Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga

5 marca 2020
Anna Matwiejewa


Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga
Przełożyła Magda
Dolińska-Rydzek

Wydawnictwo Kobiece – MOVA, Białystok 2020
Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Rassija – matuszka siekrietow

Tajemnica… Rosja lubi, szanuje, pielęgnuje oraz intensywnie wytwarza tajemnice. Tajemnica jest magicznym słowem-kluczem założycielskim każdej rosyjskiej formacji państwowej (bez względu na ideologię) – od monarchii Iwana Groźnego począwszy po współczesną satrapię pułkownika KGB Putina. Klauzulę tajemnicy państwowej wykuli czynownicy Piotra Pierwszego i potem już płynnie poszło. Kto nie widział odbitej na papierach wielkiej czerwonej pieczęci w tłustej ramce z napisem „sowierszenno sekretno” (czasem z wykrzyknikiem dla wzmocnienia) – ten nic w Rosji nie widział. W Rosji bowiem tajemnica państwowa była i jest opoką imperium, fundamentem struktur władzy, czarodziejskim zaklęciem – przecinającym spory, kończącym dyskusję sygnałem ostrzegawczym, uruchamiającym mechanizmy instynktu samozachowawczego. Wielopokoleniowa tresura policyjno-łagrowa zrobiła swoje – plemię łamaczy tajemnic nigdy nie urosło w siłę, a dziś znowu wydaje się być na wymarciu…

A tu tyle tajemnic do odkrycia – lub przynajmniej napoczęcia, nazwania, choćby wstępnego zdefiniowania… Jak Rosja (z przyległościami) długa i szeroka, tajemnice się płożą i srożą za płotami z czerwonych bukw. Trochę z nich udało się otworzyć, spopularyzować – ale przecież nie wyjaśnić. Ot, najwyżej rozgrzebać, dorzucić do puli wszechzwiązkowych tajemnic, podkarmić teorie spiskowe (i nakarmić ich naiwnych, entuzjastycznych lub zgoła cynicznych propagatorów). Samo ewidencjonowanie tajemnic, znanych tylko z hasła wywoławczego i paru identyfikacyjnych szczegółów, jest w Rosji zajęciem tyleż ekscytującym, co niebezpiecznym. Łowcy tajemnic sami prędzej czy później mogą się stać innej tajemnicy podmiotami – zaginionymi podmiotami… Tajemnice państwowe Rosji – osobliwie te z lat zimnej wojny i wyścigu zbrojeń – nie są puszczone samopas, porzucone i zapomniane. Każda ma swoich strażników. Nie wszyscy są starzy, ociężali, leniwi, osaczeni przez demencję i skorumpowani. Bystrych, stanowczych (i uzbrojonych…) ciągle sporo. Ale to oczywiście nie oznacza, że badacze tajemnic ze strachu nie podejmują prób zgłębiania takowych. Podejmują…

Wystarczy na przykład w gronie łowców, przy ognisku mile grzejącym i odpędzającym dymem komary, gdy woda ognista w krwiobiegu rozwiąże języki i rozcieńczy wrodzoną nieśmiałość, rzucić na przykład nazwisko: Diatłow. Emocjonującą biesiadę na wysokim poziomie intelektualnym masz zapewnioną do świtu. Albo i dłużej…

Bo to rzeczywiście tajemnicza sprawa… W styczniu 1959 roku gromadka studentów Uralskiego Instytutu Politechnicznego w Swierdłowsku (obecnie, a „przedtem” także: Jekaterynburg) szykowała się do narciarsko-pieszej wyprawy w pasmo Uralu Północnego (zwanego też Uralem Polarnym), z zamiarem zdobycia góry Otorten (1079 metrów…) na granicy Republiki Komi, w sąsiedztwie Chanty-Mansyjskiego Obwodu Autonomicznego – czyli gdzieś w pasie północnych bezdroży oddzielających Europę od Azji.

Turystyka w owej epoce była tym rodzajem aktywności młodego pokolenia ludzi radzieckich, który cieszył się pobłażliwą akceptacją partii i wszechstronnym wsparciem Komsomołu tudzież organizacji związków zawodowych. Terenowe instancje profsojuzów dysponowały nawet skromnymi funduszami i zapasami środków technicznych na wsparcie turystyki. Z oczywistych względów aprobatę zyskiwały nizinne i górskie formuły grupowych rajdów pieszych tudzież wszelkie sposoby uprawiania śródlądowej turystyki wodnej. Turystyka rowerowa nie cieszyła się wzięciem – a to z powodu braku dróg nadających się do jazdy oraz poważnych niedoborów na rynku sprzętu; jeśli udało się zmontować wyprawę na jednośladach, to wprędce zamieniała się w osobliwe współzawodnictwo – komu uda się dojechać najdalej, zanim mu tubylcy nie podpieprzą welocypedu…

Lekko i niezobowiązująco to wygląda, ale srodze myliłby się ten, kto upatrywałby w turystyce oazy swobody, bezhołowia czy radosnej improwizacji. Przeciwnie – wszystko ujęte było w ryzy surowych i drobiazgowych regulaminów. W tamtoczesnych warunkach zrobienie kroku po lesie, poza granicą administracyjnie wyznaczonego opriedielionnawo miesta żytielstwa, było niemożliwe bez stosownego zezwolenia – propuska. A w przypadku uprawiania turystyki konieczna była przynależność do systemu. Nikt z głupia frant nie mógł sobie ot tak iść do lokalnego komitetu turystyki i poprosić o zezwolenie na samotny spacer po okolicznych pagórkach, nawet jeśli dowiódł, że jest przygotowany, odpowiedzialny i dobrze wyposażony. Turystyka to zbyt poważna sprawa, wagi państwowej… Decydowała przynależność do klubu (niech was swobodna nazwa nie zmyli – to były organizacje o strukturze półwojskowej) i dobrowolne podporządkowanie się systemowi punktacji, stopniowalnych odznak i hierarchii (jak tabela rang gubernialnych czynowników). A jednak mimo tej biurokratycznej udręki turystykę uprawiały setki tysięcy ludzi.

Dlaczego? Bo to mimo wszystko przyjemna forma aktywności społecznej. A poza tym sowietskij grażdanin – schludny turysta z dorobkiem – zawsze wyprzedził w wyścigu po społeczne przywileje pijanego bumelanta i obiboka, bijącego żonę. Jakie przywileje? A choćby miejsca na listach przydziałów rozmaitych dóbr rzadkich… A poza tym zorganizowana grupa sprawdzonych w bojach przyjaciół (nawet jeśli rutynowo jeden z nich donosił bezpiece…) gdzieś w tajdze, tundrze czy w górach mniej odczuwała ciśnienie reżimu. Doprawdy, w konfrontacji z bezlitosną surowością i urodą przyrody wytyczne, uchwały i rezolucje kolejnych zjazdów KPZR lub plany kolejnych pięciolatek traciły na znaczeniu. Nie działały – no, chyba że w postaci zbroszurowanej, wydrukowane na papierze – wtedy i skręta z machorki można zrobić, i ognisko szybciej rozpalić… I tak dalej.

No więc w styczniu 1959 roku… Igor Diatłow, 23-letni student piątego roku radiotechniki wspomnianego instytutu, wytrawny turysta, charyzmatyczny, samorodny przywódca i doskonały, odpowiedzialny organizator, twardziel, dobrze wytrenowany okaz zdrowia – kandydat na polarnika (choć równie dobrze mógłby kandydować do kolektywu kosmonautów…) – zapowiada wyprawę w góry Uralu z zamiarem osiągnięcia pieszo i na nartach szczytu Otorten, tuż po zimowej sesji egzaminacyjnej. Dziesięcioro kandydatów, w większości przyjaciół z poprzednich wypraw, zaczyna się szykować – gromadzą sprzęt, trochę gotówki (dotacja klubowa – 100 rubli na głowę – to raczej mało) i skromny zapas żarcia. Po drobnych perturbacjach ze składem (jeden odpadł, bo zawalił sesję, ale jego miejsce zajął doświadczony instruktor i przewodnik górski z Ałtaju – starszy od reszty grupy, zaś tuż przed startem do pieszej wędrówki wycofał się dziesiąty uczestnik; dopadła go rwa kulszowa, więc zawrócił do Swierdłowska), po parodniowej podróży pociągiem, autobusem, gruzowikiem i konnym zaprzęgiem dotarli bazy geologów, zwanej 41. Odcinek. Stąd 27 stycznia 1959 roku dziewięcioro (wspomniany już Jurij Judin wycofał się z powodu rwy, co uratowało mu życie…) turystów ruszyło w kierunku góry Otorten: Igor Diatłow – szef ekspedycji, oraz studenci – Jurij Doroszenko, Ludmiła Dubinina, Aleksander Kolewatow, Zinaida Kołmogorowa. Trzej kolejni: Georgij Kriwoniszczenko, Rustem Słobodin i Nikołaj Thibeaux-Brignolles (syn francuskiego komunisty, urodził się w łagrze…) to inżynierowie, niedawni absolwenci Uralskiego Instytutu; wszyscy trzej pracowali w osławionej fabryce atomowej Majak, znanej jako Czelabińsk-40). No i dziewiąty to wspomniany już przewodnik górski Siemion Zołotariow.

1 lutego wieczorem uczestnicy wyprawy rozbili namiot (mieli jeden wspólny – solidny schron pięciometrowej długości, z wytrzymałego brezentu) na zboczu góry Chołatczachl. I tyle o przebiegu zdarzeń wiemy na pewno. Po kilku, może kilkunastu godzinach ekspedycja Diatłowa przestała istnieć w sensie czysto fizycznym; jej członkowie stracili życie. Ekspedycja ratunkowo-poszukiwawcza kilka tygodni później odnalazła obozowisko i sam namiot – pełen sprzętu i osobistego bagażu, trzykrotnie rozcięty nożem od wewnątrz. W dolince poniżej obozowiska w różnych miejscach i sytuacjach znaleziono zwłoki uczestników wyprawy, na ostatnie trafiono dopiero w maju, gdy powoli topniał śnieg. Autopsje wykazały, że sześcioro zmarło wskutek wychłodzenia organizmu (mróz mógł sięgać -20 stopni…), ale troje miało poważne obrażenia (wielopunktowy uraz czaszki, połamane liczne żebra), które były groźne dla życia w normalnych warunkach, a co dopiero w tak ekstremalnych… Większość zwłok uczestników wyprawy znalezionych na zboczu Chołatczachl była niekompletnie ubrana, co sugerowałoby pospieszną ewakuację namiotu, nawet ucieczkę, może w panice. Co się stało? Dlaczego tak zareagowali?

Byli doświadczeni, wysportowani, oswojeni z warunkami, odpowiedzialni i wyszkoleni, a nadto ponadprzeciętnie inteligentni. Byle co by ich nie zaniepokoiło, nie wprowadziło w stan bliski histerii. Ani nieoczekiwane i gwałtowne zjawisko atmosferyczne – na przykład purga, ani, dajmy na to – lawina (zresztą w tamtym terenie ze względu na niewielki kąt nachylenia zbocza, zejście lawiny wykluczyli eksperci), ani zjawisko przyrody – na przykład wybudzony, głodny niedźwiedź, ani atak ludzi, na przykład uciekinierów z nieodległego łagru – taki mogliby odeprzeć; a zresztą nie było śladów walki… Więc co? Nie mam pojęcia – ale mam pewność, że musiało to być coś, o czym nie mieli pojęcia wcześniej, na co nie byli przygotowani – coś nieoczekiwanego, nieznanego, a zarazem na tyle gwałtownego, że uniemożliwiło racjonalną reakcję, ograniczyło wyćwiczone odruchy obronne, a potem uniemożliwiło powrót do sprawnego działania… Deus ex machina – ot co. Śledztwo umorzono.

A co w tym wszystkim robi Anna Matwiejewa? No cóż – to młoda prowincjonalna pisarka z Jekaterynburga, autorka paru ckliwych romansów, właścicielka kota o imieniu Schumacher i małego mieszkanka w wychłodzonym blokowisku; w inwentarzu też były mąż Wadik (wredna kumpela zabrała go jak swojego…), cwaniakowaty wydawca w Moskwie i garstka przyjaciół. Wczesną zimą 1999 roku Ania zabiera się do pracy, której nie mogła się oprzeć, bowiem poprzedziły ją sygnały natury transcendentalnej – jakiś natrętnie powtarzające się sny w śnieżnej, zimowej, polarnej scenerii, jakaś wizyta dziewięciorga smutnych i milczących narciarzy na klatce schodowej, inne znaki niewytłumaczalne – jakieś spotkania, teksty pojawiające się samoistnie w komputerze, w końcu pokaźny zestaw dokumentów… Znaki na niebie i ziemi kazały Ani pisać, zresztą wciągnęła się sama w tę historię.

Anna Matwiejewa napisała tę zdumiewającą i tajemniczą (w miarę upływu lat coraz bardziej…) historię z ogromna pieczołowitością i dokładnością, obficie czerpiąc z istniejących i dostępnych dokumentów. Ale zabezpieczyła się polisą – „atomowym” słowem-kluczem: roman… Powieść znaczy. Jakby zawczasu chciała oddalić wszelkie pretensje czytelników, wymiksować się z dyskusji i rozważania hipotez o przyczynach i przebiegu wydarzenia z udziałem diatłowców. Powieść to fikcja. Innymi słowy: asekuracja, by w razie czego na uboczu pozostać. Matwiejewa obrała formułę osobliwego przekładańca. Relacjonuje postępy w studiowaniu dokumentów i zdobywaniu informacji, obficie cytuje te papiery, a jednocześnie na równych prawach zapisuje, jak to Wadik łomocze w drzwi, relacjonuje dialogi z byłym mężem, oczekującym przyzwolenia na powrót i restytucję domowego ogniska, zdumiewa się, jakim to subtelnym znawcą natury ludzkiej jest kot Schumacher… Bez refleksji, bez potrzeby selekcji, z równym napięciem emocjonalnym (a właściwie bez niego…). Bo to powieść? A właściwie powieść o pisaniu powieści, pisana między kartkami akurat pisanej powieści. Trochę to skomplikowane, ale taka już jest Matwiejewa – nawiasem mówiąc: konstruktorka osobliwej logiki, wedle której mistyka znaków może zastąpić twórczy namysł…

Innymi słowy: można czytać Matwiejewą tylko w części dokumentalnej, ale można też w całości. I to dopiero jest ciekawe doświadczenie – odsłaniające trochę prawdy z życia współczesnych (no dobra – sprzed dwudziestu lat…) Rosjan – tych Wadików, Arkadijów, Swiet, Nadieżd Gieorgijewnych, zakopanych gdzieś na Uralu, w takim, dajmy na to, zwyczajnym prowincjonalnym (choć to milionowe miasto jest i nawet metro ma…) Jekaterynburgu. To jest dopiero tajemnica bytu!

Tomasz Sas
(5 03 2020)

P.S. Drobna uwaga do wydawcy, skądinąd mało znanego na rynku – gdy wydaje się takie książki, warto dołączyć jakąś mapę albo dwie, postarać się o parę zdjęć (wiem, że są w obiegu…). Innymi słowy: więcej staranności… TS


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *