Trzeci dziennik. 7 maja 2017 – 15 lipca 2018

19 maja 2019

Jerzy Pilch

Trzeci dziennik. 7 maja 2017 – 15 lipca 2018
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Starość nie radość?

Zanim oddacie się lekturze (zaręczam, że z satysfakcją…), popatrzcie na okładkę. Zdjęcie to nowy Pilch. Jakby definitywnie pogodzony z istnieniem kobiet, a nawet oddający się w ich ręce – zarazem metaforycznie i dosłownie. Dosłownie, bo ta wypielęgnowana dłoń kobieca zaraz się zaciśnie na szyi pisarza, a może nawet czerwone, wypiłowane i użytecznie uformowane pazurki wbiją się krwawo w słabiznę pisarskiej grdyki. Taki gest, gdyby pisarz dokonał go dłonią własną, sygnalizowałby potrzebę zastanowienia się, rozważenia nasuwających się znienacka wątpliwości natury poważnej, egzystencjalnej zgoła. Ale dokonany rączką płci odmiennej – cóż znaczyć może? Do tej pory pisarz Pilch klasyfikowany był raczej jako zdecydowany zwolennik istnienia różnicy płci, jako uporczywy badacz tej różnicy oraz beneficjent odkrytych przy okazji tychże badań – wszechstronnych i pogłębionych, na ile się udało – korzyści natury emocjonalnej. Materialnej nie – Pilch zawsze był, jako prawowierny luteranin, niezależny ekonomicznie i na kobietach w tej mierze polegać nie musiał. Przeciwnie raczej bywało… Zatem sygnalizowana przez okładkowe zdjęcie „Trzeciego dziennika” figura retoryczna (mowa ciała to też retoryka…) albo nowego Pilcha przemianę symbolizuje, albo – kamuflażem jest, wyzwaniem… Czytajcie, a znajdziecie – zawsze tego samego starego, dobrego Pilcha.
A tam pod okładką – jak to u Pilcha we zwyczaju – smakowite materyi pomieszanie, lektura gęsta, znaczeń pełna, erudycyjna jak diabli… No cóż – dziennik to pojemna, niekrępująca i elastyczna formuła; zdaje mi się czasem, że przylega do Pilcha jak druga skóra… Ba, niekiedy odnoszę (skąd i dokąd?) wrażenie, że pomieniony ów autor wyłącznie dzienniki powinien pisać. Jak to: tylko dzienniki? Ano tak, w tym jest najlepszy… Ale skądby sławy nabył, by ktokolwiek był zainteresowany jego wynurzeniami osobistymi? No fakt – trochę okrzykniętej prozy musiałby w dorobku mieć, by jego dzienniki publiczność chciała przeczytać. Kwadratura koła się robi – jakby paragraf 22… Ale mniejsza z tym – wyobraźcie sobie przez te czterdzieści parę lat dorosłej aktywności pisarskiej zebrałoby się ze trzydzieści, a może i więcej – nawet pięćdziesiąt tomów. Każdy napęczniały myślą niepoślednią, pełen diagnoz, recept, maksym mądrych a celnych, nafaszerowany krytycznemi uwagami wobec świata całego, a takoż pomniejszych jego cząstek – polityki, literatury, sztuki i wszystkiego innego, na czym zechciało wprzódy spocząć jego badawcze oko.
Tak sobie mniemam, dopuszczając nawet myśl barbarzyńską, że bez prozy i felietonistyki Pilcha dziury w niebie by nie było… Ale jak to? Współczesna literatura polska bez „Spisu cudzołożnic”? Bez „Upadku człowieka pod Dworcem Centralnym”? Bez „Pod Mocnym Aniołem”? Bez „Mojego pierwszego samobójstwa” i „Wielu demonów”? Bez „Nart Ojca Świętego” i „Żywego ducha”? Dobre sobie… Więc siłą rzeczy zgadzam się na poboczność dzienników – lepsze to, niż gdyby w ogóle miało ich nie być…
Oczywiście Pilch nie jest wolny od powszechnej, wręcz epidemicznej choroby wszelkich diarystów i memuarystów. To choroba autoimmunologiczna – narcyzm mianowicie… Pilcha toczy to schorzenie w stanie lekkim, ale ciężkie przebiegi (a jest ich niemało…) charakteryzują się tym zwłaszcza, że połowa zapisów w dzienniku dotyczy… samego pisania dziennika – trudności, nudności, zniechęceń, zwątpień, impulsów przeciwnych i krytycznych, zaników pamięci… Nie ma tego wiele u Pilcha – przeciwnie: unosi się nad „Trzecim dziennikiem” jakiś nieoczekiwany duch dziarskości, ciekawość świata, męski etos doświadczonego twardziela, woń seksu i pochwała skuteczności leków na rozmaite przypadłości wieku dojrzałego i dojrzalszego…
Pilcha wciąż jeszcze zajmuje coś więcej niż on sam; proporcje wprawdzie się przesuwają (ku sobie), ale to wciąż facet, którego nieustannie coś dziwi i ciekawi. Ostatnio może bardziej starość niż cokolwiek innego, ale przecież starość to dobry temat codziennych rozmyślań… Weźmy choćby taki zapis z 19 maja 2017 roku: „Z samą starością jest zresztą tak samo: dlaczego młódź przygląda się starszym z nieskrywanym lekceważeniem, a nawet pogardą? Ano dlatego, że starzy nie rozwiązali problemu starości. Zamiast rozwiązać ten problem – starzeli się biernie. Starzy są – bo sami są sobie winni. Szczerze mówiąc, młódź ma powody do irytacji – starzy bowiem okazali się za słabi na starość; nie tylko problemu starości nie rozwiązali, nie tylko przed starością skapitulowali, ale wręcz cały problem na młodych zwalili, im ostateczne rozwiązanie kwestii starości powierzyli! Na szczęście młodzi są tak wyjątkowi i tak omnipotentni, że starość to dla nich pestka, starość już w zasadzie nie istnieje, Jak zaistnieje, będzie za późno, ale to jest inna para kaloszy.”
I tak z wigorem doświadczonego ironisty plecie sobie staruszek Pilch przez 180 stron. Rzadko opuszcza gardę – gdy go pobolewa i trzęsie tak, że nie idzie strzymać. Głowę daję, że za tym dopływem sił witalnych, myśl wspierających, znów tkwi jakaś kobieta, może i niejedna – Pilchu, ty niepoprawny świntuchu… Ale co tam. Tak chyba lepiej dla wszystkich. Na przemian – Wisła jego rodzinna jest niezmiennie luterska i niezmienne problemy z panem Bogiem ma. A jego kochana Cracovia niezmiennie w czarnej dupie (co rozumiem jak nikt, albowiem kibicuję od dziecka jeszcze bardziej ostatnio udupionemu ŁKS-owi; nawet ten nasz świeży awans do ekstraklasy jakiś taki podszyty strachem: a nuż się omskną i znów nie dadzą rady?).
Dziennik to zawsze coś w rodzaju rozliczenia z upływem czasu; nawet gdy zapisuje się kompletną bieżączkę, to i tak tkwi ona w nas, którzyśmy sami są historią. I wszystko się filtruje przez separatory temporalne. Coś się natrętnie przypomina, coś się niechybnie zapomina. A wszystko polane kabotyńskim dressingiem: ja, ja, ja… Ale dziennik, zwłaszcza taki, na który się podpisało umowę z wydawcą i zaliczkę wzięło, to także obiekt nieustannej manipulacji, wręcz kalkulacji zgoła. Czy za te pieniądze opłaca się: wywalać bebechy, liczyć stolce (iluż koprofagów jest wśród publiczności?) i udane orgazmy, czy warto bliźnich lżyć i poniewierać? No to powiem od razu – za te się nie opłaca. Za dużo, dużo większe – a i owszem; można być fantasmagorycznym ekshibicjonistą. Tyle że rynek psują ostentacyjni grafomani, gotowi robić to za darmo (niektórzy, bardzo już zdesperowani, mogą nawet dopłacić do procesu wydawniczego). Dlatego należy trzymać się umowy – dawać wydawcy tyle, ile wypada za pieniądze. Pacta sunt servanda…
Dziennik Pilcha jest właśnie taki: dobrze skalkulowany. Autor ma mniej więcej „sfokusowanego targeta”, czyli wie, czego tamten chce. A target chce dużo, dużo szczerości. Niekoniecznie wsobnej – lepiej o bliźnich i po nazwiskach. Ale tego Pilch nie daje targetowi. Z wiekiem spadło mu bowiem zapotrzebowanie na adrenalinę, wydzielającą się podczas kłótni, połajanek i polemicznych bijatyk; woli łagodniejsze postacie produkcji tego hormonu: rozmowę telefoniczną z rodzicielką, spacer do ulubionej księgarni, najeżony trudnościami na szlaku jak trekking wokół Annapurny; łagodny seks też wchodzi w rachubę, podobnie jak porządki w pokoiku na Hożej… Więc czytelniczy target musi poprzestać na samoobsługowej pisaninie Pilcha, co – zwłaszcza gdy ma w żywej pamięci jego malownicze tyrady, szarże straceńcze i mordercze pieriestriełki w okopach – łatwe nie jest. Tym gorzej się znosi owo samoograniczenie pisarza, gdy skonstatujemy, że wciąż dysponuje on zabójczą frazą o delikatności jętki jednodniówki i zarazem ciśnieniu walca drogowego…
Pilch nie jest ekshibicjonistą – co najwyżej delikatnym narcyzem. Przestał też być pryncypialnym awanturnikiem. W tej sytuacji powodzenie jego dziennika zawisło od manewrowania zasobami intelektu – odnawialnego skądinąd, ale bez przesady… Na szczęście Pilch ma wciąż coś jeszcze do zaoferowania. Tym razem to namysł nad życiem. Wystawiając rezultaty namysłu na sprzedaż, zrobił dobry interes. Podobnie jak my – kupując takowe…
Tomasz Sas
19 05 2019)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *