Warto żyć

9 maja 2018

Lejb Fogelman – rozmawia Michał Komar

Warto żyć
Wydawnictwo Czerwone i Czarne Sp. k., Warszawa 2018

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Baron Münchhausen naprawdę urodził się w Legnicy…

Strasznie dawno nie byłem w Warszawie – kompletny brak potrzeb i interesów – ale od przyjaciół słyszałem, jakoby po tamtejszych ulicach chadzał diabelsko przystojny, starannie odziany wedle jakiegoś osobliwego dress code’u, ekscentryczny prawnik w sile wieku, chyba amerykański, zaczepiający poczciwych ludzi na ulicy i wdający się w długie wywody, które jemu wydają się dialogami, choć w istocie są przeładowanymi dowcipem i erudycją monologami. Wszystkich zna w odpowiednich sferach – prawdziwy celebryta. I nazywa się Fogelman. Lejb Fogelman… W zasadzie przybysz z Nowego Jorku, w istocie rzeczy wszelako syn krawca Chaima i krawcowej Rojzy z Pułtuska, ale urodzony w 1949 roku w Legnicy, student prawa w Warszawie, po 1968 roku „obdarowany” przez polskie państwo „dokumentem podróży” stwierdzającym, że jego posiadacz nie jest obywatelem polskim. Jak kilkanaście tysięcy innych zdradzonych, zadenuncjowanych i wyszczutych obywateli polskich w tamtym czasie… Jak kilkanaście tysięcy innych Polaków z takim dokumentem podróży, dał sobie radę: dyplom szkoły prawa na Uniwersytecie Harvarda, status wspólnika w wielkiej kancelarii adwokackiej o globalnym zasięgu interesów, dochody roczne z sześcioma zerami… Tak przydarzyło się większości posiadaczy tych osobliwych dokumentów. W historii uwierzytelniania stosunków społecznych powszechne są dokumenty pozytywne – stwierdzające, że coś JEST tym, za co chce być brane; ten polski wynalazek kredencjalistyki był jedynym znanym przypadkiem dokumentu negatywnego… No i miał własności totemiczne, magiczne zgoła; istotnie skazywał swych posiadaczy na długie, dalekie podróże. Jeden z moich przyjaciół z tym papierem wylądował aż w Port Moresby, inny w Kirkenes, jeszcze inny znajomy w Ushuaia (później w Port Elizabeth). Nie licząc tych, którzy pięć lat później bronili swej nowej ojczyzny na Wzgórzach Golan…
Do Polski Fogelman wrócił z powodów biegunowo odległych od sentymentalnych: robić biznes… Nie geszeft na własną rękę, tylko wielki korporacyjny biznes. Że się powiodło, nie warto nawet wspominać, bo to oczywiste. Przy okazji Lejb (dla famulusów i przyjaciół Lonia…) wsiąkł. Dokładnie i bezapelacyjnie – z powrotem w Polskę. Zaczął bywać – nie tylko dosłownie, ale w sensie figuralnym również, pozaprzyjaźniał się (podobno łatwo mu to przychodzi…) z kim trzeba. Wszedł w świat teatru jako entrepreneur, znawca i smakosz sztuk przepięknych, rozrywki, literatury, gastronomii z wyższej półki – w roli Mecenasa: symbolicznie i dosłownie… Mówią w stolicy, że Lejb Fogelman jest jednym z tych niewielu osobników w obszarze życia towarzyskiego, których NAPRAWDĘ warto znać. Było więc tylko kwestią czasu, gdy ktoś skusi się na opisanie żywota, czynów i słów Lejba Fogelmana – i to szybko, zanim on sam tego nie zrobi…. Nikt przecież nie mógł wątpić, że onże stosowne wyposażenie intelektualne do przeprowadzenia takiej awantury posiada… Ale gotowość zgłosił Michał Komar – postać w kręgach towarzyskich stolicy równie niepoślednia: pisarz, scenarzysta, wydawca, krytyk, felietonista, arbiter obyczajowy i wywiadowca (specjalista od tzw. wywiadów-rzek; rozmawiał m.in. z Władysławem Bartoszewskim, Stefanem Mellerem i generałem Petelickim…). Komar oczywiście znał Fogelmana (a Fogelman Komara) jak wszyscy (a może nawet i lepiej…), co zwolniło rozmówców z potrzeby wstępnego „obwąchiwania się” i mogli z grubej rury zacząć rozmowę od przylotu na nowojorskie lotnisko dwudziestoparoletniego bieżeńca z Polski (bez kapitału, bez pomysłu na życie, znajomości jako takich i znajomości języka…) – wprost w ramiona stęsknionej familli z Brooklynu. Mocne, surrealistyczne otwarcie, czyli godny początek całej reszty opowieści Lejba aż do końca…
Lektura opowieści Lejba aż do samego końca to poczucie surrealizmu tylko wzmacnia. Multiplikacja nierzeczywistości postępująca w tempie tsunami, kaskada niezwykłych zdarzeń, szczęk kolizji czasoprzestrzennych i zbiegów okoliczności, korowód nazwisk i sytuacji (sernik od Hendricksa, Jean-Louis Trintignant ćmoktający krewetkę, Wołodia Wysocki pompujący koło merca i poeci z Riazania…) – lektura staje się dojmującym przeżyciem fizycznym: z bólem głowy, szumem w uszach, migotaniem w oczach, częstoskurczem, łomotaniem w skroniach i przyspieszonym pulsem… Choroba wysokościowa plus nadmiar bodźców o wysokiej częstotliwości (jak migotanie światła wywołującego padaczkę, przed czym ostrzegają w sieci telewizyjnej AXN).
Lejb Fogelman jako czynnik wysokiego ryzyka? Czemu nie… To wszak możliwe. Ale gdy się już uspokoicie (zalecam porcję whisky na dwa palce i półgodzinny spacer wśród kojącej zieleni), sprawdźcie, czy przypadkiem wasz wehikuł czasu nie wylądował w osiemnastowiecznym uroczym miasteczku Bodenwerder w Dolnej Saksonii, w Królestwie Hanoweru, którego najważniejszym artykułem eksportowym w owym czasie były wymusztrowane, bitne regimenty piechoty oraz dzielni, przemyślni i dobrze wyszkoleni oficerowie różnych specjalności. Jeden z nich (ze wspomnianego Bodenwerder…) uświetnił swym talentem aż dwie wojenne kampanie armii rosyjskiej przeciw Turcji; nazywał się Hieronim Karol Fryderyk baron von Münchhausen… I wszystko jasne. To nie znaczy żadną miarą, że zarzucam Lejbowi Fogelmanowi łgarstwa, fantazjowanie, konfabulację, kreatywne obchodzenie się z faktami, czy cokolwiek w tym rodzaju… Boże uchowaj! Lejb Fogelman nie jest świadomym łgarzem, konfabulantem, fantastą czy kimkolwiek w tym rodzaju. On jest produktem ewolucji. Ma to w genach. I to jest miłe uzupełnienie jego osobowości, której rdzeń to dobrze wykształcony, zabójczo skuteczny, ustosunkowany i dobrze poinformowany prawnik. Wyobraźcie sobie, że przy tym wszystkim nie miałby poczucia humoru, że byłby starozakonnym ponurakiem, Golemem o właściwościach terminatora…
Na szczęście Lejb Fogelman postanowił uprzedzić własną legendę i wejść do literatury na swoich warunkach, ze swoją prawdą w swojej opowieści. Musicie sami rozstrzygnąć, czy chcecie mu w tej fabule towarzyszyć… Na szczęście to nietrudny dylemat; ja zalecam krok do przodu… Macie zagwarantowany kawał dobrej zabawy i nieco refleksji o świecie – poszerzającej ogląd i pogląd w kwestii prymitywnej, zakłamanej wersji historii, ostatnio tak intensywnie na najwyższych szczeblach władzy ogłaszanej jako jedynie słuszna. Wywody i opowieści Fogelmana mogą też wywołać bóle innego rodzaju niż wspomniane wcześniej… To jak bóle fantomowe po amputacji – widać naocznie, jakich ludzi lekkomyślnie i głupio straciliśmy, jaki kapitał intelektualny roztrwoniliśmy. Żal i wstyd. Wiem co mówię, bo jestem rówieśnikiem Fogelmana (no, starszym o te drobne trzy czwarte roku…) i Marzec ’68 uważam za najgorszy z tzw. polskich miesięcy – obrzydliwy moralnie, nierozliczony i o konsekwencjach, które nieprędko znikną. Ale nawet bez tych dodatkowych refleksji frajda z czytania Fogelmana jest duża – przeto polecam gorąco…
Tomasz Sas
(9 05 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *