Trzynaśc13

23 lutego 2020

Steve Cavanagh 


Trzynaśc13
Przełożył Janusz Ochab
Wydawnictwo Albatros
Sp. z o.o., Warszawa 2020

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Zbrodnia bez granic…

Od początku wiemy, kto zabija (choć nie tak łatwo go zidentyfikować…) i mniej więcej domyślamy się też – dlaczego… Więc dwa podstawowe elementy suspence’u na wstępie odpadają. Pozostaje trzeci. Czyli – jak on to robi? Innymi słowy: anatomia morderstwa. Bardzo wyrafinowanego morderstwa. Wielu bardzo wyrafinowanych morderstw. W tych okolicznościach narracyjnych pojawia się zasadne skądinąd pytanie – czy warto śledzić samą technologię zabójcy, gdy jego tożsamość i motywy, aczkolwiek są podmiotami śledztwa, prowadzonego gdzieś w tle, na drugim planie, dla czytelnika odsłaniają się po prostu. Dzięki udziałowi głównego sprawcy w przeprowadzonym przez autora procesie opowiadania. Morderca nie jest wprawdzie „podmiotem lirycznym” narracji, ale opis jego działań symultanicznie wypełnia jedną z dwu głównych linii konstrukcyjnych całej intrygi. Opis beznamiętnie szczegółowy i nad wyraz precyzyjny – spisany tak, jakby autor miał ambicję sporządzić raport behawioralno-sytuacyjny i nie obawiał się, że ktokolwiek zechciałby zostać naśladowcą sprawcy. Choćby dlatego, że nadmiar szczegółów i stopień ich zagmatwania wykluczałby przeciętnego człowieka z grona podejrzanych. Z powodu niedostatku kwalifikacji intelektualnych do ogarnięcia całego zbrodniczego zamierzenia. To zadanie dla niepospolitego geniusza mordowania…

No i Cavanagh wykreował sobie takiego potwora… Po pierwsze – wyposażył go w analgezję, czyli niewrażliwość na ból – genetycznie uwarunkowane, wrodzone uszkodzenie układu przewodzącego bodźce między komórkami nerwowymi a mózgiem. Osobnik dotknięty analgezją nie odczuwa niczego z tego, co zwaliłoby z nóg każdego z nas; brak uczucia bólu wyłącza praktycznie instynkt samozachowawczy. Znosi bariery własnego bezpieczeństwa… Kłujesz takiego na wylot, dziurawisz pociskami, a on idzie i robi swoje. Padnie trupem dopiero, gdy się wykrwawi. Albo porcja ołowiu przewierci mu mózg. Osobnik analgetyczny to poręczna figura w procesie kreowania intrygi kryminalnej. Tą osobliwością można wytłumaczyć wiele nieprawdopodobnych zdarzeń i bez czytelniczego zdumienia posuwać fabułę do przodu…

Po drugie – potwór Cavanagha na misję. Nie może przecież mordować ot, tak sobie, wyłącznie z powodu zbrodniczej fiksacji. On postanowił eliminować ludzi, którym się powiodło, którzy zrealizowali American Dream – legendę o nieograniczonych możliwościach rozwoju i wzbogacenia się, jeśli tylko będziesz uczciwie i pracowicie tyrać na rzecz sukcesu… Bo jemu z mamusią się nie powiodło – do tego stopnia, że musiał i mamusię zabić, by się nie męczyła (nie wspominając już domniemanego tatusia, który pierwszy poszedł pod nóż…). No i te zbrodnie to nie tylko zemsta – to rodzaj przesłania, by nie ufać systemowi, bo ten z natury rzeczy jest morderczy, bezwzględny i rabunkowy… Do tego głupi, niemoralny i boleśnie niesprawiedliwy.

Tak, tak – system wymiaru sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej przez swe osobliwości nie jest ani doskonały, ani przyjazny obywatelom, ani bezpieczny. Zapewne nawet jego sieć ma za duże oczka. Ale innego tam nie mają. Więc Cavanagh wykoncypował prywatne remedium na niedoskonałości systemu i używa go intensywnie w swoich książkach – jeśli mnie pamięć nie myli, to chyba już po raz czwarty. Osobnik nazywa się Eddie Flynn i jest adwokatem praktykującym w Nowym Jorku z pełnymi uprawnieniami do stawania przed sądami w stanie Nowy Jork i zapewne w całym Drugim Okręgu Apelacyjnym sądownictwa federalnego. Eddie Flynn jest… byłym przestępcą, ściganym za oszustwa (nigdy mu niczego nie udowodniono), zresocjalizowanym aż nadto (ale wciąż nie wiem, jak się to ma do wymogu nieskazitelności adwokata…). Eddie przyjaźni się (i czasem popija…) z pewnym sędzią, właśnie dobiega końca jego rozwalone małżeństwo, a w kościach i mięśniach ma wieloletni regularny, amatorski, ale intensywny trening bokserski. No i jeszcze coś: bierze sprawy tylko wtedy, gdy uważa, że oskarżony jest niewinny. To z pewnością rzadka cecha wśród nowojorskiej palestry. Niezwykle rzadka… I nie sprzyjająca regularności ani wysokości dochodów przedstawianych, ujawnianych do opodatkowania.

Mając już wykreowanych głównych bohaterów intrygi, Cavanagh śmiało zabiera się do opowiadania. Jeśli ma się niezłomnego prawnika, adwokata uciemiężonych i sponiewieranych przez system niewinnych obywateli – a z drugiej strony równie niezłomnego zabójcę, to (jak się wydaje) oczywistym polem konfrontacji winna być sala sądowa. I tak jest… Ale nie w klasycznym ujęciu. Cavanagh wymyślił intrygę inną od wszystkich standardowo dotąd używanych w literaturze. A konflikt przeniósł w rejony jednak rzadko eksploatowane…

Eddie Flynn dołącza do zespołu obrończego w głośniej medialnie sprawie zabójstwa: młody, robiący gwiazdorską, celebrycką karierę aktor filmowy zostaje oskarżony o zabójstwo żony i jej domniemanego kochanka (zarazem ochroniarza). Prokurator ma twarde dowody, ale Eddie po to właśnie jest: by takowe obalać, a przynajmniej zamieniać w stos wątpliwości. Faktycznie – po serii pytań Flynna do świadków dowody przestają trzymać się kupy. Wychodzi na to, że policja wrabia oskarżonego na potęgę. Intuicja to w arsenale Eddiego potężna broń… Niezawodna nawet wtedy, gdy z obrony wycofuje się wielka i sławna kancelaria wynajęta przez wytwórnię i Flynn zostaje sam na sali rozpraw. I wtedy stawia sobie oczywiste pytanie: jeśli nie jego klient (a na pewno nie on) – to kto zamordował żonę z kochankiem? I co się właściwie dzieje w obsadzie ławy przysięgłych?

Nie będę wam dalej opowiadał – sami sobie przeczytacie. Zresztą mamy umowę: nie spoilerować (za bardzo). Powiem tylko, że intryga, którą obmyślił Cavanagh, jest diaboliczna; coś takiego mogło powstać wyłącznie w umyśle pracującym na najwyższych obrotach twórczych. Do tego jedynym w swoim rodzaju. Wolnym od ograniczeń intelektualnych, wolnym od imadła prawdopodobieństwa. Chłopcom takim jak Dugoni, Grisham, Child czy Masterton kopary opadły ze zdumienia. I dobrze… Steve Cavanagh jest jak głodny szczupak w stawie otłuszczonych karpi.

Czyta się to znakomicie – na ogół bez przerw, ciurkiem. Nie sposób się oderwać, bo szkoda tracić czas. Jeśli wciągniesz się w tryb spekulacji intelektualnych sugerowanych przez autora – to koniec; musisz doczytać do finału od zaraz, bo ciekawość cię sparaliżuje. Cavanagh znalazł patent (aż za dobry!), by czytelnik zachował więź emocjonalną z książką. Na czym to polega? Nie tylko na ciekawym opowiadaniu – to byłoby za mało… Nie tylko na polubieniu narratora – to też nie wystarczy. Nieprzewidywalność zagadki? Cóż – przecież wszystko zdradzone, podane na talerzu. No więc co? Myślę, że chodzi o jeden ze składników inteligentnej intrygi, czyli nieoczekiwaną oczywistość, jakże często manifestującą się klepnięciem w czoło z okrzykiem: – no jasne, że też o tym nie pomyślałem! Cavanagh jest mistrzem „niepomyślanego” – depozytariuszem pomysłów nie z tego świata, które nieoczekiwanie znajdują zastosowanie, wręcz ujście w zgrabnej intrydze kryminalnej. Pomysł, że seryjny zabójca do końca stara się kontrolować los swych wrobionych w zbrodnię ofiar, zostając przysięgłym w ich procesach, ma w sobie coś demonicznego, aczkolwiek tylko wykorzystuje szczeliny (i o to nieoczywiste, na pierwszy rzut oka niemożliwe) w racjonalnym porządku stosowania prawa. Cavanagh odkrył i spożytkował pewną zagadkę natury ludzkiej – nie ma granic dla fantazji, a zło może być sexy… Dobrze, że poprzestał na ambicji bycia pisarzem. Dobrze, że nie bawi się na przykład w politykę – byłby niebezpiecznym sukinsynem…

Tomasz Sas
(23 02 2020)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *