Morderców tropimy w czwartki

5 października 2020
Richard Osman
Morderców tropimy w czwartki

Przełożyła Anna Rajca-Salata
Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2020

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Wesołe jest życie staruszka…

Nie oszukujmy się: u większości (szacowanej na jakieś dziewięćdziesiąt procent) poddanych Jej Królewskiej Mości Elżbiety Drugiej, przebywających aktualnie na emeryturze, budżety osobiste spinają się ledwo-ledwo lub wcale. Jak u nas… Załóżmy przeto, że owa przeważająca, bo dziewięćdziesięcioprocentowa większość emerytów nie zajmuje się niczym innym, niż usilnymi próbami zaktywizowania, poprawy bilansu środków pozostających do dyspozycji miesiąc w miesiąc, podejmując jakieś zajęcia, na ogół niskopłatne, ale to zawsze coś. Lecz te dziesięć procent… No cóż, ćwiartka lub nawet jedna trzecia z nich w ogóle nie ma żadnych problemów materialnych, a zgromadzony przed emeryturą kapitał pozwala – primo: korzystnie sprzedać mieszkanie w Londynie czy domek w Cottswolds, a za zarobione pieniądze nabyć – secundo:jakieś mas lub małe chateau w Prowansji, farmę w Burgundii lub Normandii, willę w Toskanii, hacjendę na Majorce, apartament pod Malagą, opiti (domek znaczy, po grecku…) na Korfu, albo zgoła hotelik na Bahamach, by – tertio: zniknąć z pola widzenia, zwłaszcza służb podatkowych Zjednoczonego Królestwa. Ci nas nie obchodzą.

Pozostaje liczna gromadka emerytów, czerpiących z państwowych, komunalnych i prywatnych funduszy ubezpieczeniowych, oprócz tych zabezpieczeń posiadających zaskórniaczki w postaci ładnie spęczniałych kont bankowych, portfeli akcji i obligacji, lokat i papierów dłużnych. Byli bankowcy, zapobiegliwi lekarze i dentyści, spensjonowani funkcjonariusze Home Office, maklerzy i agenci ubezpieczeniowi, działacze związkowi, personel latający linii lotniczych, weterani i oficerowie sił zbrojnych Jej Królewskiej Mości, wykładowcy uniwersyteccy, hydraulicy z Polski (jeśli decydują się zostać w UK…), dziennikarze i aktorzy z wyższej półki, załoganci naftowych platform wiertniczych, farmerzy, którzy posprzedawali swą ojcowiznę (głównie owcze pastwiska…) pod budowę parków rozrywki i apartamentowców oraz inni, których dzieciom się baaardzo powiodło… Ludzie ci mają wystarczające środki, by wieść samodzielne życie, ale za mało sił i zdrowia, by wymaganiom (i scenograficznym didaskaliom…) samodzielności sprostać. Ich godne zazdrości, imponujące zasoby i możliwości finansowe czynią z nich atrakcyjny target rynkowy, czyli grupę docelową. Skazani na samodzielność (nie ma rodzin trój pokoleniowych w Wielkiej Brytanii; dzieci poszły na swoje i rozproszyły się od Vancouver po Wellington, od Port Stanley po Singapur) – mają środki, by sobie tę samodzielność kupić…

Naprzeciw popytowi na określony styl życia wyszła podaż – gromadka przedsiębiorczych inwestorów-deweloperów zabudowuje urocze zakątki południowej Anglii całymi „winogronami” osiedli apartamentów (drogich jak cholera!) dla emerytów – stwarzających złudne wrażenie tej samodzielności – ale pod ścisłym, dyskretnym nadzorem, pod parasolem bezpiecznych urządzeń socjalnych: z własną służbą zdrowia, infrastrukturą rekreacyjną, gastronomią (raczej na poziomie „Claridge’a” niż szpitalnej stołówki), terapią zajęciową, swobodą zrzeszania się… Słowem: luz, blues, ultramaryna – bo po takie pieniądze warto się schylić! I właśnie do takiego świata prowadzi nas Osman – do ekskluzywnego osiedla dla lepiej sytuowanych pensjonariuszy, w którym emeryci prowadzą aktywne życie (w niektórych przypadkach może nawet nadaktywne, nawet seksualnie), a właściciel przybytku dba o ich rozrywki – w obawie, by z nudów nie zaczęli na przykład przyglądać się księgowości. Ale i tak niektórzy z nich na własną rękę szukają ujścia dla swych kapitałów doświadczenia i potencjałów intelektualnych (bo z ruchowymi to już gorzej…).

W osiedlu Coopers Chase (przebudowanym z nieużywanego już zgodnie z przeznaczeniem żeńskiego klasztoru w hrabstwie Kent) wąskie, ale dość wyspecjalizowane grono lokatorów założyło ni mniej ni więcej, tylko Czwartkowy Klub Zbrodni – wykorzystując fakt, że jedna z założycielek (ostatnio już nieczynna, powalona przez Alzheimera bodajże i jakiś wylew lub udar…) była komisarzem policji i zgromadziła (niezbyt legalnie, ale co tam…) sporą kolekcję kserokopii akt spraw nierozwiązanych. Wyostrzone i rozbudzone na tych starych zagadkach intelekty są nie do powstrzymania, gdy zjawia się prawdziwa, aktualna sprawa kryminalna – i to od razu morderstwo (pełnokrwiste – w sensie dosłownym też…). Oto przedsiębiorca budowlany o nazwisku Curran, zajmujący się dotąd konserwacją i planowaną rozbudową Coopers Chase, ginie od ciosu ciężkim tępokrawędziastym narzędziem w głowę. Spróbujcie teraz powstrzymać i zniechęcić emerytowanych detektywów-amatorów! Potrafilibyście? Bo ja nie… Regulaminowo usposobiony nadkomisarz Chris z lokalnej policji i jego asystentka, ciekawska posterunkowa Donna, też nie potrafili.

W tej sytuacji czworo emerytów – była pielęgniarka, były działacz związkowy, były psychiatra i była (no cóż, nie jesteśmy związani tajemnicami tajnych służb Jej Królewskiej Mości, więc możemy to ujawnić i napisać…) agentka MI6 – rozkręca śledztwo lepiej, efektowniej i szerzej niż policja. A okazji przybywa, bowiem niebawem druga ofiara – niejaki Ventham, deweloper i właściciel Coopers Chase (prawdę mówiąc, dość szemrany typ) – szlusuje do kompletu zwłok i to nader efektownie: na oczach licznie zgromadzonej publiczności… Intryga zagęszcza się i zapętla, ale klarownie tudzież komunikatywnie, co wystawia świadectwo profesjonalnej sprawności narracyjnej debiutantowi. Richard Osman bowiem, choć twórca z niego dojrzały i popularny (50-letni, dwumetrowy prezenter telewizyjny, reżyser i kreatywny autor formatów teleturniejowych dla wytwórni Endemol, scenarzysta i ceniony stand-uper…) – w branży powieści kryminalnej jest początkujący.

Oczywiście nie zdradzimy (mamy wszak umowę…) szczegółów zagadki – brnięcie w jej zasadzki razem z czworgiem detektywów to czysta przyjemność, intelektualna perwersja i doskonała zabawa. Osman skądś wie, jak to się robi… Talent do opowiadania ma, ot co. I oko do szczegółów – tych, które nie zamulają narracji, ale pełnią rolę ziarenka pieprzu. Dawno nie czytałem czegoś lepiej i zgrabniej napisanego. Toteż, gdy książka pojawi się niebawem (podobno w połowie października) na rynku, dajcie się skusić na kawałek dobrej, pierwszorzędnej zabawy intelektualnej. No i dla patriotów mamy polski akcent – jednym z ważnych bohaterów jest niejaki Bogdan, złota rączka, budowlaniec spod Krakowa, od lat na Wyspach – pozytywny, choć… – ale nie uprzedzajmy narracji…

Tylko jeden problem miałem z tą lekturą – poszukując „niewymuszonego humoru” tudzież „ironicznego brytyjskiego dowcipu”. Bo tak sobie na zachętę radośnie i beztrosko „blurbują” wydawcy. Szukałem i słowo daję, że nie ma. Ani grama… No, ale powołują się na Iana Rankina („Bardzo inteligentna i zabawna.”), czy na samą Val McDermid („Uwielbiam tę powieść! Jest ciepła i mądra.”) – więc coś powinno w tym być… Ale gdzie? To jest naprawę przyzwoity kryminał, ale raczej nie komedia kryminalna. Lekkość intrygi i powaby fabularne – to za mało, by taką łatkę przypiąć, a na siłę tego robić nie warto. O mniemanej komediowości i dowcipie narracji decyduje nie tylko sytuacyjna architektura opowiadania – anegdoty, skojarzenia, zbitki, kalambury, akcenty persyflażowe i satyryczne, wtrącenia i dygresje… Decyduje przede wszystkim język. Nie znam tekstu w angielskim oryginale, zakładam wszakże, iż humor jest jego cechą immanentną, skoro tacy mistrzowie jak Rankin i McDermid zachwalają… To dlaczego polski tekst miejscami sztywnością przypomina dekiel od trumny? Czyżby coś lost in translation? To tylko taka niezobowiązująca supozycja – bez zamiaru napominania kogokolwiek…

W każdym razie – pobawić się intrygą można, ale uśmiać z niej raczej trudno. Lecz nie w tym rzecz. Ważne, że czasu się nie traci.

Tomasz Sas
(5 10 2020)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *