Villas

10 marca 2019

Iza Michalewicz, Jerzy Danilewicz

Villas
Wydawnictwo WAB, Warszawa 2019
– wydanie drugie zmienione i uzupełnione

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Śpiewająca fantasmagoria alla polacca…

Gdyby w 1938 roku w klinice położniczej w Heusy koło Liege w Belgii nie przyszła na świat Czesia, córeczka Janiny i Bolesława Cieślaków, historia polskiego życia artystycznego, towarzyskiego i uczuciowego byłaby uboższa i bardziej szara, niż na to zasługiwała… Pater familias był górnikiem z Zagłębia, z Dąbrowy Górniczej – od czterech lat na emigracji zarobkowej w Belgii. Bywało podobno, że na jednej szychcie pracował z kolegą Edkiem Gierkiem. W 1946 roku Cieślakowie wrócili do Polski i osiedli w Lewinie Kłodzkim – miasteczku obok Kudowy Zdroju, na samej granicy czeskiej. Dom dostali poniemiecki, na skraju miasteczka – nawet trochę mebli zostało, choć fortepian padł łupem sprytnych szabrowników…
Tam, w Lewinie, zaczęła się (i wiele lat później skończyła…) historia bajkowego wzlotu i spektakularnego upadku największego rzekomo talentu wokalnego, jaki zaszczycił polskie i światowe estrady w drugiej połowie dwudziestego wieku… Słówka „rzekomo” używam z ostrożności, albowiem talent – rzecz ocenna… Skalę głosu można wprawdzie pomierzyć (cztery oktawy – koloraturowy sopran po głęboki kontralt, a może więcej…), ale tego, co właściciel Głosu potrafi z nim robić – już się nie da. To nieuchwytna dla akustycznych przyrządów pomiarowych amplituda drgań, powodujących uczucie muzycznego błogostanu. Innymi słowy: można mieć cztery oktawy i brzmieć przykro – jak piła łańcuchowa, a ktoś inny z tych czterech oktaw zrobi wokalny spektakl na gwiazdorskim poziomie, rzucający na kolana i łamiący serca… A gdy się do tego Głosu doda jeszcze wizerunek o stężeniu kiczowatej stylistyki poza granicami zdrowego rozsądku i estetycznego umiaru… Całość musi powalać mniej odporne na dym kręgi publiczności! Bez tego powalenia, bez efektu adoracji, bez masowej histerii, bez łez i gestów uwielbienia cała zabawa nie ma sensu. Po to kreuje się idola, by na nim zarobić, „zabiletować” (za extra stawki, ma się rozumieć) sale kongresowe, stadiony, areny, amfiteatry. Podbić Paryż i Amerykę! Sprzedać miliony płyt, opanować festiwale, Las Vegas, telewizję i trasy koncertowe w demoludach…
Violetta Villas, bo przecież o niej tu mowa, była takim zjawiskiem. Na tle zgrzebnego Peerelu jej papuzia odmienność w dwójnasób, może i trójnasób podkreślała (i z sukcesem eksploatowała) swą nienormatywność i oniryczną osobność – to ona była snem piekarza na nocnej zmianie, marzeniem kierowcy autobusu, sokisty drzemiącego z rozklekotanym mosinem na kupie węgla. Odlewnika w Stąporkowie, magazyniera GS-u w Świnicach Warckich, aparatowego w Nowej Sarzynie, sekserki w wylęgarni drobiu w Tomaszowie… Głosem milionów pozbawionych głosu. Dosłownie i metaforycznie.
Iza Michalewicz i Jerzy Danilewicz zmierzyli się z biografią Violetty Villas już czas jakiś temu – jeszcze za życia gwiazdy (pierwsze wydanie – pod przewrotnym tytułem „Nic przecież nie mam do ukrycia” ukazało się w 2011 roku, a ona sama zmarła 5 grudnia tegoż roku…). Oboje autorzy są doświadczonymi reporterami, nagradzanymi, pisującymi dla ważnych opiniotwórczych periodyków. Oboje z powodzeniem uprawiają biografistykę (Danilewicz jest m.in. autorem „Bursztynowego prałata” – o księdzu Jankowskim oczywiście…). Oboje wiedzieli dokładnie, na co się porywają… Biografia Violetty – jeśli miała być prawdziwa – musiała dokumentnie rozwalić spójny wizerunek „boskiej” gwiazdy, wspaniałej nad wspaniałymi, łaskawie zaszczycającej swą obecnością nasz maluczki świat. Taka biografia musiałaby boleśnie naruszyć małe interesiki malutkich ludzików, z których każdy kręcił swe lody na boku „firmy Villas”, bezlitośnie eksploatując zasoby i wchodząc w drogę innym cwaniakom. Oczywiście Michalewicz i Danilewicz ani przez chwilę nie mieli zamiaru obalać artystycznego „trzpienia” wizerunku Violetty ani (broń Boże!) kwestionować jej wokalnego i estradowego talentu. Zdolności Violetty Villas są poza wszelką dyskusją. Inna rzecz – co z nimi zrobiła… Sama i z małą pomocą przyjaciół tudzież nieprzyjaciół. Rozdłubaniu tego fenomenu poświęcona jest książka; drugie wydanie ma już prosty tytuł – bez ozdóbek i paradoksów… Po prostu „Villas”. I wszystko jasne. No, może niezupełnie i nie do końca. Ale nie ma chyba dorosłego Polaka, który nie potrafiłby tego tytułu rozszyfrować, któremu z niczym i z nikim by się on nie kojarzył. To po prostu niemożliwe.
Dorobek artystyczny Violetty Villas jest utrwalony na płytach, taśmach archiwów radiowych i wytwórni nagrań, trochę na taśmie filmowej i w archiwach telewizyjnych. Ale jest… Jest więc o czym dyskutować, spierać się, oceniać, wieleż to dziś warte. Życie pozaestradowe Czesławy primo voto Gospodarek, z domu Cieślak to jedna wielka mgławica, utkana z fantasmagorii, bajdurzeń, bigoterii na granicy manii religijnej, mitomańskich uroszczeń i pospolitych kłamstw, acz z nutką megalomańskiej finezji w poetyce bazarowych plotek o primadonnach. Oczywiście tę zasłonę dymną sama artystka postawiła w przeważającej części… Albo czynili to ambitni i pazerni najbliżsi. Michalewicz i Danilewicz z mozołem przebijali się przez splątane szlaki mylnych tropów, przez zwały nieprawd, produktów chorobliwej wyobraźni, zmyśleń i przeinaczeń. Czasem celowych, dobrze przemyślanych i spreparowanych, ale na ogół przypadkowych, niekontrolowanych, rzuconych spontanicznie, nierzadko sprzecznych z wcześniej ogłoszonymi rewelacjami. Violetta Villas udzieliła w życiu zapewne kilkuset wywiadów prasowych, radiowych i telewizyjnych. I żaden z nich, dosłownie żaden – nie był od początku do końca prawdziwy, zgodny z faktami i szczery. Weź tu teraz wszystko, co wydrukowane i nagrane, przekop się i ustal, co jest prawdą – co nie…
Michalewicz i Danilewicz to zrobili. Dokładnie – krok po kroku, epizod po epizodzie. Trochę czasu to zajęło; właściwie tak dużo, że nie zdążyli… spotkać się ze swoją bohaterką. Słowo daję. To jedyna w swoim rodzaju taka biografia osoby żyjącej w trakcie zbierania materiałów i pisania – bez rozmowy, spotkania, wymiany zdań, opinii i informacji z tąż osobą. W zamian autorzy zamieścili sprawozdanie z prób nawiązania kontaktu. Zabawny – a zarazem najsmutniejszy rozdział biografii Villas.
Dlaczego tak się stało? No cóż – zjawisko samo w sobie nie musi trzymać się reguł obowiązujących ogół. A Violetta Villas nieomal od początku swego istnienia artystycznego była bytem osobnym, niepowtarzalnym w sensie ścisłym. W jednym egzemplarzu – zawieszonym między prawdą a mistyfikacją, wykreowanym na potrzeby… No właśnie – czego? Sztuki, biznesu estradowego, megalomańskiego poczucia wyższości, potrzeby epatowania sobą, bycia w centrum? Myślę, że wszystkiego po trosze. Villas nie spotkała się z autorami książki o sobie, powodowana instynktem samozachowawczym, odruchem obronnym – przeczuwała zapewne, że nie jest to tuzinkowy, okazjonalny wywiad, którym będzie umiała pokierować. A na ogół potrafiła sobie poradzić z interlokutorami – gdy coś jej przestało odpowiadać, gdy rozmowa poszła w niepożądanym kierunku – rzucała zastawą stołową, popielniczką albo czymś cięższym, na przykład stalowym krucyfiksem… Ale drobiazgowy wywiad weryfikacyjny? Tego się bała, bo tak zagmatwała swą opowieść o życiu, że już sama nie wiedziała, co przeżyła, co zmyśliła. Konstrukcja mogła się zawalić, więc lepiej było nie tykać…
Figura stylistyczna, dla uproszczenia nazywana Violettą Villas, to skomplikowany, monumentalny splot zmyśleń, fantazji, maniakalnych, neurotycznych aberracji, religijnych dewiacji, fenomenalnego głosu i potwornego, kiczowatego wizerunku rewiowej primadonny w stylu Las Vegas – nadmuchanej, zakręconej, żenująco przesłodzonej… Kreacja trwała kilka dekad, co Michalewicz i Danilewicz sumiennie opisali i po swojemu zdemistyfikowali, więc chyba oboje zrozumieli, dlaczego ich bohaterka nie mogła się do tego przyczynić. Dlatego się przed nimi ukrywała… Figura stylistyczna „Violetta Villas” to mentalny produkt zderzenia onirycznych marzeń o wielkości snutych na łączce pod wysokim kolejowym wiaduktem w Lewinie z lękami, strachami samotnych, pustych nocnych godzin w hotelowym apartamencie w Las Vegas. Czesława Gospodarek z domu Cieślak po prostu intelektualnie i emocjonalnie nie uniosła tego zderzenia cywilizacji. Nikt jej nie pomógł w tej pierwszej fazie, a potem, gdy w grę weszły środki chemiczne i farmaceutyczne, o pomocy bez zastosowania środków przymusu bezpośredniego nie mogło być mowy… Gwiazda otorbiła się, obudowała „szklaną kulą”, przez którą docierały tylko słabe, przypadkowe impulsy – a i to na krótko. Obserwatorzy tej degrengolady, nawet jeśli umieli ją nazwać, zidentyfikować jej źródła i zdefiniować objawy, nie potrafili nic sensownego zdziałać. Zresztą najcierpliwsi odpadali, zniesmaczeni bezowocnością swych starań.
Dramatyczna to historia… W dziejach polskiej muzyki rozrywkowej to jedyny taki przypadek upadku monumentalnego. Inne, choć też przykre, jakoś jednak były dużo mniejsze. Czytanie biografii Violetty Villas – nawet zmienionej i uzupełnionej – to też duża przykrość; warto jednak ją sobie zaaplikować. Ku pamięci i nauce.
Tomasz Sas
(10 03 2019)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *