Moja europejska rodzina. Pierwsze 54 000 lat

16 lipca 2018

Karin Bojs

Moja europejska rodzina.
Pierwsze 54 000 lat
Przełożyła (z angielskiego) Urszula Gardner
Wydawnictwo Insignis, Kraków 2018

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 2/7

Pramatkę zgwałcił neandertalczyk…

Szwedzki biolog molekularny i genetyk Svante Pääbo, badacz z niemieckiego instytutu biologii molekularnej im. Maxa Plancka, przed całkiem niewieloma laty doszedł do wniosku, że homo neandertalensis nie jest bezpośrednim przodkiem homo sapiens (czyli nas samych…) w linii prostej. Z punktu widzenia historii ewolucji neandertalczyk, choć niewątpliwie należący do rodziny hominidów (i to na wysokim stopniu rozwoju…), był raczej boczną odnogą, nieudanym eksperymentem ewolucyjnym, zarzuconym przez Matkę Naturę, gdy okazało się, że jako gatunek nie potrafił sobie zapewnić sukcesu w postaci przetrwania i rozwoju… Wprawdzie na wiele tysięcy lat przed nami zajął on interesujące i obiecujące terytoria na Bliskim Wschodzie, w Europie i Azji, ale jakoś nie potrafił wykorzystać szansy ewolucyjnej. Gdy osobniki gatunku homo sapiens podjęły z Afryki swoją wędrówkę na nowe tereny, wszędzie napotykały w sąsiedztwie neandertalczyków. Miejsca i zasobów było jednak tak wiele, że obie grupy nie musiały sobie wchodzić w drogę. Dopiero po wielu tysiącach lat ostrożnej, nieufnej koegzystencji terytorialnej człowiek jako gatunek odniósł sukces ewolucyjny – rozrodczy, technologiczny, kulturowy, zaś neandertalczyk równolegle i równocześnie swego potencjału nie wykorzystał… Nie ulega wątpliwości, że w ostatniej fazie współistnienia ludzie mogli odstąpić od reguły ostrożnej tolerancji i bezpośrednio przyczynić się do eksterminacji krewniaków z Neandertalu…
Ale zespół badawczy profesora Pääbo ustalił, że w genomie (czyli komplecie genów) współczesnego człowieka dwa procent pochodzi bezpośrednio od neandertalczyka. Jak to się stało? No cóż, zważywszy na naszą wiedzę o mechanice i biologii rozrodczości gatunku ludzkiego oraz o dynamice stosunków międzypłciowych, należy założyć, że pewna liczba szczęśliwych narodzin potomków rodu ludzkiego doszła do skutku dzięki krótkotrwałym związkom gwałtownej natury samców neandertalczyków z samicami człowieczymi. Co ciekawe, w genomie neandertalczyka genów ludzkich nie odkryto, co oznaczałoby, że do międzygatunkowej penetracji płciowej w odwrotnym kierunku nie dochodziło… Czemu?
Mniejsza z tym… W każdym razie w hordach i gromadach gatunku ludzkiego przychodzili na świat, rozmnażali się, przekazując pulę genów przyszłym pokoleniom, mieszańcy międzygatunkowi. A skoro w trybach ewolucji te geny nie zniknęły, musiały się do czegoś przydać – może poprawiły odporność, zdolności psychofizyczne lub coś w tym rodzaju. Co więcej: paradoksalnie ten „podarunek genowy” mógł się przyczynić do sukcesu ewolucyjnego człowieka, manifestującego się wyparciem konkurującego neandertalczyka… Taki sobie chichot Matki Natury…
Wizja międzygatunkowego transferu genów poruszyła wyobraźnię Karin Bojs – szwedzkiej dziennikarki, zajmującej się popularyzacją osiągnięć współczesnej nauki. Generalna refleksja na temat dziedziczenia, następstwa pokoleń, przekazywania duchowego i materialnego dorobku następcom, ciągłości rodzin i całego gatunku przyszła do niej podczas… pogrzebu matki. Wtedy postanowiła nieco przesterować książkę, którą miała na warsztacie. Od bezosobowej popularyzatorskiej pracy o osiągnięciach współczesnej genetyki ku bardziej intymnej historii własnej rodziny – na tle ewolucji populacji gatunku homo sapiens w Europie: jego wzlotów, upadków, transkontynentalnych migracji i doskonalenia życia. To dlatego twórcza fantazja przywiodła ją na brzeg jeziora Tyberiadzkiego w bliskowschodniej Galilei, gdzie dojść mogło (jakieś 54 tysiące lat temu) do przekazania (dość – jak się wydaje – z natury swej gwałtownego…) neandertalskiej puli genowej kobiecie z rodu homo sapiensów, która dziewięć miesięcy później urodziła zdrowego, silnego i nad podziw jurnego (gdy już dojrzał…) potomka płci męskiej.
Jedna z potomkiń naszej pramatki (wspólnej dla wszystkich Ziemian obecnie żyjących), zwanej w literaturze fachowej Ewą (to oczywiste!), do puli genowej wprowadziła w gruncie rzeczy drobną, ale istotną mutację łańcucha genów, dając początek tzw. haplogrupie, czyli populacji osobników o podobnym rozkładzie podobnych genów w chromosomie. Stwierdzono w pewnym islandzkim instytucie badawczym, że Karin Bojs należy do haplogrupy zaszyfrowanej pod nazwą U5b1. Pramatką tej podgrupy genetycznej gatunku homo sapiens prawdopodobnie była kobieta, żyjąca w Tyberiadzie pond 50 tysięcy lat temu; dla odróżnienia od wspomnianej pramatki Ewy i od pierwszej litery szyfru haplogrupy U nazwano ją Urszulą. Z tym zdefiniowanym „paszportem genetycznym” Karin Bojs mogła rozpocząć poszukiwania przodków.
„Moja europejska rodzina” jest właśnie pasjonującym detektywistycznym raportem z poszukiwań, a zarazem fascynującym reportażem naukowym – wiodącym od jaskiń – najpopularniejszych siedzib ludzi neolitycznych, przez liczne archeologiczne stanowiska grobowe i cmentarzyska, nowoczesne pracownie badawcze – aż do elitarnych periodyków naukowych…
Gdy północ europejskiego kontynentu wciąż skuwał powoli ustępujący lądolód, wędrujące grupy łowców i zbieraczy w tych skrajnie niekorzystnych warunkach klimatycznych równie powoli w ślad za zwierzętami, na które polowali – reniferami, jeleniami, turami, mamutami i innymi przydatnymi w życiu gatunkami – zajmowali nowe dziewicze terytoria. Na przykład w jaskiniach Jury Szwabskiej w środkowych Niemczech osiadły gromady grajków (robili flety z kości ssaków, ptaków, kłów mamuta) i rzeźbiarzy (pełnopierśne i szerokozade figurynki kobiet; może to były symbole płodności?). Potem Karin Bojs „odwiedza” morawskich łowców mamutów, wynalazców igły z uszkiem (nie macie pojęcia, jak doniosła była rewolucja technologiczna, którą ta niepozorna igła przyniosła…) na stepach nad Donem, jaskiniowych malarzy kromaniońskich w podpirenejskich osadach, alpejczyka znanego jako Ötzi… Zresztą nie mam zamiaru szczegółowo relacjonować szlaków kilkuletnich wędrówek autorki, przerywanych wizytami w laboratoriach paleogenetyków i studiowaniem wyników najnowszych badań (a w tej dziedzinie postęp rewolucjonizujący poglądy i opinie mierzy się miesiącami, nieledwie tygodniami – nie latami…). Naprawdę fascynującej przyjemności z tej lektury – odkrywania tajemnic genealogii i samodzielnego podążania tropami europejskiego pokrewieństwa – nie zamierzam nikogo pozbawiać.
Wypada jednak przyjąć do wiadomości jedną ważną lekcję, płynącą z wędrówek Karin Bojs – nic takiego w Europie, jak „czysta biała rasa”, nie istnieje. Jesteśmy gromadą mischungów – mieszańców przybywających zewsząd, w różnym czasie i z rozmaitym „wyposażeniem” genowym. Mischungów krzyżujących się bez ładu i składu, chaotycznie i entuzjastycznie. A generalnie stochastycznie. I tak po dziś dzień – niezależnie od tego, co sobie myślą (jeśli w ogóle myślą) narodowcy, faszyści, suprematyści, wszechPolacy i inna swołocz podobnego rodzaju.
Wszystkich gorąco zachęcam do lektury Bojs – nawet wyż. wzmiankowanych radykałów, a osobliwie ich przywódców – bełkoczących na wiecach i paradnych przemarszach hasełka wprost z „dzieł” Rosenberga, Gobineau, Stewarta Chamberlaina, „Protokołów mędrców Syjonu”czy Leona Degrelle’a… Jeśli nie uda się nakłonić do lektury dobrowolnie, to przymusowo: w ramach orzekanych kar, gdyby polski wymiar sprawiedliwości zechciał serio zabrać się za ściganie tego faszystowskiego tałatajstwa.
Niech czyta każdy, kto jest dumny z bycia Europejczykiem – niech sprawdzi, czym jest w istocie europejska rodzina człowiecza; wszak na tym pokrewieństwie wcale dobrze wyszliśmy…
Tomasz Sas
(16 07 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *