Rozmyślania o fajce i tytoniu

20 listopada 2019
Michał Morawski
Rozmyślania
o fajce i tytoniu

Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Pół wieku
z dymkiem

Ojciec palił fajkę. To znaczy, gdy sięgam pamięcią najdalej, jak potrafię – widzę go z papierosem. Kurzył odświętnie „belwedery” i „wawele”, a na co dzień – „wrocławskie”. Ale gdy pojawiły się pierwsze podejrzenia i objawy sclerosis multiplex, za radą opiekującego się nim wybitnego neurologa profesora Szapiry, tata przerzucił się na fajkę. Profesor Szapiro uważał, że dużo skomplikowanych manualnych czynności obsługowych przy paleniu fajki pomaga usprawniać funkcje dłoni (podobnie jak pisanie na maszynie), a jednocześnie sygnalizuje najszybciej postępy wyjątkowo wrednej choroby. Ojciec miał kilka fajek czeskich koh-i-noora, coś z Albanii, przemyską walatówkę i zacnego niemieckiego oldenkotta, używanego najintensywniej i nieustannie czyszczonego. Tytonie palił krajowe – przedni (o dziwo, bardzo dobry…) i najprzedniejszy (wbrew nazwie dość ordynarna machora…), a na specjalne okazje miał zapasik wonnej, aromatyzowanej chińskiej granulowanej (!) „pandy” w metalowych pudełkach i papierowych torebeczkach z „plisowanym” wierzchem.

Nie skończyłem jeszcze piętnastu lat i nie miałem za sobą żadnych młodzieńczych doświadczeń i prób z papierosami (w sensie ścisłym – nie mam ich do dziś; ani razu w życiu papierosa w ustach nie miałem…), gdy postanowiłem popróbować fajki… Akurat nadarzyła się okazja z dala od domu, na szkolnym obozie wędrownym w Bieszczadach. Fajkę wziąłem z domu – nową, albańską; tytoń nabyłem w trafice, gdzie zawsze kupowałem dla taty, ubijacz-niezbędnik czeski też zabrałem z ojcowskiej szuflady. Nie potrafię opisać, jak smakowała fajka na jagodowym wyrobisku pod szczytem Magury Stuposiańskiej albo przy ognisku na polance w Berehach Górnych… Co zresztą zawdzięczam równie nieopisanemu liberalizmowi dwóch licealnych panów profesorów – od polaka i pewu (nie wiecie, co to? – przysposobienie wojskowe…), którzy zresztą sami od używek różnego rodzaju nie stronili. Pokłony składam dziękczynne, panowie profesorowie, w stronę Krainy Wiecznych Łowów…

Niemal pół wieku później, po ponad stu i pięćdziesięciu przepracowanych fajkach i paruset kilogramach spalonego tytoniu, kres nagły i nieodwołalny memu obcowaniu z dymkiem żarzących się liści Nicotiana tabacum L. położyli medycy, a konkretnie jedna wyszczekana, kategorycznie nie znosząca sprzeciwu osóbka z ekipy kardiologów profesora Gawora w łódzkim szpitalu Kopernika. Według niej miałem rzucić, żeby żyć. No to rzuciłem, z dnia na dzień, bez okresu przejściowego, bez odzwyczajania się. Ot tak, na pstryknięcie palcami. Niczego bardziej nie żałuję. Lecz cóż – w zasadzie nie miałem wyboru. Fajki jednak zostały ze mną w domu… Stoją teraz, co jakiś czas pieczołowicie odkurzane, między książkami na półkach. Nie wyrzuciłem ani jednej. Nie mógłbym… Przyjaciela? Talizman? Powiernika? Świadka? (Czego, to już może zmilczmy…)

Czy zatem mogę uważać się za eksperta w dziedzinie fajczarstwa i fajkopisarstwa? Oczywiście nie – żadną miarą. Zwłaszcza że byłoby to „ekspertyzowanie” samozwańcze. Może tylko w dziedzinie obsługi fajki i samej techniki palenia nie dałbym się i dziś, po długiej skądinąd przerwie, zagiąć żadnemu fachowcowi – bo to kwestia doświadczenia, czasem pamięci mięśniowej (to tak jak z seksem czy jazdą na rowerze…); osobliwie gdy zdobywa się je metodą prób i błędów, nie korzystając z gotowych recept ani tutorialu. Natomiast kilku innych szczegółowych dziedzin fajczarstwa nie opanowałem na poziomie eksperckim – z braku czasu (trzeba było zarabiać na życie w innej branży…) oraz środków (niektóre z dziedzin fajczarstwa są – co tu ukrywać – piekielnie drogie…). Osobliwie żałuję, że mam luki w zakresie tytonioznawstwa. Oraz że tak niewiele odbyłem podróży do krain, stolic i świątyń fajki. Dlatego rzadkie okazy literatury fajczarskiej – niezależnie od poziomu własnej (i ich autorów) wiedzy – czytam i kolekcjonuję namiętnie.

„Rozmyślania o fajce i tytoniu” Michała Morawskiego to dziełko szczególne. Autor pisał tę niewielką objętościowo (niespełna sto stron niewielkiego i nietypowego formatu…) książeczkę dwa razy w życiu. Najpierw zaczął… z nudów trzydzieści lat temu (pod wpływem przymusowego oglądania telewizji norweskiej, co było aktem odwagi, zagrożonym wtedy ciężką depresją…) i w 1991 roku wyszło drukiem jego erudycyjne kompendium „O fajce prawie wszystko” – wtedy absolutna nowość na rynku polskim. Dwa lata później ukazała się „Fajka mniej szkodzi” Zbigniewa Turka, który lata całe prowadził fajczarską rubryczkę w krakowskim „Przekroju” Mariana Eilego. To już było poważne kompendium teoretyczno-praktyczne na wysokim poziomie profesjonalizmu. Jedyne takie w polskiej literaturze lajfstajlowej, jeśli nie brać pod uwagę poważnego, obszernego i ostrzegawczego „Tytoniowego szlaku” Krzysztofa Teodora Toeplitza z 2009 roku. Na tle tych dwóch dzieł naukowych niemalże, pionierska książeczka Morawskiego – prawdziwego pasjonata fajczarstwa – właściwie osobisty, lekki i miejscami zabawny esej – wygląda jak ciasteczko z pianką… I tak powinna wyglądać. Palenie fajki to nie arcypoważna dyscyplina naukowa, nie przemysł ciężki, nie olimpijska konkurencja sportowa – ale przyjemność, hobby, zabawa. I tak je traktuje Morawski, wskazując na ludyczne aspekty kulturowe obcowania z dymkiem z żarzącego się tytoniu.

To ważne – tym bardziej, że mówimy tu o zjawisku zanikającym powoli w kulturze, obyczaju, ba – nawet świadomości i pamięci zbiorowej. Przynajmniej w kręgach cywilizacji atlantycko-śródziemnomorskiej (tam gdzie ona jeszcze się rozprzestrzenia…). Fajka jest uboczną i mało widoczną ofiarą systemowej tendencji ograniczania, a nawet zakazywania palenia, a w zasadzie używania tytoniu pod wszelkimi, dającymi się wymyślić postaciami. Krucjata antytytoniowa się szerzy jak pożar stepu – pod dwoma w zasadzie sztandarami. Zdrowotnym, czyniącym dym tytoniowy odpowiedzialnym za kilka postaci chorób nowotworowych, chorób serca i płuc – i to nie tylko bezpośrednio u palącego, ale u wszystkich narażonych na ekspozycję produktów jego „przyjemnościowej” aktywności. To poważny argument (sam jestem poniekąd jego ofiarą) i nie zamierzam ani przez chwilę z nim dyskutować. Osobliwa estetyka i merytoryczna zawartość nalepek ostrzegawczych na paczkach tytoniu zrobiła swoje…

Drugi sztandar antytytoniowej krucjaty rozwijają demokraci i wolnościowcy… Wolność albowiem jest tak długo wolnością, jak długo nie narusza wolności cudzej. Jeżeli zatem palisz, masz prawo to robić tak długo, jak długo nikt nie powie, że twój dym narusza jego prawo do życia w otoczeniu bezdymnym; masz więc prawo palić dopóty, dopóki nikt nie zaprotestuje. By zatem uniknąć kolizji, przenieś się ze swą fajką na odludzie, najlepiej na bezludną wyspę. A jeżeli demokratyczna większość uchwali bezwzględny zakaz, masz się do niego stosować – nawet gdy znajdziesz się w okolicznościach, w których nikomu nie przeszkadzałbyś, kultywując swój nałóg.

Tak tedy fajka znika powoli z pejzażu miast, lasów i gór, nadmorskich plaż i śródjeziornych łąk. Została zepchnięta do jakichś obrzydliwych rezerwatów… Gdy jeszcze paliłem, potrafiłem powstrzymać się na wiele godzin od sięgnięcia po fajkę, więc oszczędzone mi było upokarzające zwiedzanie oszklonych klatek dla palących na lotniskach; tego już mógłbym dzisiaj nie przeżyć. Na szczęście był Morawski, gdy postanowił, że napisze swą dawną książeczkę jeszcze raz – jako miłe wspomnienie, pożegnanie z zamordowanym, wyciętym w pień światem fajki. Michał Morawski to nietuzinkowa postać polskiego życia publicznego i towarzyskiego: rocznik 1945, syn pierwszego premiera polskiego Rządu Tymczasowego Edwarda Osóbki-Morawskiego, za młodu opozycjonista, potem prawnik wybitny (na skalę światową – specjalista prawa lotniczego), podróżnik, kolekcjoner (oczywiście fajek), causeur, meloman… Zmarł dwa miesiące temu; nie jestem pewien, czy zdążył zobaczyć swe „Rozmyślania…” już wydrukowane. Ważne, że doprowadził edycję do tej postaci, którą trzymam w dłoniach. To ślad przeszłej epoki; już jej nie ma, coraz mniej takich ludzi, mniej fajek, mniej czasu…Została tylko lektura, którą gorąco (nie za gorąco: palić fajkę należy sucho i chłodno) polecam.

Przy okazji spełniam życzenie jednego z moich fajkowych przyjaciół, bym zeznał, jakie są (były) moje trzy ulubione i najlepsze moim zdaniem tytonie i jakie trzy fajki cenię najwyżej. Gdy zaczynałem przygodę z fajką, królową polskiego rynku, niepodzielną władczynią była czerwona (kolor obwoluty paczki-kopertki) amphora – mocno wilgotna, smoliście aromatyzowana ekstraktem wanilinowym, holenderska mieszanka firmy Douwe Egberts, dostępna tylko w Peweksie (60 bonów-centów), rzadziej w komisach lub delikatesach, prowadzących skup z paczek zagranicznych. Miała kilka sióstr, ale gdy fajczarze spierali się co do jakości czerwonej, niebieskiej, zielonej i brązowej tudzież ich przydatności w mieszankach domowej proweniencji, ja już odkryłem przyjaciela na długie lata – droższy (o cale 30 centów na paczuszce 50-gramowej, skurczybyk!), również holenderski, ale z firmy Theodorus Niemeyer, cienko krojony, kędzierzawy clan. To ci było palenie! Ostatnią w mej fajkowej karierze półkilogramową blaszankę z clanem przywiozłem ze strefy wolnocłowej na lotnisku w Seulu (na dolara i 95 centów była przeceniona…) na początku lat 90. ubiegłego wieku. Potem aż do nagłego końca palenia, uległem czarowi produktu duńskiej firmy A&C Petersen – tytoniowi kentucky bird: pięknie zbalansowanej mieszance virginii i burleya, z jakowymyś kwiatkami i fantastycznym aromatem bergamotowym, jak w najlepszej herbacie earl grey…

A co do fajek – sprawa prosta… Najlepsze na świecie są irlandzkie Petersony z Dublina, francuskie Butz-Choquiny z Saint-Claude w Jurze (przy granic szwajcarskiej) i crème de la crème: włoskie produkty firmy Savinelli z Mediolanu (sklep przy via Orefici 2, naprzeciw Duomo…). To jest mój wybór…

Tomasz Sas
(20 11 2019)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *