Pamiętnik księgarza

9 lipca 2019

Shaun Bythell
Pamiętnik księgarza
Przełożyła

Dorota Malina
Wydawnictwo Insignis,

Kraków 2019

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Mądrość kurzu…

Obcowanie z książkami w sensie ścisłym (to znaczy ze stosami zadrukowanego papieru w twardych lub miękkich okładkach) jest upodobaniem – a właściwie stylem życia – dość ekstremalnym, choć ciągle jeszcze nadspodziewanie rozpowszechnionym. Ba, globalne dane przemysłu wydawniczego wskazują nieśmiało na pewien rosnący trend popularności książek drukowanych na papierze (w odróżnieniu od zastoju, a nawet spadku sprzedaży zarówno elektronicznych nośników – w rodzaju kindle’a na przykład – jak i samych książek w postaci elektronicznych plików do ściągnięcia z sieci…). Wbrew ponurym przepowiedniom „postępowców” cywilizacja druku na papierze jeszcze czas jakiś potrwa, a Johannes Gensfleisch zum Gutenberg z Moguncji – genialny wynalazca tej technologii – nie musi się w grobie przewracać z rozpaczy…

Oznacza to, że – po pierwsze: nadal będą rżnąć lasy na papier, po drugie: kontynuować będziemy zachęcanie… kurzu do niepowstrzymanego gromadzenia i mnożenia się, udzielając rzeczonemu wygodnego schronienia. Znana mi bardzo blisko, osobiście, intymnie, emocjonalnie i odpowiednio długo znawczyni problemu kurzu i wszelkich możliwych (w tym wielu wielce ekstrawaganckich) technologii jego usuwania twierdzi nawet, że kurz stanowi połowę sumarycznej wagi domowych i publicznych bibliotek. Mojej własnej (jakieś 4,5 tysiąca tomów!) nie wyłączając. Choć walka z nim (kurzem znaczy…) jest jasnym (i podziwianym…) punktem honoru wspomnianej znawczyni problemu kurzu.

Dyskretny zatem zapach kurzu, nie do pomylenia z niczym (rzekomo nawet powierzchnia Księżyca wydziela woń kurzu; tak podobno twierdzą ci, którzy wąchali przywiezione świeże próbki gruntu lunarnego…), pomieszany z wonią papieru w różnych stadiach „dojrzewania”, zapachem farby drukarskiej oraz ingrediencji introligatorskich – to skład atmosfery, którą oddychają miłośnicy książek. Kwaskowo-wanilinowy (dlaczego akurat taki – nie wiem…) zapach domowej biblioteki towarzyszył mi od urodzenia. Potem doszedł wykwintny bukiet starego kurzu i świeżej farby drukarskiej tudzież niespecjalnie luksusowego (jak to w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia bywało) papieru unoszący się w salonach i zakamarkach, wręcz labiryntach wielkiego zaplecza nieodżałowanej łódzkiej księgarni „Pegaz” (Piotrkowska 47). Zaprowadził mnie tam ojciec, zaprzyjaźniony z wieloletnim szefem „Pegaza”, genialnym księgarzem Janem Gierańczykiem. Po śmierci ojca z panem Janem zaprzyjaźniłem się i ja. To jemu zawdzięczam, że „geologiczne warstwy” mej biblioteki, które osadzały się w latach 60.i 70. ubiegłego stulecia, mają nostalgiczny sznyt pewnej takiej elitarności: rzadkie, poszukiwane tytuły, komplety ekskluzywnych wydawnictw, niezbyt masowe serie edytorskie PIW-u, ciekawostki i cymelia, bibliofilskie „bagatelki”, subskrypcje, za którymi uganiał się niemal każdy inteligent „z pretensjami”… Co tu ukrywać: miałem „swoją” półkę w jednym z regałów na zapleczu i przywilej wspólnego rozpakowywania z panem Janem nowych paczek z dostawami (circa dwa razy w tygodniu). Potem płatności były dokonywane w dniach wypłat w kasie studenckiej spółdzielni pracy „Puchatek”; nie zawsze zostawało na kawę i bilety tramwajowe.

W takich to warunkach zaczęła rosnąć moja biblioteka. A kurz oraz zapach papieru i farby towarzyszą mi już stale. Od niedawna doszły do tych wrażeń pewne doznania, ograniczenia fizykalne, związane – jak się wydaje – z prawem powszechnego ciążenia, w połączeniu z upływem czasu. (Czytaj: starzeniem się. Moim…) Otóż książki wydają się coraz cięższe… Nie tylko pojedyncze egzemplarze, choć ambicją niektórych wydawców jest, jak się wydaje, trwała destrukcja stawów dłoni i przedramion swych czytelników; dźwiganie ksiąg podczas czytania jest bolesnym ćwiczeniem z zakresu sportów ekstremalnych. A już operowanie stosikami i stosami ksiąg przypomina coraz bardziej harówkę w kamieniołomie. Do tego na drabinie… Dlatego nie dziwię się, że Shaun Bythell uskarża się na dolegliwości kręgosłupa. Nic dziwnego – dźwigać codziennie po kilkadziesiąt ciężkich kartonów z książkami. Kościec i mięśnie mają prawo wysiąść. Więc nie tylko pylica, ale bolesne zwyrodnienia kręgosłupa i mięśni grzbietu są chorobą zawodową antykwariuszy?

Właśnie – Bythell… Przecież to z powodu lektury jego uroczego, na wskroś szkockiego „Pamiętnika księgarza” zacząłem pisać ten tekst. Shaun, młodociany (teraz zbliża się ledwo co do pięćdziesiątki…) rudy Szkoto-Irlandczyk (to drugie po mamusi) długo po studiach nie mógł znaleźć satysfakcjonującego zajęcia, aż pod wpływem impulsu odkupił (na kredyt…) dychawicznie, agonalnie podupadający antykwariat – od właściciela, wybierającego się na emeryturę. Stało się to w miasteczku Wigtown na szkockiej prowincji (okręg Galloway, samo południe kraju, nad morzem), jakieś półtora kilometra od rodzinnej farmy Bythellów; więc można przyjąć, że to jego rodzinne miasteczko, to Wigtown… Do końca XX wieku zaszczycane co najwyżej kilkuwierszową wzmianką w przewodnikach turystycznych. Ale dzięki Bythellowi i jemu podobnym biznesmenom-entuzjastom dziś Wigtown jest niezwykle popularne – jako Szkockie Miasto Książki, dzięki festiwalowi literackiemu oraz kilkunastu prosperującym księgarniom i antykwariatom. Stali mieszkańcy Wigtown wprawdzie skarżą się, że w miasteczku nie można kupić skarpetek, za to książki w każdej ilości (Szkotom nie dogodzisz…), lecz są dumni ze swego rodaka, który dał im sławę oraz ruch w interesach. „The Book Shop” Bythella jest dziś pierwszą co do wielkości księgarnią antykwaryczną w Szkocji. A Wigtown stało się ważnym punktem na mapie. Mojej również…

Lektura „Pamiętnika księgarza” na pierwszy rzut oka wydaje się zajęciem łatwym, przyjemnym i zabawnym. No cóż, to po prostu dziennik antykwariusza – codzienne zapiski, podjęte 5 lutego 2014 roku i zakończone dokładnie 365 dni później. Dlaczego akurat piątego? Dlaczego w lutym? Shaun jest Szkotem (przypominam z naciskiem w tym miejscu), co oznacza, że został uformowany intelektualnie wedle osobnych i osobliwych reguł, jeszcze nie do końca rozpoznanych przez kontynentalną społeczność Europejczyków. Prowizorycznie zatem przyjmijmy, że to nie przypadek zrządził – Tak-Miało-Być, czyli oczywista oczywistość, że piątego lutego.

Całość to precyzyjne dzienne zapiski (plus raport kasowy…) o wszystkim, co się wydarzyło. A w antykwariacie w Wigtown nudno nie jest… Shaun spisuje swoje utarczki z personelem – głównie z fenomenalnie ekscentryczną Nicky – osobą płci żeńskiej o specyficznym światopoglądzie, wyglądzie, zwyczajach, logice i przekonaniach. Utarczki, dialogi i pieriepały z klientami są równie wysokiej próby satyrycznej – klient w księgarni to niewyczerpane źródło radości, udręki i ekstazy… Potem nieustanny symbiotyczny spór z Amazonem, wiszącym jak monopolistyczny miecz nad głowami niezależnych antykwariuszy. Oczkiem w głowie Shauna są jego nieustające wyprawy po kraju w ślad za księgozbiorami, których pozbywają się właściciele lub spadkobiercy (dużo częściej, coraz częściej, niestety…) Te czasem kilkutysięczne prywatne kolekcje to rdzeń antykwarycznego przeznaczenia: hazard, sukcesy rozczarowania, zaskakujące historie. Doświadczanie zgromadzonej między okładkami zbiorowej mądrości ksiąg… Ale są też w notatkach impresje z życia towarzyskiego i uczuciowego autora, obserwacje gniazd jaskółek i perypetie kota Kapitana, recenzje z funkcjonowania Królewskiej Poczty, depesze z frontu wojny z inwestorem morskiej elektrowni wiatrowej… Jednym słowem: życie. Życie księgarza na szkockiej prowincji w drugiej dekadzie XXI wieku.

Jeden z pomysłów Bythella zaskoczył mnie swą prostotą, urodą i zaskakującą logiką w iście szkockim stylu. Chodzi o KPK, czyli Klub Przypadkowych Książek. Każdy członek klubu po wniesieniu rocznej skromnej opłaty 59 funtów otrzymuje pocztą co miesiąc jedną książkę, ale bez prawa wyboru. To prawo przysługuje właścicielowi antykwariatu, który wysyła książki wyłącznie wedle swego gustu. Członkowie klubu muszą się podporządkować jego decyzjom; zresztą regulaminowo pozbawieni są prawa do korespondencji z sugestiami. Dozwolone tylko listy dziękczynne i pochlebne komentarze w sieci… W swej istocie pomysł genialny, a autora uratował od bankructwa w swoim czasie.

Lektura nawiedzonego duchem szkockiej przekory, specyficznym poczuciem humoru i mizantropii w klasycznie molierowskim stylu „Pamiętnika księgarza” poprawia nastrój miłośnikom książek – zwłaszcza tym, których czasem ogarnia zwątpienie, czy dobrze ulokowali swe uczucia. Osobliwie wtedy, gdy po raz tysięczny bliskie im osoby z familijnego (i nie tylko) otoczenia kwestionują bardziej lub mniej delikatnie (czy niedelikatnie zgoła) ich predylekcję do gromadzenia tych niepotrzebnych nikomu pochłaniaczy tak przecież szkodliwego dla zdrowia kurzu. Są przecież publiczne biblioteki (aha, idźcie tam sobie sami!) i księgozbiory zdigitalizowane, by korzystać z nich na czytnikach elektronicznych. Być może, być może – ale zostawcie nam prawo decydowania, jak chcemy czytać…

Tomasz Sas
(9 07 2019)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *