Mock. Golem

26 października 2019

Marek Krajewski
Mock. Golem
Wydawnictwo Znak, Kraków 2019

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Nie ma tego złego, czyli policjant pod presją…

Pierwszy „rzut” serialu kryminałów o policjancie Mocku, rozpoczęty w 1999 roku, Marek Krajewski przewidująco „utkał” luźno (i niechronologicznie…), z wielkimi okami czasu, umożliwiającymi teraz wypełnianie pustych, wolnych miejsc biografii Eberharda Mocka nowymi przygodami. Sześć pierwszych powieści o Mocku zakończył Krajewski w 2009 roku. Ostatnia (szósta) w tym rzucie „Głowa Minotaura” to był mischung (mówiąc poprawnie: wspólne śledztwo…) przygód bohatera Mocka z przygodami drugiego (wykreowanego w tzw. międzyczasie) bohatera – lwowskiego komisarza policji Edwarda Popielskiego. Tegoż Popielskiego Krajewski poprowadził aż do lat powojennych (i do biologicznego wyczerpania prawdopodobieństwa egzystencji w stanie zdatnym do pełnienia służby). Podobnie jak w przypadku Mocka zabieg luźnego, niechronologicznego tkania fabularnej materii pozwala teraz wracać do postaci i uzupełniać kolekcję nowymi epizodami. „Dziewczyna o czterech palcach” (rekomendowałem tę powieść w blogu pięć miesięcy temu – 6 maja…) to właśnie nowy „popielski” – rok 1922, śmierć Narutowicza, wojna wywiadu polskiego z sowieckim… A z kolei w drugim rzucie „mocków” Krajewski wydał już cztery powieści, licząc z najnowszym „Golemem”. W ten sposób wybitny (i niemniej sprytny – co pochwalam wielce, bo dzieje się to z korzyścią dla czytelników, uwolnionych od konieczności kompulsywnego czytania Mroza…) autor zapewnił sobie robotę zaplanowaną na długie lata. Dopóki nie wyczerpią się zasoby intryg kryminalnych i nie wyparuje chęć ich opisywania…

Nowe „mocki” są zupełnie inne od „pierwszego rzutu”. Nie wiem tylko, czy zaszła zmiana na plus czy na minus – nie mnie o tym rozstrzygać, skromnemu wyrobnikowi-blogerowi… Prywatnie mogę dodać, że skłaniałbym się ku zmianie „na plus”, gdyby przyszło mi zeznawać pod przysięgą i pod przymusem (nawet fizycznym…). Nowe „mocki” są stylistycznie bardziej zwarte, oszczędne i zamknięte (innymi słowy: łatwiejsze do czytania). W starszych „mockach” zło (główne skądinąd tworzywo intelektualne intrygi i didaskaliów) było bardziej hieratyczne, upozowane, teatralne, zrytualizowane i… rozlazłe, No, powiedzmy grzeczniej: zamaszyste. W nowych zło jest konkretne, wyszlifowane, straszniejsze, groźniejsze, zaskakujące. Inaczej kwestię ujmując: te starsze „mocki” bardziej były barokowe, te nowsze są raczej gotyckie…

Krajewski zatem znacznie ewoluował. I ewoluuje nadal… Nigdy nie zalecał się łagodnością, zawsze starał się być wyrazistym heroldem zła (nie tylko w sensie kryminalnym), ale ostatnio emanuje z niego okrucieństwo nie do opisania… Wobec swych bohaterów, a osobliwie wobec Eberharda Mocka, Krajewski jest katem, surowym i bezwzględnym, nieprzejednanym mistrzem tortur fizycznych i psychicznych. Za sprawą jego nieokiełznanych fantazji, wręcz perwersji anatomicznych, dewiacji emocjonalnych i fascynacji psychiatrycznymi jednostkami chorobowymi taki Mock jest regularnie poddawany destrukcyjnej obróbce, której normalny człowiek nie dałby rady znieść bez trwałego uszkodzenia ciała i/lub umysłu. O zwykłych urazach fizycznych już nawet nie wspominam, to codzienność nadwachmistrza policji kryminalnej. Ale szprycowanie opioidami, wpędzanie w alkoholizm, łamanie psychiki seansami hipnotycznymi… Okrucieństwo autora wobec swego bohatera zdaje się nie mieć miary; a przecież ten wielekroć storturowany na wszelkie możliwe sposoby – od prymitywnej przemocy fizycznej w postaci fachowego łomotu w wykonaniu nieodrodnych, starannie wyselekcjonowanych synów miasta Breslau, po finezyjną „obróbkę duszy” – mężczyzna w niezłym (nie licząc bodajże raka płuc…) stanie dożył lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia (tyle że samą końcówkę spędził w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody nowojorskiego Brooklynu…) Cóż to znaczyć może, poza niezbitym dowodem twardości genetycznego materiału śląskich autochtonów (sam Mock pochodził z Wałbrzycha, a papa był twardorękim szewcem) i świadectwem przewagi klasycznego wykształcenia nad wszystkimi innymi ścieżkami edukacji?

Cokolwiek jednak znaczy dla autora, dla czytelnika jedno powinno być pewne: oto wraz z lekturą „mocków” zapisujesz się, siostro i bracie, do osobliwego klubu obserwatorów zła (skąd już tylko krok do grona jego admiratorów?). Krajewski zadaje sobie coraz więcej trudu, by swego bohatera poddawać brutalnej presji – nie ma takiego upokorzenia, upodlenia, zgnojenia, którego by Mockowi nie zaaplikował. W samym tylko „Golemie” pana nadwachmistrza ciemne siły trzymają w szponach alkoholizmu (czasem przemocą karmiąc wódą), poddają wyrafinowanej obróbce psychicznej, zmieniającej przy pomocy hipnozy moralne preferencje; o przemocy fizycznej już nie wspominam. A chodzi tylko o zneutralizowanie groźnego jakoby przeciwnika (nie prościej byłoby go zabić z broni palnej, z bezpiecznego dla wykonawcy dystansu?). Wysłannicy zła nie wiedzą, że mózg Mocka lepiej pracuje pod ekstremalną presją – wszystko jedno: fizyczną czy psychiczną. Im mocniej zatem go katują, tym bardziej niezłomny staje się jego wewnętrzny imperatyw czynienia dobra i sprawiedliwości.

A w „Golemie” jest tego sporo… Mówiąc w skrócie – osią rozpoczynającej się we wrześniu 1920 roku intrygi jest antypaństwowy spisek grona czołowych obywateli Breslau, niezadowolonych z biegu spraw w Republice Weimarskiej. Ich zamiarem była powtórka tzw. puczu Kappa-Lüttwitza z marca 1920 roku – antyrepublikańskiego, monarchistycznego wystąpienia członków tzw. Freikorpsów – paramilitarnej, awanturniczej ćwierćmilionowej organizacji zdemobilizowanych żołnierzy, zajmującej się głównie tłumieniem robotniczych ewolucji i manifestacji strajkowych (na Górnym Śląsku walczyli z propolskimi powstańcami). Freikorpsy miały być rozwiązane, co ich członkom, mocodawcom i przywódcom nie spodobało się… Pucz miał początkowo pewien sukces – rząd uciekł z Berlina (regularne jednostki wojska nie interweniowały…), ale strajk generalny po czterech dniach sparaliżował Niemcy, unieruchomił Freikorpsy i odebrał możliwości działania Lüttwitzowi oraz Kappowi. Rząd republiki wrócił do stolicy. A co porabiał w tym czasie prawdziwy Golem – niejaki Adolf Hitler? Był niskopłatnym szpiclem wywiadu Reichswehry w Bawarii i penetrował monachijskie piwiarnie, podsłuchując, o czym też gadają robotnicy. Był niezłym polemistą i czasem wychodził z roli dyskretnego wywiadowcy – do tego stopnia, że ślusarz Anton Drexler, założyciel partyjki niemieckich robotników – Deutsche Arbeiter-Partei, zaproponował mu członkostwo. Adolf Hitler otrzymał legitymację DAP z numerem siedem… Gdy we Wrocławiu rozpoczyna się akcja „Golema”, w odległym Monachium po piwiarniach politykuje i awanturuje się na ulicach już blisko pięć tysięcy członków NSDAP. Ale to całkiem inna historia…

Spiskowcy z Breslau chcą powtórzyć antyrządowy pucz, ale tym razem skutecznie. Nie zamierzają zdobyć władzy w całym państwie – chcą tylko (i aż)… oderwać Śląsk od reszty kraju, utworzyć samodzielne państewko i przy okazji… definitywnie odsunąć gromadkę nieprzyzwoicie bogatych miejscowych obywateli pochodzenia żydowskiego od wpływu na bieg spraw publicznych. Akcję obmyślali długo i precyzyjnie, planując już to fizyczne usunięcie, już to przekupienie bądź alternatywnie skompromitowanie kluczowych postaci prowincji śląskiej – między innymi Polizeipräsidenta Wilhelma Gawelki czy lidera gminy żydowskiej Richarda Schottländera. Prowincja sama miała wpaść im w ręce, bez zbytniego angażowania sił wojskowych czy Freikopsów. A Mock? Nadwachmisrz kryminalny pełnił w tej układance rolę jokera, uruchamianego wbrew własnej woli i zdalnie sterowanego przy pomocy presji psychicznej, gdy trzeba było działać zdecydowanie i brutalnie. Ale, jak się wydaje, już za dużo zdradziłem…

Krajewski obmyślił swą intrygę precyzyjnie, wielopłaszczyznowo i przy tym monochromatycznie, by nic nie zakłócało czytelniczej percepcji. Dominuje szarość występku, smród brudu i ciężki zaduch paskudnych dewiacji; nawet bogu ducha winny pospolity świeżutki rolmopsik z kiszonym ogórkiem zawczasu zalatuje oparami przyszłego kaca i wszystkich jego pobratymców… Zanurzony po czubek głowy w odmętach zła Mock musi zmobilizować wszystkie siły duchowe i fizyczne, by wyciągnąć się sam, wzorem barona Münchhausena, za resztki owłosienia głowy z bagna. Z małą pomocą przyjaciół udaje się… Zmaltretowany, ale wyleczony (na tyle, na ile to w ogóle możliwe) z nałogu Mock wraca do służby ku chwale Rzeszy Niemieckiej potocznie wtenczas zwanej Republiką Weimarską. Co będzie robił? No cóż, zgadnąć nietrudno: będzie walczył ze złem. Do utraty tchu…

Czytelnicy, którzy dzieje osobliwego policjanta śledzą od początku, mniej więcej wiedzą, jak potoczy się jego kariera. Krajewski już to napisał… Ci, którzy dopiero teraz zaczynają swą przygodę z Mockiem, proszeni są o szybkie uzupełnienie braków; przed nimi znaczna porcja lektury. Jeśli wyzwanie potraktują sportowo, może to zająć całą długą jesień i kawałek zimy. W każdym razie trzeba już ustawić się w najbliższej bibliotece w kolejce po „mocki”. Jeśli się taki czytelnik przyłoży, może teoretycznie zdążyć z zaległymi lekturami, zanim Krajewski dorzuci do puli następnego „mocka” (z tym zastrzeżeniem, że może to być następny „popielski”), uplasowanego w wolnym „okienku” z życiorysu policyjnego supertwardziela. Z lekturami trzeba się pospieszyć…

Tomasz Sas
(26 10 2019)

PS. Podobno w związku z zaakceptowaniem i przyjęciem (są zdjęcia!) przez pana Marka Krajewskiego Medalu Stulecia Odzyskanej Niepodległości z rąk pana Andrzeja Dudy (tu i ówdzie uznawanego za urzędującego Prezydenta Rzeczpospolitej) kolportowane są wezwania do bojkotu pisarza i zaprzestania czytania jego dzieł. Upraszam, by tego nie czynić… Oczywiście, gest pana Krajewskiego różnie można oceniać (ja uważam, że jest co najmniej nieprzemyślany; a wszelka legitymizacja pana Dudy jest mi osobiście wstrętna…), ale nie umniejsza on ani nie deprecjonuje pisarstwa Krajewskiego, które jest jednak bytem niezależnym od bieżącej sytuacji politycznej Rzeczpospolitej. I zasługuje na uwagę bez emocji… Można naturalnie przyjąć, że to Rzeczpospolita odznacza pisarza, a nie jej pożal się Boże prezydent. Ale to nieprawda – urzędowy akt pana Dudy jest aktem pana Dudy, czyli jak zwykle: przemyślaną próbą załomotania kijem w pręty klatki – niech się intelektualiści na siebie rzucą. Więc zróbmy tak: Krajewskiemu się dziwujmy za wdawanie się w konszachty z panem Dudą, ale nie porzucajmy lektury jego książek. Nie tędy droga, panie i panowie… (TS)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *