Niezbity dowód

10 października 2019

Peter James


Niezbity dowód
Przełożyła Izabela Matuszewska
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2019

Rekomendacja: 2/7
Ocena okładki: 2/5

AAADylemat transcendentalny rozwiążę definitywnie. Cena do uzgodnienia. Tel…

Jest, czy też Go nie ma? Tak, o Boga chodzi. Centralną figurę (pod różnymi nazwami…) religii monoteistycznych – wszechmocnego, wszechwiedzącego, wszechobecnego, wszechdobrego, jedynego, na ogół bezpostaciowego inicjatora wszechrzeczy, sprawcy, mechanika i strażnika, regulatora porządku, prawodawcy, sędziego i obserwatora. Wyznawcy boskiego pochodzenia, boskiego źródła i boskiej natury wszechrzeczy, boskiej organizacji wszechświata nie potrzebują rozstrzygającego dowodu istnienia swego Boga. Ich Bóg JEST bez wątpienia, więc po co jeszcze jakieś dowody – spekulacje intelektualne czy też nawet materialne, fizycznie dotykalne, obserwowalne i poznawalne ślady. Wierzący nie zadają sobie pytania, czy Bóg istnieje. Bo ISTNIEJE. I ten proces internalizacji od samego początku (po narodzinach bądź konwersji) w umyśle każdego ze społeczności wierzących obywa się bez dowodów; takowe są niepotrzebne. Dowody są zastąpione przez układ nauczającego z nauczanym – konwencję o bezspornym istnieniu Boga.

Z drugiej strony niewierzący w boską naturę porządku tego świata też żadnych dowodów nie potrzebują. Po co im one? Ich universum jest urządzone inaczej i burzyć go dowodami przeciwnymi nie zamierzają. Im potrzebne są raczej argumenty de non existentia Dei (jak w swoim traktacie o takimże tytule dowodził pierwszy polski świadomy ateista Kazimierz Łyszczyński, spalony na stosie w 1689 roku razem z jedynym egzemplarzem owego traktatu…).

Zatem zainteresowanie świata (wierzącego i nie…) materialnymi, niepodważalnymi dowodami na istnienie Boga z natury rzeczy wielkie nie jest. Owszem dysputa trwa, momentami nabierając wielkiej zażartości, ale prowadzona jest na płaszczyźnie intelektualnych spekulacji – nie zaś w obszarze naukowego eksperymentu, ekspedycji archeologicznej czy badań laboratoryjnych. Zresztą przyjrzyjcie się utarczkom guru ateistów profesora Richarda Dawkinsa z legionami tzw. kreacjonistów, zwolenników Inteligentnego Projektu i diabli wiedzą, z kim tam jeszcze. Fizycznych, mierzalnych dowodów istnienia Boga czy też śladów jego istnienia (w sensie porównywalnym z sensem kryminalistycznym…) raczej nikt nie szuka…

Ale dla literatury – zwłaszcza tej rozrywkowej, obliczonej na komercyjny sukces – żadna to przeszkoda. Tajemnice, teorie spiskowe, kody, tajne sprzysiężenia, zakony strażników utajnionych miejsc i zdarzeń, mity templariuszy… Bogata symbolika opowieści biblijnych sprzyja rozkwitowi literackiej otoczki dylematu istnienia bądź nieistnienia Boga… Dość wspomnieć Dana Browna i jego „Kod Leonarda da Vinci” – przednią spiskową zabawę na najwyższym poziomie dla typowego dreszczowca – z gonitwą akcji, nieustannymi spięciami, pogoniami i zagadkami. O to przecież chodzi w rozrywce, nieprawdaż? Ambicji intelektualnych nie ma w tym żadnych. I czyta się wartko, z satysfakcją… A jak się tak dobrze zastanowić – to po prostu spiętrzenie nieprawdopodobieństw, fantazji, zwykłych zmyśleń i głupot. Ale cóż z tego? Klient i tak kupił książkę i obejrzał film, a transfer gotówki powiększył konto autora, wydawców i innych pośredników. Żadnych przeto złudzeń – to tylko biznes! A co powiedzieć o fenomenalnych dwóch filmach Stevena Spielberga z cyklu o Indianie Jonesie, penetrujących pobrzeża interesującego nas teraz obszaru tematycznego – „Poszukiwaczach zaginionej Arki” i „Ostatniej krucjacie”? Też rzemiosło najwyższej próby, z milionową widownią.

Nie ulega zatem wątpliwości, że dylemat o istnieniu (lub nieistnieniu) Boga to atrakcyjny teren penetracji dla literatury lżejszego kalibru, ale zalecającej się dobrą jakością samego opowiadania, pomysłowością fabuły i rozmachem akcji. Poprzeczka zawieszona wysoko, ale bez przesady. Utalentowany zawodnik, średnio wytrenowany, powinien dać radę. A takich na rynku literackim przecież nie brakuje. I ciągle zgłaszają się nowi na listę… Ale gdy w temacie istnienia Boga zameldował się Peter James – przyznam, że trochę się zdziwiłem. To zawodowy i całkiem sprawny nad wyraz (mimo siedemdziesiątki na karku…) autor kryminałów policyjnych i psychologicznych thrillerów o niebanalnej konstrukcji i rzetelnym podejściu do śledczej roboty tudzież do profilowania psychologicznego. Rzemieślnik w kwestii formy, narzędzi opowiadania i pomysłów fabularnych – ale artysta, gdy brać pod uwagę budowanie napięcia, zwroty akcji i portrety bohaterów… I taki majster postanowił rozszerzyć emploi – od kryminału przejść do sensacyjnego thrillera, od zbrodniczej intrygi – do pejzażu spiskowego świata, przeżartego intrygami i podejrzanymi interesami. Albo chciał się pisarsko sprawdzić na nowym poletku, albo chciał tylko sprawdzić, czy i tam uda się zarobić…

Mniejsza z tym – w każdym razie wyprodukował „Niezbity dowód”, z miejsca proklamowany jako niezwykły bestseller wypróbowanego mistrza, który w sensacyjnej formie postawił pytania najważniejsze w dziejach ludzkości jako takiej. Że z grubej rury? A cóż to szkodzi? Marketing nie takie numery już widział, a publiczność… Ta zniesie wiele, wiele więcej. Ale przyznać należy, że James napina cięciwę wytrzymałości czytelniczej nader silnie…

Cóż zatem wymyślił nasz zacny autor? By nie zdradzić zbyt wiele, poprzestańmy na zawiązku intrygi i jej implikacjach. Oto pewien szanowany dziennikarz angielski, niejaki Ross Hunter, doświadczony reporter (ze stażem i po przejściach w Afganistanie), w zasadzie freelancer, ale bliżej związany z redakcją popularnego i poważanego „Sunday Timesa” – odebrał intrygujący telefon. Pewien obywatel, który przedstawił się jako Harry F. Cook, były oficer królewskiego lotnictwa i emerytowany uniwersytecki wykładowca historii sztuki, stwierdził, że otrzymał niepodważalny dowód na istnienie Boga. Ni mniej, ni więcej – tylko istnienie Boga… Wariat, maniak religijny? Ale miał argument: spirytystyczną ze swej natury, bowiem pochodzącą od zmarłego tragicznie przed laty Ricky’ego – brata-bliźniaka Rossa – wiadomość, której sens i treść mogły być znane tylko obojgu braciom i nikomu innemu na świecie… Poważnie nadkruszony został naturalny, zawodowy sceptycyzm Rossa. W rezultacie dziennikarz – po przestudiowaniu dokumentacji Cooka, w tzw. międzyczasie… zabitego przez niewiadomokogo – rusza w drogę śladem wskazówek zostawionych przez emerytowanego oficera RAF-u. Oczywiście Hunter jest ścigany prze niezidentyfikowane komanda śmierci (na szczęście włażą sobie w drogę…) nagabywany przez kupców tajemnic, infiltrowany przez wywiad, zastraszany… Ale dzielny reporter wytrzymuje presję i ostatecznie zdobywa oraz przekazuje do analizy naukowej (przez takie ichnie brytyjskie CSI) dwa artefakty: kielich świętego Graala (wydobyty ze… studni w południowej Anglii), do którego Józef z Arymatei zebrał krew Jezusa, oraz zabrany z jaskini w górach Egiptu autentyczny… ząb tegoż Jezusa. Ząb – ważny dowód; w końcu profesor Svante Pääbo identyfikuje genomy neandertalczyków i denisowian po zębach właśnie…

No i co się okazało? Że wypreparowane DNA z obu przedmiotów jest identyczne. Czyżby zatem dowód istnienia? Hola, hola – nie tak prędko, panie James! Proszę nie obrażać inteligencji czytelników swych… Identyczność próbek DNA oznacza tylko tyle, że zaschnięta krew i ząb od tego samego pochodziły człowieka. I tylko tyle. Ale czy był-ci on jednocześnie Bogiem? Synem Boga? Tego należałoby dowieść osobno. I raczej bez udziału biologii molekularnej. Gdyby jednak podjąć tok rozumowania Petera Jamesa, należałoby spytać – czy Bóg ma DNA? Odpowiedź nasuwa się prosta: oczywiście, że ma – przecież może mieć wszystko… Ale, jak wiadomo, ludzki komplet genów w połowie od ojca pochodzi, w połowie – od matki. Jeśli zatem przyjąć, że „na obraz i podobieństwo swoje”… Czyżby można założyć, że istniał ojciec Boga, istniała matka Boga? Niekoniecznie, ostatecznie Bóg mógłby sam sobie, jednorazowo, stworzyć komplet stosownych genów i umieścić je w odpowiednim miejscu ciała kobiety, którą wybrał na matkę swego syna. Jak to zrobił? Odpowiedź na to pytanie przekracza moje horyzonty kreatywnego myślenia, choć wyobraźnia podpowiada najrozmaitsze supozycje… Ale to temat na osobne opowiadanie.

Pozostańmy przy DNA… Jeśli obie zdobyte przez Rossa próbki były identyczne, a zarazem oczywiście zindywidualizowane – no i jednocześnie miały cechy zbiorowe charakterystyczne dla ludzkiego DNA – to co to oznacza? Że właśnie wszelkie możliwości wywnioskowania na podstawie ich badania (w dowolnym kierunku, z dowolnym założeniem), iż osobnik mający te cechy jest kimś innym, niż człowiekiem, zostały zniweczone. Ludzkie pochodzenie genów w tych próbkach DNA dokładnie zamaskowało ich ewentualną boskość. Tą drogą nigdy nie uda się jej dowieść. Gdyby pan James pomyślał logicznie, musiałby chyba fundamentalnie przeredagować swój rękopis. Na angielskich uniwersytetach przestali uczyć logiki, czy co?

Więc w sumie, drodzy czytelnicy, nie dajmy się nabrać na „Niezbity dowód”. Pozostaje tylko zabawa przy lekturze. W końcu to technicznie dobrze opowiedziana fabułka, w miarę sensacyjna, obfitująca w zaskakujące momenty, z odpowiednim napięciem i temuż podobnymi imponderabiliami. Daje się czytać bez znudzenia. A że to wszystko głupotka? No cóż, chyba nie oczekiwaliście traktatu teologiczno-filozoficznego, stawiającego istotnie fundamentalne, egzystencjalne pytania. Ważne dla ludzkości… Nie mówcie, że tak, że jednak oczekiwaliście, bo się rozpłaczę.

Tomasz Sas
(10 10 2019)




Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *