości. Wszyscyśmy z niego – nieliczni świadomie, większość nieświadomie, na zasadzie międzypokoleniowej, międzyjęzykowej i transgranicznej osmozy… Ale co tam – nie spieramy się o technikę i filozofię używania słowa. Spieramy się o naturę faktów i o prawdę.

Zanim jednak dopuścimy się postawienia spornych, aczkolwiek żadną miarą nieantagonistycznych dyferencji między nami, czuję się zobowiązany wspomnieć o jeszcze jednej różnicy między panem Szczygłem a mną. Ma ona coś wspólnego z iskrą bożą, z duchem, który wionie, kędy chce… Otóż pan Szczygieł jest znacznie bardziej utalentowany od kogokolwiek w tej branży – w tym i oczywiście ode mnie – a czasem wydaje się, że znacznie bardziej utalentowany ponad rzeczywistą potrzebę, co oznacza, że samo jego istnienie jest idealną sposobnością, wręcz koniecznością radykalnego zastosowania brzytwy Ockhama. Co nie znaczy, że nawołuję do ogolenia czy zgoła poderżnięcia pana Szczygła. O, co to, to nie. Przeciwnie – mniemam, iż należy takowego koniecznie na rękach nosić, w watę owinąć tudzież pozwalać na wszystko – nawet poza granice zdrowego rozsądku – oczywiście za godziwym wynagrodzeniem.

I żeby było jasne – nie zazdroszczę, a z zazdrości nie pomniejszam. Bo byłem (i jestem! – teraz na emeryturze, gdy sobie o wszystkim przypomnę i pomyślę) w sumie zadowolony z tego, co sam robiłem w tym fachu przez blisko pół wieku. Umiałem czytać i redagować cudze teksty, a potem robić z nich gazetę. Zawsze fascynował mnie moment, gdy siadałem z kupką tekstów pod łokciem, przed czystą makietą i z mazaczkiem w dłoni tudzież miarką zecerską rysowałem kolumny gazety. Codziennie od początku, od zera – jak gdyby nie istniał cały uprzedni dorobek intelektualny redakcji. To znaczy miałem świadomość, że istniał i czerpałem z niego obficie, ale cóż by się stało, gdybym tego nie robił i zaufał tylko profesjonalnym umiejętnościom, nawykom, instynktom i intuicji? Nic by się nie stało – gazeta ukazałaby się normalnie, w terminie, może nieco inna – ale nie bałem się, że oburzeni czytelnicy przyjdą i podpalą redakcję… Lubiłem to robić i na dodatek mi za to płacili. Na ogół marnie, ale zawsze w miarę regularnie. Dobre miałem życie w zawodzie…

A w imię pamięci o tym dobrym nie chcę, by ktokolwiek nakłaniał fakty do tańczenia. Fakty mają stać s p o k o j n i e na straży prawdy. Gdy Artur Domosławski zakwestionował (nader delikatnie…) prawdomówność (w sensie zgodności z rzeczywistością) Ryszarda Kapuścińskiego w sławetnej biografii Mistrza, poczułem się gorzko zawiedziony, oszukany, wręcz nabrany. Od lat mówiłem adeptom-praktykantom dziennikarstwa (od czasu do czasu trafiali tacy na moją orbitę…), że idealnym odwzorowaniem reportażu doskonałego jest krótki tekst Kapuścińskiego „Reklama pasty do zębów” (pierwodruk może jeszcze w „Sztandarze Młodych”, a może już w „Polityce”; w edycji książkowej: „Busz po polsku” 1962). Okrutny realizm, brutalna dydaktyka społeczna… Kandydatom na sprawozdawców wojennych (czyli prawie wszystkim) mówiłem, że to reportaż militarny – o wojnie kultur – prawdziwej, choć niewypowiedzianej. A tu taki szpas… Cholera – to jak to? Zabawa w Pratkach była zafałszowana, wszystko szło nie tak? Wymyślone, skonfabulowane, przeklejone skądinąd, jeden Marian Jesion zrobiony z pięciu? Może tak nie było i podejrzeniami krzywdzę Mistrza – ale ziarno wątpliwości padło. Z mistrza reportażu przeniosłem go sobie na mistrza prozy fabularnej. Ale osad pozostał… Przecież jestem zawodowcem i fałsz oraz gwałt na faktach (niezależnie od intencji, mechanizmów i zastosowanych środków kamuflażu) winienem rozpoznać. Czasem potrafię, ale nie zawsze. Widocznie reporterzy są ode mnie dużo lepsi…

Szczygieł nawet przeniósł się już na poziom teoretyczny i podjął rozważania na temat dozwolonego natężenia manipulacji faktami – czyli do jakiego momentu reporter może zachachmęcić obraz rzeczywistości jeden do jednego, by swemu dziełu pomóc, nie naruszając zbytnio struktury prawdy. Innymi słowy: kreacja „artystyczna” dozwolona jest czy nie? A upiększanie lub „pobrzydzanie” akceptowalne – dla lepszego efektu? Dyskusje te są namiętne i nierozstrzygalne. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że i tak wszystko zależy od reportera – jeśli autor tekstu uzna za stosowne, wręcz konieczne z pobudek artystycznych, społecznych, politycznych i tzw. ogólnego wydźwięku – pomanipulować faktami i potem mimo wszystko nazwie to reportażem – to nic nikomu do tego. Szczygieł to widzi, Szczygieł to wie. Ale jest delikatny, koncyliacyjny i empatyczny, więc się nie gorszy. Ba, reportażu naucza – chociaż zapewne wie, że reporterka to fach niewyuczalny. Nauczyć można chwytów formalnych (ale już przecież używanych – reporter musi wymyślać nowe, swoje własne). Można omawiać najlepsze teksty (i dla kontrastu – kiepskie; ale skąd je brać – przecież kiepskich nikt nie drukuje…), można analizować pleno titulo Mistrzów i Nauczycieli, a także Dysydentów, Rewolucjonistów i Awangardowych Rozrabiaków Gonzo. I kazać czytać, czytać, czytać. I kazać pisać – i im to napisane poprawiać. Ale reportażu się nie nauczą. To trzeba mieć w genach, mieć iskrę bożą. Rzeczą nauczyciela jest taki talent odkryć, trochę uzbroić i podszlifować. Ale nie gwałcić, jeśli stawia opór. No i nic więcej nie da się zrobić. I w zasadzie nie potrzeba – talenty mają to do siebie, że radzą sobie same.

Rozumiem pana Szczygła; wydaje się, że wiem, czemu ten swój esej napisał – bo to jest esej bardzo osobisty, ale zarazem użyteczny podręcznik do nauki propedeutyki zawodu. Napisał to ze znudzenia powtarzaniem przy każdej okazji prawd mniemanych o dziennikarstwie. A miejcie to wszystko, co wiem i myślę, w jednej całostce i nie zawracajcie więcej głowy. Dajcie się zająć czymś innym, na co akurat mam ochotę. Obawiam się wszelako, że to, co napisane, może mu wrócić bumerangiem. A solidne, wydawałoby się, tezy, godne habilitacyjnej dysertacji, okażą się jeno prowizorycznym wstępem do koniecznej, oczekiwanej i solidnie pogłębionej teorii żurnalistyki i reporterki współczesnej.

Zaś przy okazji mam tę niewzruszoną pewność, że nie ma wystarczająco dobrego powodu – ba, żadnego nie ma powodu, aby pozostawić w zawieszeniu imperatyw sformułowany przez pana Szczygła w tytule. Przeto jeszcze raz powtarzam: gdy fakty tańczą, zmuszane do pląsania przez reportera, prawda czuje się skrzywdzona, wystając pod ścianą – porzucona i całkiem nieinteresująca. Prawda nie umie i nie może tańczyć. Nie umie też o siebie dbać. Więc o co chodzi w reportażu? O prawdę w swej nagiej bezbronności, czy o wirujące w rytm muzyczki (kto gra?) zdarzenia, zwane faktami, wprawiane w ruch przez reportera-demiurga? Reportaż to prawda czy demonstracja zajętego tylko swoim ego podglądacza? Szczygieł, ja panu dobrze radzę: przemyśl pan to jeszcze raz – i dopiero potem wrzeszcz… Poza tym to dobra lektura ogólnokształcąca – nie tylko dla ludzi zamierzających oddać się pasji pisania. Dla „tylko” czytających też. Dowiedzą się, jak smakuje ból istnienia…

Tomasz Sas
(23 06 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *