Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego

12 lipca 2019

Maurizio
de Giovanni
Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Przełożył Maciej A. Brzozowski
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019

Rekomendacja: 2/7
Ocena okładki: 3/5

Neapolitańskie zmory…

Wszechmogący to nie handlarz,
w soboty nie płaci
stare neapolitańskie przysłowie

Patentowany ponurak, mizantrop, samotny służbista-perfekcjonista, regulaminowa nemezis funkcjonariuszy neapolitańskiej kwestury policji królewskiej, nielubiany powszechnie wśród współtowarzyszy służby – a dotyczyło to na równi podwładnych i przełożonych (z nielicznymi wyjątkami…) – komisarz Luigi Alfredo Ricciardi, baron di Malomonte, wiosny nie lubił. Podobnie jak trzech pozostałych pór roku, miasta i mieszkających w nim ludzi. Niczego nie lubił – no, może wyjąwszy pewną anonimową (ale to się niebawem zmieni…) panienkę z naprzeciwka, którą namiętnie (i ponuro…) podglądał przez okno wieczorami. Być może jeszcze swoją pracę lubił, ale nie okazywał tego na tyle entuzjastycznie, by ktokolwiek fakt ów zauważył. Lubił też sfogliatelle – neapolitańskie desery z kruchego ciasta typu francuskiego (jak w naszych napoleonkach) nadziane słodkim twarożkiem ricotta i… pszeniczną kaszką manną, ale od czasu zniknięcia prawdziwej kawy z rynku (jakieś sankcje Ligi Narodów, czy coś w tym rodzaju…), zastąpionej obrzydliwym zbożowym surrogato z cykorią, i do sfogliatelle jakoś stracił serce. Bo bez łyka espresso doppio to już nie to samo…

Komisarz Ricciardi był tolerowany mimo wszystko, albowiem miał niepowszednie sukcesy śledcze – stuprocentową nieomal wykrywalność, co w stolicy camorry było osiągnięciem nie lada. Do tego chętnie przyzwalał, by chwała spływała na kwestora i wicekwestora; sam nie lubił pchać się na pierwszy plan i brylować w prasie. Z tego powodu nikt mu się do roboty na ogół nie wtrącał – i to zadowalało go najbardziej… Dlatego gdy rano przyszło wezwanie do zbrodni w ubogiej dzielnicy Sanità, Ricciardi ruszył na spotkanie przeznaczeniu, odrywającemu go od nielubianych papierzysk, raportów i formularzy, z rutynowym zadowoleniem, choć wiedział, że nie poprawi mu to samopoczucia… Ofiara zbrodni Carmela Calise – staruszka trudniąca się wróżeniem z kart i po trosze… lichwą na umiarkowaną skalę – została brutalnie zatłuczona i skopana na śmierć, co nawet w nawykłym do zbrodni Neapolu było dość osobliwym modo operandum. Odkrycie zeszytu z zapiskami „wywiadowczymi”, wspomagającymi skuteczność procesu wróżenia i pudełka z wekslami zwiastowało mnóstwo roboty śledczej i dziesiątki przesłuchań klientów donny Calise – głównych podejrzanych. Albowiem is fecit, cui prodest. Pożyczki – sprawa oczywista, ale wróżby? No cóż, mogło się okazać, że były bardzo nietrafione. Albo przeciwnie: wyjątkowo trafione…

Weźmy na przykład taką Emmę Serra di Arpaja, młodą żonę (dużo młodszą…) szanowanego sędziego i profesora Ruggera Serra di Arpaja – z samego szczytu neapolitańskiej socjety. Czego chciała od wróżki, bo pieniędzy raczej od niej nie potrzebowała? Albo taki Tonino Iodice, pizzaiolo pożyczający forsę na rozkręcenie interesu z pizzą; ale interes się nie zakręcił, więc oddać nie było z czego… I tak dalej – co klient, to dobry powód, aby staruszkę ukatrupić… Z tym, że pizzaiolo Iodice plasował się na szczycie listy podejrzanych. Ale komisarz Ricciardi kręcił nosem – takie rozwiązanie wydawało mu się zbyt proste, zbyt oczywiste, a on na skróty nie lubił chodzić… No i jego słynna intuicja śledcza w sprawie pizzaiola Iodice nie miała nic do powiedzenia…

W tym miejscu musimy się zatrzymać. Nie tylko dlatego, że tradycyjnie nie zdradzamy zawiłości intrygi, by przyjemności samodzielnego pokonywania zagadek i zasadzek sprokurowanych przez autora czytelnikowi nie odbierać. Zatrzymamy się, by zrobić małe, niewinne w istocie odniesienie do pewnego kreatywnego chwytu literackiego, zastosowanego nader uporczywie przez Maurizia de Giovanniego. Otóż wspominając ponadnormatywną intuicję komisarza Ricciardiego, mieliśmy na myśli raczej wykreowaną przez autora pewną nadprzyrodzoną zdolność pozazmysłowej komunikacji neapolitańskiego policjanta… ze zmarłymi, a osobliwie ofiarami przestępstw. Ricciardi po prostu słyszał, co mówili mu nieboszczycy… Słyszał ich ostatnie słowa, mógł wyciągać wnioski w kwestii sprawców. Czyli osobliwy rodzaj transcendentalnej telepatii kryminalistycznej… I nie był to jednorazowy akt komunikacji – komisarz Ricciardi słyszał gwałtownie zmarłych nieustająco – gdy tylko zbliżył się do miejsca zbrodni czy wypadku; a dotyczyło to aktów niespodziewanych zgonów sprzed wielu miesięcy, nawet lat. Neapol jest miastem średniej wprawdzie wielkości, ale tamtejsze statystyki zbrodni i zdarzeń gwałtownych są nadprzeciętnie obfite – z powodów, których tłumaczyć nie trzeba… Terytorium municypalne jest przeto usiane miejscami zdarzeń, odnotowanych w kronikach kryminalnych. Na każdym z nich „rezyduje” astralny fantom ofiary, którego „wizytówkę” czyli ostatnie słowa Ricciardi słyszy – a to przemawia ofiara wypadku drogowego, a to ofiary ulicznej strzelaniny czy katastrofy budowlanej. Chodzenie po mieście w tej sytuacji jest aktem desperackiej determinacji, zgoła udręki… Nie wspominając o normalnej pracy. A Ricciardi odkrywa, że nie tylko on jest dotknięty tą osobliwą „telepatią”; kilkunastoletnia Antonietta, sąsiadka zamordowanej staruszki Calise, osoba mocno upośledzona intelektualnie (może niezdiagnozowany autyzm?) – też tak ma. Choć sama z siebie nie mówi, potrafi powtórzyć zasłyszane od zmarłych słowa i zdania – jak prawdziwe spirytystyczne medium, jakiś Jasio Guzik czy inny emitent ektoplazmy…

Otóż na takie praktyki literackie ja się fundamentalnie, zasadniczo nie godzę. Oczywiście można przekraczać, nawet łamać konwencje, gatunkowe „regulaminy” i umowne (ale zobowiązujące) zasady snucia intrygi. Ale nie w klasycznym kryminale. Horror, thriller psychologiczny, gotycka powieść grozy – proszę bardzo… Pod warunkiem, że czytelnik będzie uprzedzony. A kryminał to logika, kryminologia z kryminalistyką, tropienie śladów, odgadywanie intencji, motywów, pojedynek wiedzy ze zbrodnią. W sumie praca umysłowa (czasem fizyczna…). Wprowadzanie czynnika transcendentalnego, metafizycznego to oszustwo na wielką skalę – ominięcie wymogu przyzwoitego, logicznego rozumowania, deformacja praw nauki i w ogóle świata rzeczywistego. To ucieczka w stronę łatwizny fabularnej.

I może to sobie być pięknie napisane (a „Krew z mojej krwi” spełnia ten wymóg z naddatkiem…), ale wrażenie niesmaku pozostaje. Oto dajemy się robić w trąbę publicznie i w kiepskim stylu. To literacka hochsztaplerka, żonglowanie emocjami, nabieranie. Podpowiedź z zaświatów? Taki greps całkiem dyskwalifikuje uczciwego autora rozrywkowej literatury kryminalnej. Nie odbiera mu wprawdzie lauru twórcy, ale patent rzemieślnika – jak najbardziej… Rzemiosło bowiem polega na prawdzie, na wierności utrwalonym, bez mała skodyfikowanym zasadom. Sztuki jednak takie uregulowanie nie dotyczy. Przeciwnie: jej obowiązkiem jest wszelkie ograniczające zasady łamać i znosić. Im szybciej, tym lepiej…

Więc niech tam sobie pan Maurycy pofolguje fantazji twórczej. Atmosfera się liczy, może bardziej niż odpowiedź na pytanie: kto zabił? A kto zabił? Będziecie zaskoczeni, lecz nie zawiedzeni; w konstruowaniu zagadek de Giovanni jest dobry. A zacytowane na wstępie stare neapolitańskie przysłowie „Wszechmogący to nie handlarz, w soboty nie płaci” oznacza mniej więcej tyle, że za każdy nasz czyn pora zapłaty nadejdzie nieuchronnie, choć niekoniecznie jak za weksel, czyli w umówionym terminie płatności; prolongata może trwać i trwać – aż poza czas życia i śmierci, do ostatecznego rozliczenia. Wydaje się, że niektórzy neapolitańczycy zbyt wiele wiary pokładają w boskich wyrokach; ci, którzy tego nie czynią, biorą sprawy w swoje ręce…

Tomasz Sas
(12 07 2019)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *