Dziewczyna o czterech palcach

16 maja 2019

Marek Krajewski

Dziewczyna o czterech palcach
Wydawnictwo Znak, Kraków 2019

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Feliks Edmundowicz wścieka się…

Wojna polsko-bolszewicka w 1920 roku nie zakończyła się w chwili ustania działań zbrojnych, utrwalenia na piśmie preliminariów pokojowych w tzw. traktacie ryskim i technicznego zakończenia prac delimitacyjnych na granicy obu państw. Wojna wtedy przeszła w stan sui generis anabiozy. Na zewnątrz wszystko było w porządku – wymieniono jeńców, nawiązano stosunki dyplomatyczne, wręczano listy uwierzytelniające, zaczęły kursować pociągi do Moskwy Piotrogrodu i Kijowa, handel ruszył, w obu kierunkach repatriowano trochę ludzi. Normalizacja… Ale to pozór – pod powierzchnią zdarzeń odnotowywanych w kronikach agencji prasowych buzowało „drugie życie” pogranicza – i nie tylko…
Między oboma państwami i narodami zbyt wiele narosło bolesnych zaszłości, aby dojść mogło do choćby prowizorycznego pojednania i unormowania wzajemnych stosunków. Z jednej strony „komunista” był straszakiem uniwersalnym: gwałty, pożoga, mordy, imbecylizm, mongoloidalne skojarzenia, chamstwo, przemoc, wojujący ogniem i mieczem ateizm, brud, syf, smród i pewne takie deficyty w sferze edukacji tudzież kultury osobistej. Miał się go tak samo bać Żyd (okradnie, pierzyny rozpruje i na koniec zabije i synagogę spali…), chłop (babę wyonaczy, świnię zarżnie i zeżre, żyto sfajczy razem ze stodołą…) i pan (rozstrzela portrety przodków, wytłucze porcelanę, nasra do fortepianu…). Bolszewik albo komuch (wszystko jedno, czy własnego chowu, czy zza kordonu) to ci dopiero był strach… Z drugiej strony polski pan – wierny sojusznik białogwardyjskiej oficerskiej swołoczy, imperialista, obszarnik i wyzyskiwacz proletariatu, gnębiciel wiary jedynej prawosławnej, bogacz, sadysta i awanturnik. Też się było czego (i kogo) bać…
Więc wojna trwała. Przez kordon w obie strony wędrowały przemytnicze karawany, barterowo wyrównując niedobory dóbr konsumpcyjnych, ale zarazem uszczuplając dochody skarbowe. Wzdłuż granicznych pustaci od Stołpców po Zbrucz grasowały bandy post-wojennych niedobitków rozmaitej maści (od dezerterów z Konarmii, weteranów bat’ki Machny czy spensjonowanych kawalerzystów Bułaka po zwykłych bandytów, którzy poczuli wiatr w żagle i radość działania na wielką skalę…), stopniowo podporządkowujące się sieci prowokatorów i prowodyrów nasyłanych przez NKWD. No i po obu stronach granicy (czasem bardzo daleko od niej w głąb wrażego terytorium…) cichą (ale równie krwawą i brutalną…) wojnę toczyli agenci obu wywiadów i kontrwywiadów. Było o co walczyć.
I to był temat dla literatury. Międzywojennej oczywiście – z jej gwiazdorem niewątpliwym, odkrytym przez Wańkowicza kajdaniarzem ze Świętego Krzyża (zakład izolacyjny w Górach Świętokrzyskich, przy którego atrakcjach dzisiejsze tiurmy z najsurowszym reżimem wydają się dewizowymi spa-sanatoriami…) – amnestionowanym Sergiuszem Piaseckim, autorem „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Po wojnie, po 1945 roku ze zrozumiałych powodów nikt się do pisania o tamtej wojence nie kwapił. Przynajmniej w PRL-u. A teraz… Teraz jest trudno. Z wielu powodów, wśród których upływ czasu wydaje się nader istotny. Oczywiście znalazło się paru koniunkturalnych grafomanów, gotowych wypichcić sensacyjne, ociekające krwią, spermą i wódą historyjki „ku pokrzepieniu” (czego, bo na pewno nie serc?). Wiele ma zalet ta literatura, poza jedną: minimalnym choćby przybliżeniem do faktów, osadzeniem w realiach topograficznych i właściwych epoce didaskaliach. Krajewski zaś jest uznanym mistrzem literackiej rekonstrukcji historycznej, ba – skrupulatnym archeologiem zgoła – i na żadną dezynwolturę pozwolić sobie nie mógł. Więc nawet zatrudnił specjalnego człowieka od poszukiwań archiwalnych, studiów terenowych i badań historycznych. Oczywiście nie sforsował on bram post-sowieckich zasobów archiwalnych (na to prywatnego polskiego pisarza po prostu nie byłoby stać…), ale i tak rezultaty poszukiwań są imponujące. Bohaterowie Krajewskiego, a przede wszystkim podkomisarz Edward Popielski – ponownie „uruchomiony” stały rezydent (obok Eberhadta Mocka) prozy naszego autora – poruszają się w wykwintnie przygotowanej czasoprzestrzeni. Nic nie uwiera, nic nie ciśnie… Nawet tak upierdliwy kwerulant jak ja (a miałem już sposobność – wykorzystaną! – parokrotnie poprawiać Krajewskiego…) po pierwszej lekturze nie znajduje niczego, by się przyczepić.
W tej realistycznie odtworzonej czasoprzestrzeni rozgrywa się intryga szpiegowsko-dywersyjna, którą Krajewski bardzo misternie wywiódł i poprowadził, z ogromną dozą prawdopodobieństwa, z rozmachem godnym sensacyjnej literatury anglosaskiej. Oto szef wydziału kryminalnego lwowskiej komendy policji dostrzegł możliwość eleganckiego i nie wzbudzającego podejrzeń pozbycia się z orbity służbowej szczególnie przez siebie nielubianego funkcjonariusza – pyskatego, niesubordynowanego i niekonwencjonalnego podkomisarza Popielskiego. Rzeczonego nie można się było pozbyć w standardowym trybie służbowym, bowiem wyższa zwierzchność ceniła go za osiągnięcia: sam przez dwa lata rozwikłał 32 sprawy zabójstw, z 41 ogółem zamkniętych przez cały wydział śledczy. Toteż gdy z ministerstwa przyszedł rozkaz, by wytypować skutecznego, znającego rosyjski oficera, który miałby wspomóc placówkę Defy (kontrwywiadu polityczngo) w Równem, na pograniczu Polesia i Wołynia, w walce z nieuchwytną bandą sowieckich dywersantów i bandytów, dowodzoną przez niejakiego Marcina Zaran-Zaranowskiego, polskiego renegata, cynicznego mordercy i agenta NKWD, pan inspektor Brylewski osobiście pofatygował się w niedzielny poranek do apartamentu Popielskiego, by niezwłocznie wyekspediować go do Równego… I tak to się zaczęło. By się zakończyć wiele miesięcy później w gabinecie Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego, szefa Wszechrosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do walki z Kontrrewolucją, Sabotażem i Nadużyciami Władzy. Onże Feliks Edmundowicz, wściekły jak rzadko (na ogół wysoko ceniono jego powściągliwość…) spoliczkował i kazał wysłać nad Amur pewnego niefortunnego agenta, by tam się wykazał i zrehabilitował, zwalczając niedobitki armii admirała Kołczaka. Nie kazał go rozwalić pewnie tylko dlatego, że nieszczęśnik ów także był Polakiem…
Wszystko, co się zdarzyło w tzw. międzyczasie, trzymam pod embargiem. Przeczytajcie sobie sami; mogę tylko zagwarantować, że nudzić się nie będziecie – przyszli czytelnicy „Dziewczyny o czterech palcach”. (Dlaczego czterech? Nie powiem – to też należy do jądra intrygi…). Mistrzowska ręka Krajewskiego to gwarancja niezłej zabawy przy lekturze, zresztą mocno wciągającej… Zajęła mi ona niecałe osiem godzin – z przerwami na podwieczorek, wieczorną herbatkę (plus „Fakty” w TVN24) i nocny podkurek w postaci garstki zaordynowanych przez lekarzy kilku specjalności pigułek…
Wyraźnie z lektury wynika, że Krajewski zmęczył się rekonstruowaniem starego Breslau i nie mniej starego Lembergu, tudzież koncypowaniem tamże okazałych zbrodni, których sprawców mogliby jego dwaj niemalże bliźniaczy bohaterowie – Mock i Popielski w dobrym towarzystwie (osobiście tęsknię za wachmistrzem Kriminalpolizei, niejakim Zupitzą…) – ścigać i oddawać w ręce sprawiedliwości (bądź nie oddawać). Nasz autor zapewne nie spodziewał się takiego obrotu spraw, czyli, co tu ukrywać – sukcesu, za którym w ślad nadeszło sui generis wypalenie… Ale przyszło i w tej sytuacji Krajewski wyszedł z siebie, by poszukać trzeciej drogi. Udało mu się prawie, prawie… Znalazł bowiem drogę dwa i pół. Zaprowadziła go ona do Wolnego Miasta Gdańska, które w dwudziestoleciu międzywojennym było areną nieustającej, poważnej oraz angażującej wiele sił i środków po obu stronach – polskiej i niemieckiej – wojny wywiadów. Więc widzę tam lwowskiego podkomisarza „Łyssego” znów na gościnnych występach. Może Krajewski chwyci ten trop?
Zmartwił mnie tylko jeden aspekt nowej prozy Krajewskiego – aspekt kulinarny… Wyraźnie bowiem dostrzec się daje, jak bardzo skurczyła się gastronomiczna „zajadłość” (jeśli to jest właściwe słowo w tej sytuacji) Krajewskiego. Owszem – pojawia się jakaś smakowita chałka z konfiturami na śniadanie w kapitańskiej kwaterze w Równem, owszem – jakiś genialny, ostry śledzik w portowej knajpie w Danzig. Ale to doprawdy nędzne resztki z pańskiego stołu. Obaj bowiem panowie – Mock i Popielski – dotąd oddawali się konsumpcji w straceńczym zaiste stylu uczty Trymalchiona (zważywszy na ich klasyczne wykształcenie). Aż tu nagle koniec gargantuicznego la grande bouffe… Czyżby Krajewski przeszedł na dietę? Z powodów na przykład zdrowotnych bądź estetycznych? Jeśli tak – rozumiem. Ale jeśli to rezultat reserczerskiego zaniedbania? Się poprawić proszę; kulinaria bowiem to był jeden z wyrazistszych ozdobników tej literatury, jej znak firmowy, korzystnie wyróżniający pisanie Krajewskiego na tle innych współzawodników i naśladowców, pseudorekonstruktorów tudzież pomniejszych batalistów.
Lektura nowego Krajewskiego to czysta przyjemność, pozbawiona tej dusznej atmosfery niemoralnego świata zbrodni, którą autor epatował poprzednio z wielką, sugestywną mocą. Teraz jest po stronie mądrej, angażującej rozrywki intelektualnej. Niechby popróbował jeszcze raz. Wiem, to brzmi jak zamówienie. Ale co mi, maluczkiemu, szkodzi poprosić fachowca?
Tomasz Sas
(16 05 2019)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *