Pilch w sensie ścisłym. Pierwsza biografia

27 października 2016

Katarzyna Kubisiowska
Pilch w sensie ścisłym. Pierwsza biografia
Wydawnictwo Znak, Kraków 2016

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Podobno to miało być krojenie na żywca…

Biografowanie podmiotów żyjących jest zajęciem obarczonym wielorakim ryzykiem – od tak trywialnego począwszy, jak wieczysta obraza z wyklinaniem do trzeciego pokolenia wpieriod i nazad, co tenże podmiot łacno może biografującemu uczynić (i jakże często rzeczywiście czyni!). Z powodu albo i bez… Obrażalstwo żywych podmiotów jest wielkie, nadęte i wredne. Reaguje z całą mocą na delikatny nawet dotyk. Eksploduje wybuchem – jakby z trzewi najgłębszych swoją syntezę biorącym… Ale to i tak nic w porównaniu z obrażalstwem spadkobierców; ci to dopiero potrafią zademonstrować, co może w warunkach krajowych, tubylczych (ale nie tylko!) znaczyć obraza – a są nawet tacy, co nie tylko uwielbiają sądowe ekscesy, są tacy, którzy posuwają się do fizycznej przemocy na bezbronnej spuściźnie (materialnej: listy, pamiętniki, zdjęcia, dokumentacja mechaniczna, rękopisma…). Więc obrażalstwo żywych podmiotów biografowania (pozwalam sobie tym neologizmem zdefiniować całość procesu…) nie jest zapewne najbardziej upierdliwym ryzykiem.
Ryzykiem groźnym, acz przez publiczność być może niedocenianym, jest deal. Układ znaczy… Często zależny od stopnia zażyłości podmiotu z biografem. W skrócie wygląda to tak: ja ci podrzucę smakowite świeże kawałki mięska (które narrację ubarwią, a już sprzedać je mogę bezpiecznie), których nikomu jeszcze nie zdradziłem, a w zamian ty, biografie mój kochany, pominiesz, przemilczysz parę innych szczegółów wielce wstydliwych. Braciszkiem nieodrodnym takiego dealu jest miłosierdzie w ogólności, narzucające mniemanie, iżby nie robić świństw (żywym takoż, ale zmarłym jeszcze silniej…). Chyba że z pozycji wrogich piszemy – to i podmiot może nawet sikać do kropielnicy!
Zmorą biografistyki vivus tuus (de mortuis też zresztą), są „przyjaciele i komentatorzy, którzy wiedzą lepiej”. Lepiej sobie nie wyobrażać, do czego są zdolni i jak ekstremalnie na nice wywrócić mogą wszelką najlepszą nawet, intencjonalnie czystą robotę…
Chyba tylko ryzyko kupieckie, czysto merkantylne, w zasadzie nie ima się biografowania żywych (są wszelako wyjątki, oj są!), Ba, potrafi często i niekiepsko wynagrodzić niedogodności opisane wyżej. Za co kosmicznej ewolucji wieczna chwała, iż tak pięknie rzecz całą urządziła!
Poczyniwszy garstkę uwag tytułem wstępu, zmierzam ku tezie otwarcia… Epoka Jerzego Pilcha w krajowej literaturze współczesnej dobiegła definitywnego końca, aczkolwiek autor żyje i wszak może coś jeszcze z siebie wydać… I nie stało się to za sprawą człowieka – przez rozkaz alibo też zaniechanie – tak zdecydowała Matka Natura. Z właściwą sobie okrutną, beznamiętną dezynwolturą. Dostrzegł ten fakt znamienny prezes Znaku Jerzy Illg, zamawiając wnikliwą, drobiazgową i arcyszczerą biografię pisarza u Katarzyny Kubisiowskiej, skądinąd prominentnej bywszej lokatorki fraucymeru Pilcha (tyle że może z drugiego albo nawet trzeciego kręgu, liczonego nie wedle pomiaru intymnej bliskości, co raczej więzi metafizycznej). W czym oczywiście nic wstydliwego ni uwłaczającego nie ma – przeciwnie: bliska znajomość trzeciego stopnia (z kontekstem erotycznym czy bez – nic komu do tego…) pozwala biografce nie dać się nabierać (przynajmniej teoretycznie) na „oczywiste oczywistości” curriculum vitae et laborem podmiotu swej uwagi… No i lepszy ma dostęp do źródeł, choć z drugiej strony łatwiej ulec może wspomnianym już sugestiom (coś za coś…) pozacierania tudzież podmalowania tego czy owego faktu, opinii, fotografii…
„Pilch w sensie ścisłym” to biografia osobliwa – w sensie być może nie całkiem ścisłym, ale za to niepospolitej urody, niezwykle odmienna od masowej produkcji tego gatunku zalewającej rynek. Autorka się postarała. W sensie ścisłym. Notabene „w sensie ścisłym” to ulubiona fraza Pilcha; gdyby ktoś zadał sobie trud policzenia, ileż razy autor jej użył we wszystkich swych dziełach zwartych i nadal rozproszonych, publicznych i prywatnych – wyjdzie liczba o ciężarze kosmicznym. W sensie ścisłym to dla Pilcha chyba miara rzeczywistości: coś jest tym, czym jest – tylko tym i niczym więcej, Więc Pilch jest Pilchem, jest Pilchem – niczym innym, niczym ponad Pilcha nie jest… A trudność zasadnicza w sensu ścisłego szukaniu i oznajmianiu na tym polega, że wszystkie (no, prawie…) podstawowe składniki biografii Pilcha są już znane, skonsumowane przez samego właściciela i oswojone… Luterska Wisła, babka Czyżowa, stary Kubica, biskup Wantuła, kot Głupielok, tata z mamą, Cracovia, „Tygodnik Powszechny”, picie w „Zwisie”, literatura, ostre picie gdzie bądź, felietony w „Polityce”, kobiety (dużo kobiet…), awanturnicze umowy wydawnicze na kwoty łaskoczące wyobraźnię (i gen zazdrości u mniej utalentowanych…), jeszcze ostrzejsze picie (w domu na ogół), odwyk, parkinson, depresja, samotność w pokoiku na Hożej, ewangeliczna pokora na finiszu… Co z tego jeszcze można zrobić, czego autor sam nie zrobił? Dopieprzyć skandalami, dowalić kompromitujące szczegóły? No, można, pole wolne – zwłaszcza że Pilch (jak się wydaje…) po ukazaniu się „Zawsze nie ma nigdy” – gruntownego wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez inną z kobiet mistrza (Ewelinę Piechowiak) – zarzucił projekt napisania, doprowadzenia do końca obszernej „Autobiografii w sensie ścisłym”.
Kubisiowska z życiem i dziełem Pilcha postąpiła inaczej. Przede wszystkim unieważniła oś czasu. Tworzy strukturę nielinearną, pogrupowaną wedle… postaci w życiu Pilcha najważniejszych. Jest Ojciec, Matula, Wantuła i Stary Kubica (naprawdę: części biografii takie noszą tytuły…).
Pod patronatem Ojca (Władysław mu było) roztrząsane są aspekty źródłowe Pilchowej biografii: skąd wziął się, licząc od korzeni, co przez wiślańskie okno widział, co od Ojca słyszał (w sumie niewiele: fater był apodyktycznym nerwusem, stawiającym potomkowi nadludzkie wymagania, ale zupełnie nieinteresującym się, jak też dzieciak z tymi oczekiwaniami sobie radzi), jak musiał z nim konkurować…
W rozdziale Matula (Wanda Pilchowa) rządzą emocje – Pilch jest analizowany pod kątem relacji z ludźmi (i dlaczego przeważnie tak szybko relacje się degenerują lub w ogóle są kiepskie…). Mowa jest oczywiście też o kobietach w życiu pisarza. Co tu ukrywać – Pilch w życiu codziennym intensywnie stawiał na różnicę płci, nauczył się tę różnicę hołubić i wykorzystywać.
Biskup luterański Andrzej Wantuła był pierwszym Pilcha autorytetem intelektualnym, toteż w części biografii naznaczonej jego nazwiskiem mamy kompletną analizę luterskich rudymentów Pilchowej drogi zawodowej i poważną (choć za mało analityczną: dlaczego upierdliwy felietonista mistrzem prozy się stał?) próbę skatalogowania twórczego dorobku wraz z meandrami pisarskiego losu. Tutaj Pilch wreszcie jawi się jako poważny element składowy polskiego pejzażu literackiego, bez którego nic… Z tym że Kubisiowska oczywiście nie podjęła trudu krytycznej, naukowej wiwisekcji dzieła Pilcha – już to z braku stosownego aparatu filologicznego, już to z braku powagi. Tak to, tak – o wiele łatwiej samego pisarza brać na ząb niźli jego dzieło. Zresztą, Bogiem a prawdą nie tego od biografii wymagamy! (Wymagamy tylko, by autora było zdecydowanie mniej niż bohatera, co Kubisiowskiej nie do końca się udało…)
Stary Kubica (czyli dziadek Paweł Czyż, z charakteru i intelektu – obu niepospolitych – prawdziwy góral) – postać wielce osobliwa (nawet na tle egzotycznej kolekcji wiślańskich porąbańców) – daje paliwo i spoiwo do opisania ciemniejszej strony żywota Pilcha: nałogów, zdrad, obsesji (w tym pasji kibica, czego Kubisiowska, jak się wydaje, do końca nie pojmuje) tudzież obsesyjnej skłonności do zadawania ran – najbliższym i całkiem obcym…
Czy coś ważnego Kubisiowskiej umknęło? Zapewne. Ale jeśli nawet, to było coś, co i tak na razie złapać by się nie dało. Tak to jest biografowaniem żyjących – dotkniemy tylko tego, czego sami dozwolą… Czy zatem biografia Pilcha jest prawdziwa? Tak i nie. Tak – bo bogactwo szczegółów z elementami szczerości (lub domniemania szczerości) podmiotu robi takie wrażenie. Nie – bo jednak Pilch jest mistrzem autokreacji; sam wielokrotnie wykorzystał i przepracował składniki swego CV. A któż lepiej niż on sam wie, co dołożył, dofabularyzował, a co wprost przeciwnie: ukrył na wieki. Zapewne to i owo pamiętają prości luterkowie z Wisełki, ale któżby tam z nich zarzucał wydawcę sprostowaniami… Zapewne koledzy, a kobiety osobliwie, co nieco mogliby dołożyć, objaśnić, dać świadectwo… Ale po co? Gwoli prawdy? A czymże ona jest? Czymś tak ważnym, by dla niej zabijać? Sam Pilch zresztą już paru swoich zabił… Wystarczy. Zresztą szukanie prawdy w takich na przykład klimatach baru „Pod Mocnym Aniołem” wydaje się czymś mocno niestosownym w sytuacji, gdy autor tak mocno zrósł się ze swym dziełem, że aż odseparować ich (by osobno obejrzeć i zbadać) prawie nie można.
Pilch żyje i czas jakiś (zapewne długi; oby!) pożyje. Warto więc dalej z nim żywym iść, tropów nie gubiąc. Kiedyś wspominał, że chciałby jeszcze napisać swoją „Postyllę”, czyli zbiór kazań stosownych, przeznaczonych na każdą kolejną niedzielę roku (nader popularny buch w ewangelickiej literaturze religijnej…). To byłoby coś, idealne zwieńczenie ścisłego sensu istnienia Pilcha.
Tomasz Sas
(27 10 2016)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *