Dziennik szpitalnego ochroniarza

25 czerwca 2019

Oleg Pawłow
Dziennik szpitalnego ochroniarza
Przełożył Wiktor Dłuski
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2019

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Bolnica Rassija pod czujnym okiem pisarza…

Jak mało przebytych dróg
jak wiele popełnionych błędów”
sentencja wytatuowana na stopach 35-letniego
umrzyka-alkoholika, bomża nazwiskiem Dołgich…

Nie słyszałem dotąd o Pawłowie. Nic ani jego, ani o nim nie czytałem, nie miałem pojęcia, że jest (a w zasadzie był – bo zmarł w ubiegłym roku). Świata literatury w pojedynkę ogarnąć nie sposób. Nawet nagradzanego i chwalonego przez krytykę autora pominąć łatwo, gdy nie jest się zawodowcem w branży, tylko amatorem… Ale taki błąd zawsze warto naprawić – bo Oleg Pawłow to było zjawisko w rosyjskiej literaturze – żal, że już zakończone. Zjawisko osobne, niezwykłe i krótkotrwałe, jak ślad płonącego w atmosferze meteoru.

Pawłow pracował jako robotnik, tragarz, służył w łagiernych (ale zmilitaryzowanych) jednostkach ochrony sowieckich zakładów karnych (obozów pracy) w karagandyjskim stepie, był ochroniarzem w moskiewskim szpitalu, studentem zaocznym instytutu literatury, krytykiem, publicystą i pisarzem. Rosyjskim. A rosyjskość ma ogromne znaczenie w zrozumieniu, o co z tym Pawłowem chodzi. Dostojewski, Babel, Sołżenicyn, Szukszyn, Jerofiejew… Pawłow do tej gromadki nie doszlusował. Za krótko pisał. Ale zadatki miał.

Gdy w 1994 roku kończył studia, jego pracę dyplomową opublikował znamienity rosyjski „tołstyj żurnał” – „Nowyj Mir”. Praca dyplomowa w instytucie literatury? To była po prostu debiutancka powieść Olega – „Służbowa baśń” (z czasów, gdy by strażnikiem w więziennej zonie)… Ale gdy wyszedł z redakcji, pobrawszy honorarium, zorientował się, że nie umie nic, z czego dałoby się utrzymać rodzinę. I wtedy zatrudnił się jako ochroniarz w jednym z moskiewskich szpitali. Pomysł taki sobie; ale dla chłopaka z niepoślednim, fenomenalnym talentem – zbawienny. Oleg po prostu zaczął robić notatki – krótkie zapiski – bez morałów, bez dat (po co daty – w szpitalu wszystkie dni jednakowe…), a na początku nawet bez przekonania, że są coś warte i do druku się nadają.

Ale były – i to jak! Okazało się, że ich ascetyczna formuła, wyzbyta całkowicie rosyjskiego, nachalnego, metafizycznego zgoła gadulstwa, ze zdyscyplinowaną narracją i boleśnie szczera, doskonale współgra z zuchwałym zamiarem, który (być może niechcący) ujawnił się w trakcie pisania. Pawłow podjął bowiem próbę nadania swym zapiskom – poprzez „odkotwiczenie” od konkretnego wymiaru czasu (poza zachowaniem rocznych ram…) – charakteru bardziej uniwersalnego: obrazu Rosji współczesnej, metafory społeczności post-komunistycznej opornie szamoczącej się w pułapce Nowego – niewytłumaczonego przez nikogo i niepojętego, ale brutalnie anektującego wszystkie aspekty ruskiego żywota.

Nasuwa się skojarzenie z inną metaforą szpitalną – „Szpitalem Britannia” – filmem Lindsaya Andersona (1982) z Malcolmem McDowellem – satyryczną, brutalną, nieco „montypythonowską” z ducha alegorią Zjednoczonego Królestwa. Królestwa agonalnie wstrząsanego zamachami bombowymi… Mimo to, zachowując pozory normalności, władczyni usiłuje ceremonialnie funkcjonować, nawiedzając szpital z takim oddaniem służący zdrowiu jej poddanych… Akurat w tym szpitalu pewien profesor medycyny pracuje usilnie, „beyond of duty”, nad stworzeniem nowego człowieka, który być może uratuje stary świat przed rozpadem…

Szpital Pawłowa nie jest tamtą Britannią, wstrząsaną protestami przeciw niesprawiedliwości, żyjącą w oparach imperialnego absurdu. Szpital Pawłowa to Szpital Rosja – Bolnica Rossija – nie całkiem do końca metaforyczna wizja krainy sfotografowanej, przyłapanej przez surowego obserwatora w chwili fizjologicznej słabości – co tu ukrywać: kaca po długotrwałym pijaństwie, kaca połączonego z „festonowym” wyrzygiwaniem niedotrawionych resztek po komunizmie – w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, w epoce jelcynowskiej smuty. Pawłow ten proces ogląda (i skrupulatnie zapisuje) z samego dna. Jego szpital to anus mundi: śmiertelność pewna dyżurna internistka z izby przyjęć, zajrzawszy do ksiąg ruchu pacjentów, obliczyła – na czterystu przyjętych dwustu zmarłych… Fifty – fifty. Wynik jak na okrutnej wojnie. A to przecież tylko zwyczajny szpital w stołecznym grodzie Moskwie.

Pawłow zajął dobry punkt obserwacyjny. Szpitalną arystokrację, czyli jaśniepaństwo lekarzy, ma praktycznie poza zasięgiem. Jeśli w jego zapiskach pojawia się medyk, to incydentalnie i niemal bez szczegółów. W zasięgu jego obserwacji tkwi szpitalny proletariat: wyniosłe i niedostępne pielęgniarki, wiecznie pijane salowe, windziarze, wózkarze z załogi kostnicy, rzemieślnicy paru przydatnych branż (hydraulicy, elektrycy, stolarze; a wszystkich wyróżnia robotnicza świadomość klasowa i nieposkromiony talent do kombinowania, w tym głównie – czego i gdzie by się tu napić…), fachowcy rzadkich specjalności – telefoniści, technicy rentgena, operatorzy tlenowni, gipsiarze, ratownicy z karetek, złodziejska załoga kuchni, koledzy-ochroniarze (większość to emerytowani milicjanci i oficerowie armii, nawet wyższych stopni, co drugi to były major lub pułkownik…). No i oczywiście szpitalna czerń, mierzwa: pacjenci i ich rodziny – pogardzani, sztorcowani, poniżani… Ale z umiarem; w końcu to niewysychające źródło dodatkowych pieniędzy. A w szpitalu kupić można wszystko – nawet odpowiednie towarzystwo w sali chorych. To tylko kwestia ceny. Więc transfer rubli z pacjentowsko-familijnego dna ku „górze” białego personelu codziennie idzie w miliony. Lekcja ekonomii doktora Tulpa – zaiste… Nie wiem tylko czy Rembrandt ze swym talentem potrafiłby ją namalować…

Pawłow potrafi: pisze po prostu, od lewej do prawej, słowami, jakie akurat ma pod ręką, najoczywistszymi, zwyczajnymi, niedoszlifowanymi. Zresztą co tu szlifować? Nie ma być pięknie, tylko akuratnie – tak jak rzeczywiście jest. Co tu poprawiać? Szpital Rosja to gmach nie na sprzedaż; ludzie w nim żyją i jeszcze chcą pożyć. Niech zobaczą się w lustrze bez nijakich deformacji.

„Dziennik szpitalnego ochroniarza” to nie jest reportaż interwencyjny. To raczej list wetknięty do butelki, krążącej po wewnętrznych wodach i prądach. Niech go sobie ktoś kiedyś wyłowi. I może przeczyta, jeśli będzie potrzebował świadectwa, że świat jest brutalny, ludzie chamscy i bezwzględni, a życie prostackie, beznadziejne i szalone. Nieodwołalnie… Co spadnie na dno, nie wypłynie. Oleg Pawłow wiedział o Rosji coś, czego my się nigdy nie dowiemy – bo nas tam nie ma. Po lekturze „Dziennika…” będziemy nieznacznie bliżej tajemnicy, ale jej nie zgłębimy. Wszelako warto ten trud podjąć, by potem nie mówić – nie wiedziałem, gdy szpital Rosja nas zadziwi, zaskoczy jakąś fikuśną operacją – serce przeszczepią, albo co? Bo w to, że niebawem będzie tam zwyczajne czysto, porządnie i w miarę normalnie (nie mówiąc już, że uczciwie…) jakoś nie wierzę. Szkoda.

Tomasz Sas
(25 06 2019)


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *