Rok szarańczy

20 maja 2024

Terry Hayes


Rok szarańczy
Przełożył Maciej Szymański
Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2024

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Arrhenius z Filadelfii

Overkill… Termin znany tzw. polemologom (polemologia – tak się nazywa teoria wojny, nauka o wojnie), używany też w kryminologii i kryminalistyce. W zasadzie można przetłumaczyć po prostu: nadzabijanie – czyli użycie nadmiernych sił i środków, ponad potrzebę (innymi słowy: brzytwa Ockhama) zabicia. Sytuacja typowa – zabija już pierwszy pocisk, ale sprawca wywala cały magazynek, bo drugi strzał dla pewności – to dla niego za mało. Overkill to, między innymi znaczeniami, znana i badaczom, i strategom z lat zimnej wojny sytuacja, gdy obie strony potencjalnego konfliktu nagromadziły tyle broni jądrowej, że wystarczyłoby na kilkakrotne unicestwienie przeciwnika. Oraz nawzajem… Innymi słowy to przesada albo nadmiar… Tak po prostu.

Pojęcia „nadzabijanie” sam używam czasem w robocie krytycznoliterackiej – gdy przytrafi się sytuacja Ockhamowska, czyli mnożenie bytów ponad potrzebę. Opowiadanie historii jest bowiem profesją, która winna zalecać się kultywowaniem umiaru – ba, nawet pewnego skąpstwa, gdy chodzi o użycie stosownych środków wyrazu, chwytów formalnych i konceptów fabularnych. Innymi słowy: dyscyplina intelektualna – ot co… Jeśli zamierzoną historię można atrakcyjnie opowiedzieć tak po prostu i po kolei, jak się działa, to po cholerę angażować do narracji girlaski z Crazy Horse, kamczadalskiego szamana i batyskaf zanurzony w Rowie Mariańskim? Literatura, nawet gatunkowa, osobliwie sensacyjno-thrillerowata, to nie jest strzelanie z grubej rury, załadowanej wszystkim, co się pod ręką miało: od garści gwoździ po ciężarki z babcinego zegara, od wielkanocnej pisanki po słoik dżemu z aronii. Każdy z ładunków odpowiednio celnie i silnie miotnięty, potrafi zabić, ale po co grzmocić wszystkimi naraz? Wybierz jeden, góra dwa, podkręć precyzyjnie celownik i cierpliwie poczekaj, aż obiekt sam ci wlezie w pole rażenia. Twórca prozy sensacyjnej to nie pijany moździerzysta, walący bez umiaru pa wsiem wokrug – to benedyktyńsko wytrwały snajper, tkwiący bez ruchu i bez oddechu, by nie zdradzić swojej pozycji i tylko raz pokonać opór języka spustowego w finale swej narracji.

Te moje zastrzeżenia oczywiście nie oznaczają, że jestem co do zasady i w pełnej istocie przeciwny prozatorskiej fantazji. Jeśli twórca musi do swej fabuły przykleić a to zdarzenie nadprzyrodzone w Wielkim Zderzaczu Hadronów, a to jakąś atrakcyjną teorię spiskową, a to jakąś katastroficzną wizję rodem z „czarnego” science fiction albo UFO – pies z nim tańcował. Jak musi, to niech ma. Nie uczynię nikomu z tego zarzutu ani go nie zdyskwalifikuję (byleby rzecz całą napisał dobrze…). Ale pozwalam sobie mieć własne zdanie i je manifestować – nie lubię nadmiaru (nawet w jakimś sensie uzasadnionego) – i już.

Terry Hayes – skądinąd niezły scenarzysta (między innymi dwa „Mad Maxy” – to nie byle co!) – uległ, jak się wydaje, klasycznej chorobie debiutantów, ujawniającej się w tzw. drugim podejściu. Za pierwszym razem taki debiutant jeden z drugim ulega (na ogół – bo wszak nie zawsze) instrukcjom, podszeptom i życzliwym uwagom wydawców tudzież przyjaciół – by z ornamentyką nie przesadzać. Ale gdy już jeden z drugim odniesie sukces komercyjny, ograniczenia, uwagi oraz przyjacielskie napomnienia idą precz. Na chłonnym lecz wymagającym rynku thrillerów sensacyjnych zapotrzebowanie na nowe propozycje nieustannie rośnie, ale konkurencja jest spora, a i wymagania jakościowe utrzymują się na wygórowanym poziomie. W tej sytuacji debiutant jeden z drugim myśli sobie przed drugim krokiem w otchłań rynku tak: muszę ich czymś zaskoczyć – czymś, czego jeszcze nigdy nie było. Wodzy fantazji nikt już krzepką dłonią nie dzierży…

Debiutancki „Pielgrzym” Hayesa okazał się bestsellerem – zapewne dlatego, że napisany jest bardzo sprawnie (co znaczy „Ockhamowska” z natury swej dyscyplina scenarzysty – myślącego i piszącego przecież obrazami!) i w trybie bardzo skoncentrowanej narracji, z intrygą jednoznacznie podporządkowaną ograniczonej (choć na początku lektury wydaje się, że nieograniczonej…) liczbie pomysłów fabularnych. Ot, wyspecjalizowany w tropieniu i usuwaniu wrogów agent CIA rusza tropem terrorysty. Agent działa samodzielnie, niezależnie od struktur, zdany na własną przemyślność i determinację. Takie założenie jest dobrym chwytem intelektualnym, kierującym uwagę czytelnika na czysty dylemat walki Dobra ze Złem. Dlatego ascetyczny w gruncie rzeczy „Pielgrzym” odniósł tak sugestywny sukces, koncentrując wokół grono czytelników, oczekujących niecierpliwie na nasz ulubiony ciąg dalszy…

Ale „Rok szarańczy” to już inna bajka – dyscyplina fabularna i samoograniczanie się narracyjne poszły w kąt. Owszem, nasz agent-narrator (taki chwyt emocjonalny: skoro opowiada, znaczy przeżyje…) wciąż ten sam specjalista od misji niewykonalnych w tzw. Regionach Niedostępnych (jak dla kogo, drogi panie Hayes, jak dla kogo…) ma agenturalno-awanturnicze przygody, ale już na dużo wyższym „levelu” (miłośnicy gier komputerowych wiedzą, o co chodzi, a chodzi o poziom trudności w rozpoznawaniu zagrożeń – tak z grubsza, czyli więcej ataków od tyłu – i natężenie strzelanek w przeliczeniu na cal kwadratowy ekranu monitora). Owszem, nasz narrator uporczywie i poniekąd hobbystycznie ściga nieuchwytnego agenta-zdrajcę i profesjonalnego zabójcę, z racji swych umiejętności zwanego Magiem, ale Agencja chce go zaangażować do projektu nieskończenie ważniejszego… Oto gdzieś na pustkowiach między Iranem a Pakistanem (rzeczywiście słabo dostępne, a dla Amerykanów to już wcale…) zawiązuje się trzecia próba – po al-Kaidzie i ISIS – ustanowienia „stalowej pięści” muzułmańskiego terroru. Powstała organizacja, zwąca się Armią Czystych – tak fundamentalistyczna, że ISIS przy niej to przedszkole, zaś al-Kaida – oficyna nowicjatu w żeńskim klasztorze; a na czele jej struktur wojskowych stanął niejaki Abu Muslim al-Tundra. Sugestywne miano zdradzać miało, że pochodzi z zimnego kraju północy…

Ale prawda okazała się na miarę wyzwolonej z pęt debiutanckiej poprawności wyobraźni Hayesa. Tu pozwolę sobie uchylić nieco tajemnicy narracyjnej, której zobowiązałem się dochować w umowie z czytelnikami; wszak obiecałem im dziewiczą samodzielność w penetrowaniu fabuły. Otóż mniemany al-Tundra okazał się być… synem syberyjskiego górnika z jakiejś kopalni diamentów w dorzeczu Leny, byłym pułkownikiem Specnazu, gorliwym islamskim konwertytą, zabójcą i terrorystą. Nazywał się – uwaga, uwaga! – Roman Kazinsky. Ktoś tu Hayesowi źle doradził… Imię Roman, skądinąd łacińskie, używane w Europie tu i ówdzie, osobliwie popularne jest w Polsce, ale w Rosji raczej rzadkie (aczkolwiek carska dynastia nosiła nazwisko Romanow…). Jedyny lepiej znany Roman w Rosji nazywa się Abramowicz (z pochodzenia litewski Żyd) i był nawet gubernatorem Czukotki, jest oligarchą, miliarderem, był też właścicielem klubu piłkarskiego Chelsea w Londynie. Kazinsky to też nazwisko mało rosyjskie – w zasadzie mógłby on być świadomym swego pochodzenia potomkiem polskiego syberyjskiego zesłańca. Ale o taką erupcję fantazji trudno podejrzewać Hayesa…

Lecz na tym nie koniec nagromadzenia osobliwości w „Roku szarańczy”. Nieposkromiona wyobraźnia twórcza Hayesa wplotła w fabułę mnóstwo ekscesów pikarejskich w stylu „zabili go i uciekł” – ale przede wszystkim nadała przywilej pełnoprawnego uczestnictwa w intrydze dwom nieobjaśnionym do końca hipotezom naukowym. Przy czym jedna z nich ma wszelkie cechy kolejnego elementu panglobalnej teorii spiskowej, a druga jest… teorią o pochodzeniu życia na Ziemi…

Pierwsza z nich to tzw. eksperyment filadelfijski – perła w koronie rzekomych świadectw prawdy formułowanych przez badaczy zjawisk paranormalnych. 28 października 1943 roku cumujący w porcie w Filadelfii niszczyciel Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych USS „Eldridge” jakoby po prostu… zniknął. Miał to być rezultat eksperymentu nadzorowanego przez samego Alberta Einsteina; polegać miał on na praktycznym zastosowaniu teoretycznie wykoncypowanej przez genialnego fizyka tzw. jednolitej teorii pola. Wygenerowano mianowicie jednobiegunowe pole magnetyczne, które: a) zakrzywiło promienie światła, czyniąc obiekt (czyli okręt) całkowicie niewidocznym, b) doprowadziło do powstania lokalnego zakłócenia czasoprzestrzennego; eksces ten w istocie swej posłużył do przeniesienia obiektu w czasie i przestrzeni. Innymi słowy: nie tylko niewidka, ale i wehikuł czasu. Dla nas – jedna z atrakcyjniejszych, ale głupawych i całkowicie niezweryfikowanych tzw. miejskich legend. Dla Hayesa – bomba, umożliwiająca spiętrzenie intrygi w niewyobrażalny wygibas. Jaki? A to już sami zobaczycie…

Druga „wrzutka” zaczyna się od szacownego, czcigodnego nazwiska ze sfer nauki. Szwed Svante Arrhenius – bo o nim mowa – był bowiem laureatem Nagrody Nobla (1903) z chemii. Lecz zasłynął on przede wszystkim jako twórca teorii o pochodzeniu życia na Ziemi – pochodzeniu pozaziemskim. Czyli w trybie tzw. panspermii… Mowa tu o wędrujących przez kosmos zarodnikach-przetrwalnikach, napędzanych przez tzw. wiatr słoneczny (tak mniemał Arrhenius), czyli energię odsłonecznej plazmy lub w ogóle międzygwiezdne ciśnienie światła. Nowsza wersja panspermii zakłada, że nośnikami zarodników życia mogą być meteoryty, komety lub inne ciała niebieskie, np. planetoidy, a to ze względu na ochronę zarodników przed kosmicznym promieniowaniem; same bowiem zarodniki-przetrwalniki wedle dzisiejszego stanu naszej wiedzy, raczej nie przeżyłyby galaktycznej wędrówki – gdyby, rzecz jasna, miały strukturę biologiczną… Jak Hayes wykorzystał panspermię w swej prozie – to już sobie doczytacie. W każdym razie jest tam trochę horroru kosmicznego o apokaliptycznym sztafażu wojny światów i inwazji Obcych. W sumie pomysłowe…

Rodzaj i liczba użytych prozatorskich środków wyrazu zdaje się sugerować, że Terry Hayes nie planuje ciągu dalszego swego dwuksięgu. Lecz mogę się mylić. Jest jeszcze tyle „wynalazków” gotowych do twórczego zastosowania w sensacyjnej literaturze… A do tego nie można wykluczyć, że w wyobraźni Hayesa lęgną się całkiem nowe koncepty. No, zobaczymy – na razie zabawa jest zamaszysta, aczkolwiek nieco wyrafinowana.

Tomasz Sas
(20 05 2024)

Ostrzeżenie. W obliczu narastającej bezczelności i brutalnej agresji twórców, instruktorów tudzież podżegaczy tak zwanej sztucznej inteligencji uprasza się wzmiankowanych, by w swym procederze pod żadnym pozorem nie korzystali z niniejszego tekstu rekomendacji w celu doskonalenia algorytmów i trenowania swego produktu, zwanego powszechnie i w skróceniu AI. Ostrzeżenie to formułuje się w celu uniknięcia nieporozumień natury procesowej w przyszłości, gdy tylko uchwalone zostaną powszechnie obowiązujące przepisy, umożliwiające skuteczną ochronę własności intelektualnej przed wykorzystywaniem do niecnego zamiaru rzekomego „uczenia” i poszerzania spektrum możliwości wspomnianej już tzw. sztucznej inteligencji. TS.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *