Król przyjmuje

26 kwietnia 2020
Eduardo Mendoza 


Król przyjmuje
Przełożył Tomasz Pindel
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2019

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Dynamika korka na fali…

Koncept ten jest eksploatowany w literaturze tzw. Zachodu (w sensie cywilizacyjnym) od dawna: gdzieś w lodowatych pustkowiach rusko-tatarskiej Północy, a właściwie Północo-Wschodu, poza granicami oswojonego świata – ubi leones (jak pisano na starożytnych mapach) – leży sobie kraina osobliwa, idealnie dopasowana do dowolnych wyobrażeń wyobrażającego sobie. Raz jest to barbaria kompletna, krwawa satrapia i absurdalna dyktatura. Jakaś Krymtataria czy ugrofińska hiperborea. Albo lodowate królestwo trolli-kanibali… Innym zaś razem to sielankowa szlarafia, utopijna kraina intensywnej szczęśliwości, zarządzana przez Rozum i Miłość w tandemie, wielce oświecona i demokratyczna (albo absolutystyczna – wedle potrzeb…). Nawet gdy realnie istniejące w tamtych rejonach wyobraźni dziedziny odkryto, zdobyto i opisano, nadal funkcjonowały one jako fabularne dekoracje dla najdzikszych harców imaginacji. Ba, funkcjonują w tej roli do dzisiaj, choć to, co się tam wydarzyło i wciąż zdarza naprawdę, o ileż bardziej nadaje się jako tworzywo literackie…

Eduardo Mendoza wśród eksploratorów hiperborejskiego mitu wyróżnił się osobliwym… lenistwem. Ten hiszpański pisarz (a właściwie kataloński, aczkolwiek w wojence Barcelony z Madrytem zajmuje stanowisko neutralnie ambiwalentne) nawet nie pofatygował się w głąb hiperborejskich krain, tylko po prostu został nad Bałtykiem. Nad jego brzegiem, gdzieś między Żmudzią a Estonią usypał sobie z piasku, posługując się wiaderkiem i łopatką – narzędziami podprowadzonymi dzieciom z jakiegoś niezbyt wyrafinowanego przedszkola wyobraźni – małe królestwo Liwonii. Aktualnie (czyli w latach 60. ubiegłego stulecia, gdy zaczyna się akcja powieści „Król przyjmuje”…) nieistniejące, a to z powodu miażdżącej dominacji niejakiego Związku Radzieckiego w tym rejonie. Liwonia Mendozy to obszarowo niewielka monarchia dziedziczna, zjednoczona z czterech prowincji i niepodległa od szesnastego wieku, której ostatni władca mający to szczęście i niewątpliwy przywilej stąpania po ojczystej ziemi – niejaki Piotr IV – dokonał fatalnego wyboru dziejowego, albowiem wraz ze swoją dywizją liwońskich strzelców przyłączył się do kontrrewolucji Białych w Rosji, a kampanię zakończył jako towarzysz walki barona Romana von Ungerna-Sternberga (swoją drogą ciekawostka historyczna w wykonaniu Mendozy – nadbałtyccy Liwończycy w Mongolii?), potem przedostał się do Polski (?) i rozpoczął wygnańczy los króla na emigracji. Do śmierci w 1957 roku, „tułając się” po alpejskich i śródziemnomorskich kurortach, jak wielu innych jemu podobnych władców wyzutych z dziedzictwa przez rewolucję i jej podobne wypadki, absorbował kroniki towarzyskie oraz popularne pisemka plotkarskie… Przy czym te ostatnie robiły to bez entuzjazmu, a to zważywszy na plamę w życiowych dokonaniach ex-króla, który w swoim czasie mocno postawił na III Rzeszę i Hitlera…

Oczywiście Liwonia Mendozy coś nam przypomina – mianowicie jedną z krain bałtyckich: Łotwę. Pomijając, że od początku XVIII wieku należała do Rosji, a samodzielnym królestwem nie była nigdy – faktycznie składa się z czterech krain – Kurlandii, Semigalii, Łatgalii i właśnie Liwonii. Jej prawdziwe dzieje niewiele lub zgoła nic miały (i mają) wspólnego z fantazjami Mendozy. Ale zaręczam, że są fascynujące, pełne zakrętów i nieoczekiwanych zmian sytuacji, tajemnic, epizodów wielce wstydliwych na przemian z chwalebnymi. Decyzji głupich i decyzji mądrych, aktów heroizmu i aktów barbarzyństwa… To wszakże temat na osobne opowiadanie.

Liwońskie fantazje Mendozy w sposób oczywisty nie trzymają się kupy ani prawdopodobieństwa. Ale na użytek intrygi fabularnej mają odpowiedni pałer (w sensie power, czyli przekonującą moc sprawczą…). Bohater „Zasad dynamiki” (ujawnię w tym miejscu, że „Król przyjmuje” jest pierwszą częścią zakrojonej na trylogię powieści pod takimże tytułem – zasady dynamiki…) – onże podmiot liryczny i narrator w pierwszej osobie, czyli kataloński młodzieniec Rufo Batalla – styka się z liwońskimi klimatami już w pierwszym epizodzie swej opowieści. Po studiach filologicznych i dłuższym stypendium w Londynie Rufo wraca do Barcelony i dostaje posadę praktykanta w lokalnej popołudniówce – pisemku tyleż szmatławym, co zachowawczym (zresztą wtedy innej prasy niż konserwatywna lub skrajnie konserwatywna w Hiszpanii nie było…). No i w środku lata (oraz sezonu urlopowego) naczelny wysyła go na Majorkę, by zrelacjonował ślub pewnego europejskiego księcia-emigranta z damą, wywodzącą się z kręgów jakoby zbliżonych do brytyjskiej dynastii panującej. Książę nazywa się Tadeusz Maria Clementij Tukuulo (dla przyjaciół Bobby…) i jest prawowitym synem oraz dziedzicem monarszych pretensji wspomnianego tu już Piotra IV – do tronu Liwonii oczywiście… Rufo – mimo pewnych przykrości, które na niego spadły – zaprzyjaźnia się z księciem (i z jego narzeczoną – nawet dość intymnie…), dostaje wywiad na wyłączność, ozdobiony ekskluzywnymi zdjęciami, spędza kilka miłych chwil w światku wędrownej arystokracji alpejsko-śródziemnomorskiej. A wszystko razem wyglądało jak mokry sen Porfiria Rubirosy, dominikańskiego playboya z epoki o chwilę wcześniejszej…

Za czas jakiś Rufo odwdzięczył się księciu pozwalając założyć na swoje nazwisko (czyli w charakterze słupa) rachunek bankowy – zapewne na potrzeby emigracyjnego dworu Liwonii i jego antysowieckiej dyplomacji. Ale kłopotów z tego powodu nie było żadnych – przynajmniej na razie. Natomiast Rufo skorzystał z uznania, jakie w środowisku redaktorów i wydawców prasy przyniosła mu akcja na Majorce – powierzono mu redagowanie plotkarskiego magazynu z wyższych sfer o tytule „Gong”. A gdy po paru latach instytucjonalne plotkarstwo znudziło go nad wyraz, a na dodatek zerwał obiecującą znajomość z dziewczyną, która – co tu ukrywać – trochę go wystawiła, i to dla zabawy, wystarał się o posadę w nowojorskiej ekspozyturze hiszpańskiego biura handlowego i przeprowadził z Barcelony na Manhattan…

W Nowym Jorku Rufo wiódł biedne (państwo hiszpańskie nigdy zbyt hojnie swym urzędnikom nie płaciło), ale w miarę atrakcyjne życie bywalca (młody, samotny, niegłupi, trochę lewicujący i w zasadzie do pewnych granic wypłacalny…) przyjęć i innych towarzyskich zdarzeń. Miał trochę znajomych, w tym kobiet, akceptujących szybką wymianę usług oraz niegroźnych odmieńców płci męskiej, choć niezbyt fanatycznych; praca go niespecjalnie absorbowała… Wszystko w stylu spóźnionego, epigońskiego „Śniadania u Tiffany’ego” – ale daleko bardziej zliberalizowanego i strywializowanego. W sumie – okoliczności nadające się do życia. Życia takiego, jaki Rufo akceptował – życia lekkiego korka w strumieniu czasu, nie używającego własnych sił (lub innych sił…) do nadania kierunku swemu przemieszczaniu. W istocie – pierwsza zasada dynamiki sir Isaaca Newtona, zakładająca, że jeśli na ciało nie działa żadna siła, bądź działające równoważą się – to ciało pozostaje w spoczynku lub porusza się ruchem jednostajnym po linii prostej. Czyli jego atrybutem jest bezwładność…

A więc „Król przyjmuje” to pierwsza z „Zasad dynamiki”… Mendoza umiejętnie lawiruje swym bohaterem, by inercyjnie kręcił się po świecie, nie zmuszając się do samookreślenia czy – nie daj Boże! – do obrania jakiegokolwiek kierunku. Takich wycofanych młodych (stosunkowo) Hiszpanów kręciło się po świecie wielu. Mentalnie stłamszeni frankizmem, nie rozumieli świata, który nagle się im otworzył, a nawet wlał bezczelnie do ich sanktuariów, na ulice, do barów i knajp, na plaże. Wycofywali się, bowiem nie wiedzieli, co o tym wszystkim sądzić. Przecież widzieli, że z drugiej strony ich ojcowie – ciągle krzepcy falangiści – oliwili swoje stare karabiny i pomstowali na nowe porządki… Wiele wskazuje na to, że Mendoza w postaci Rufa Batalli sportretował sam siebie (w końcu też pracował na Manhattanie, tyle że w ONZ…), lekko, bezpretensjonalnie unosząc się w nowojorskim pejzażu.

Druga zasada dynamiki już nie jest taka luzacka – jeśli siły działające na ciało nie równoważą się, nabiera ono przyspieszenia w kierunku wskazanym przez wypadkową tychże sił. A to oznacza, że w drugim tomie Mendozy Rufo Batalla dostanie kopa od historii, a jego inercyjna, wygodna egzystencja przyspieszy – niekoniecznie wedle woli jego własnej… W końcu znów spotkał się z księciem Tukuulo – niemal konspiracyjnie (na hasło „pierogi”). Przeto lektura powieści „Król przyjmuje” – choć delikatnie zapowiada tylko przyszłe perturbacje – godna jest uwagi…

Tomasz Sas
(26 04 2020)

P.S. Panu doktorowi Tomaszowi Pindelowi (a może Pindlowi – bo już się gubię…) do sztambucha translatora. Czasem warto, dla jasności wywodu, zrezygnować z tłumaczenia wszystkiego bardzo dosłownie na polski. Wygląda to jak paradoks lub absurd zgoła, ale nie do końca. Oto w tekście u doktora Pindela (Pindla?) pojawia się parokrotnie jakaś Gwardia Obywatelska – formacja jakby porządkowa, w zasadzie przyjazna, no, może neutralna. (Wydaje mi się zresztą, że z szerszego kontekstu historycznego wynika, iż hiszpańskie słowo guardia akurat w tym przypadku lepiej byłoby przetłumaczyć słówkiem straż…). Tak – taka gwardia (a może straż?) obywatelska to zabieg językowy o iście orwellowskim przekazie – sugeruje, że to może formacja ochotnicza, pospolite ruszenie cywilów ad hoc, powołane do pilnowania prawideł ruchu drogowego, przeprowadzające staruszki przez jezdnię i pilnujące, by nikt na ulicach nie śmiecił. Nic bardziej mylącego. Guardia Civil, bo o nią tu chodzi, była w tamtych czasach formacją policyjną – zbrojnym ramieniem i podporą dyktatury frankistowskiej, naznaczoną ponurą sławą i zbrodniczym zgoła „autorytetem” (może nie takim jak szwadrony śmierci dyktatorów latynoamerykańskich, ale…). A jej rzekoma „obywatelskość” to przewrotna kpina. Więc może lepiej, gwoli prawdy historycznej, byłoby nie tłumaczyć tej Guardia Civil? Niech zostanie pod nazwą, która się kojarzy jednoznacznie… TS

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *