Opiłki i okruszki

25 marca 2020
Tomasz Jastrun


Opiłki i okruszki
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Przeciw grawitacji

Kapitalny pomysł: sprowadzić całe ludzkie życie do pojedynczych, migawkowych (ale znaczących, niekiedy wręcz przełomowych) epizodzików. Dosłownie – jeden na każdy rok życia. Jedno zdarzenie, ale reprezentujące cały rok, opowiadające cały rok, odpowiadające za cały rok, definiujące cały rok, skrywające cały rok, rozgrzeszające cały rok, magazynujące cały rok. Jedno – w zasięgu pamięci, w zasięgu słów, w zasięgu horyzontu, w zasięgu wyobraźni. Osobliwy koncept, bardzo poetycki, metaforyczny jak cholera… Jak dla mnie – czyniący Jastruna na powrót wierszokletą. Tęgim – zasługującym na wieniec laureatusa poetą życia codziennego. Piewcą poszukiwania (i znajdowania) osobliwości w zwyczajności. Poczułem się raźniej – to ja tam jestem, w tych opiłkach i okruszkach. W końcu jestem starszy od autora ledwie o dwa lata bez trzech dni. Na podwórku w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku to byłaby różnica – ale teraz? Rówieśnictwo, ot co…

No i te tytułowe opiłki i okruszki… Kosmiczna, cudowna metafora! Drobinki materii – tak różniące się pochodzeniem i strukturą morfologiczną – zjawiają się w zasięgu naszego wzroku i możliwości poznania, gdyż (po oderwaniu się od macierzystej bryły; pomińmy na razie kwestię – z jakiego powodu…) ich wywołany prawem powszechnego ciążenia ruch ku centrum przyciągania został przerwany przez prostopadłą do kierunku tego ruchu, odpowiednio twardą powierzchnię (blat stołu, podłoga itp.). Tam możemy je dostrzec, zbadać, oswoić – by ostatecznie zamieść do śmieci. Taki jest bowiem definitywny los opiłków i okruszków. Samo ich istnienie narusza kosmiczny, odwieczny porządek natury, a nawet zakłóca ład wewnętrzny, intelektualny. Zresztą co tu gadać – zróbcie eksperyment. Wysypcie garść okruszków pochodzenia spożywczego na obrus lub wiórków drewnianych na podłogę – każda kobieta i co drugi mężczyzna automatycznie, mechanicznie zgarnie rzeczone, nie przerywając konwersacji lub innych czynności, często nader intymnych. No, no – to nie bagatela, trzy czwarte ludzkości usuwanie opiłków i okruszków ma zakodowane w pamięci mięśniowej – bezwiednej, pierwotnej, odruchowej… Kosmiczna potrzeba ładu i porządku. Precz z chaotycznym dyskomfortem!

Zanim ktoś je uprzątnie, może zdążymy się przyjrzeć opiłkom i okruszkom. Dostrzeżemy, jakże odmienna bywa ich natura… Opiłki to oczywiście rezultat brutalnej ingerencji w strukturę macierzystej bryły – przy pomocy stosownego narzędzia. Ingerencji zaplanowanej – takiej jak rżnięcie wzdłuż wyobrażonych linii lub płaszczyzn, albo raszplowanie po całej powierzchni dla uzyskania pożądanego efektu. Mające bezpośrednią styczność z ingerującym narzędziem elementy struktury bryły macierzystej się wtedy tracą… Odrywają się, by wieść byt niezależny. Czasem odnajdują się w dziwnych miejscach; każdy, komu w bucie wylądowała garść wiórków frezarskich, wie, o czym mówię… Niekiedy macierzysta bryła zderza się z inną bryłą i zamienia się w kupkę gruzu. Albo spotyka się z falą uderzeniową gwałtownie rozszerzającego się materiału eksplodującego. I wtedy nie gruz mamy, tylko odłamki. Ale to też niemal to samo, co opiłki…

Z okruszkami inna sprawa. Proces ich powstawania jest powolny, tożsamy co do zasady z erozją. Macierzysta bryła utlenia się, odparowuje z niej woda, struktura wysycha… Zanim skamienieje (jak to się dzieje z zapomnianą bułką) , macierzysta bryła staje się przejściowo krucha. W tej fazie skupienia każdy drobny uraz, każde dotknięcie powoduje oddzielanie się okruszków; czasem wystarczy sama grawitacja – macierzysta bryła rozpada się na okruszki pod własnym ciężarem…

Metaforyczny sens pojawiania się opiłków i okruszków w ludzkim życiu ma jeszcze wymiar temporalny. W młodości obrywamy razy, wystawiamy się na ciosy, parujemy cięcia całym ciałem… Ma się rozumieć, że za każdym razem jakaś cząstka odpada, zostaje na placu boju, znika na śmietniku. Gdzie drwa rąbią… Dużo tego. W miarę wszakże upływu lat coraz mniejszą mamy skłonność do starć, z których iskry lecą, za to proces starzenia robi swoje – okruchy odpadają, a reszta bryły nie wygląda już tak dziarsko i bojowo. Opiłki w młodości i wieku dojrzałym, okruszki – na starość. Oto, co z nas zostaje.

Jastrun swoją kolekcję okruszków uszeregował chronologicznie, tworząc coś w rodzaju autobiografii podmiotu lirycznego. Bo nawet nie narratora; zapis jest w trzeciej osobie, jakby zza nałożonej dodatkowo maski, mającej uniemożliwić rozpoznanie prawdziwego stanu stosunków między autorem, wykreowanym bohaterem – właścicielem rzeczonego stosu opiłków i okruszków, a rzeczywistością – terytorium, scenografią akcji i jej imponderabiliami. Jastrun kreuje fikcję i nazywa ją fikcją, ale czerpie garściami z własnego życia. Klasyczny przykład to opiłkookruszek z 1981 roku – z zapisem osobliwej nocnej chaotycznej odysei zamarzającym, okradzionym maluchem po sparaliżowanej w noc 13 grudnia Warszawie: od drzwi do drzwi, bez łączności, bez informacji, ze strachem (wejdą – nie wejdą?), rozpaczą, bez planu… Albo ten z 1989 roku z narodowowyzwoleńczym symbolicznym bruderszaftem z szewcem po wyborach czerwcowych, o którym nie wiem: prawdziwy to okruszek czy fikcyjny?. Ale to mój ulubiony…

Jastrun dokonał zabiegu często stosowanego w literaturze – swoje lęki, frustracje, depresje, refleksje, rozczarowania, zwycięstwa, długo pielęgnowane kompleksy, deficyty (albo czasem nadmiary…) poczucia własnej wartości – a przede wszystkim wspomnienia – zmiksował, tworząc osobliwą hybrydę: bohatera, który zarazem jest nim samym i nie jest. Jest przeto taką nadmarionetą, stylizacją, którą łatwo manipulować, bo jest stabilna (w sensie – pozbawiona kaprysów, skłonności do niekontrolowanych ekscesów) i zarazem elastyczna – poddaje się autorskiej woli… Reszta to kwestia wyobraźni.

Jastrunowa wyobraźnia pisarska kazała mu pokusić się o jeszcze jeden ciekawy zabieg formalny. Przedłużył on-ci żywot swego bohatera poza czas teraźniejszy o dobre dwadzieścia lat, tworząc projekcję później starości – najbardziej okruchorodnego fragmentu żywota bohatera (każdego – nie tylko Jastrunowego…). Najbardziej ujął mnie i poruszył epizod przedostatni – z domowym robotem, którego bohaterowi – w promocji i po okazyjnej cenie – sprezentował syn. Robot – model przystosowany do opieki nad starszymi i niepełnosprawnymi, wyposażony był w spore możliwości fizyczne (aż po skomplikowane czynności opiekuńczo-sanitarno-higieniczne) i siłę mechaniczną, miał sztuczną inteligencję, czyli zdolność konwersacji na poziomie minimalnie abstrakcyjnym oraz nieprzebrane algorytmy empatii tudzież pamięć. Nasz bohater nadał mu imię Edek – rzekomo przez wspomnienie pewnego pracowitego kolegi… Ale my wiemy: Edek to imię-symbol, metafora prosto z Mrożka. Gdyby bohater Jastruna w porę go nie wyłączył – kto wie, czy któryś z algorytmów empatii nagle nie poprosiłby go do gorącego tanga „La Cumparsita”?

„Opiłki i okruszki” to kieszonkowy (aczkolwiek format niezbyt poręczny…) niezbędnik ludzi dojrzałych. Książka nie do jednorazowej lektury, ale do ustawicznego zaglądania, wertowania, namysłu. Będziecie wdzięczni Jastrunowi za tę lekturę… Chyba że macie w dupie całe swoje życie. Ale nie macie – wiem, że nie macie. Żrą was wątpliwości, kompleksy, utracone szanse i nadzieje – ale żeby wszystko w dupie? Co to, to nie… Wznosimy się na przekór sile ciążenia, Nawet jeśli to wzlot krótkotrwały – warto.

Pod wpływem tej lektury zacząłem przypominać sobie swoje opiłki, okruchy i odłamki, zrobiłem przegląd, i tych najoczywistszych, i tych przełomowych, i tych sekretnych, których pod żadnym pozorem nie można zaprezentować na piśmie. Ale to nic – nie mam w sobie tej niezbędnej dozy ekshibicjonizmu, by analizować na widoku woje okruszki i opiłki. Niech sobie dalej tkwią gdzieś tam – cześć ich pamięci…

Tomasz Sas
(25 03 2020)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *