Lem. Życie nie z tej ziemi

11 sierpnia 2017

Wojciech Orliński
Lem. Życie nie z tej ziemi
Wydawnictwo Czarne Sp. z o.o., Wołowiec 2017
Wydawnictwo Agora SA, Warszawa 2017

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Summa lemologiae, czyli sepulka twoja mać…

Do tej pory uważałem się za lemologa-amatora. Bez wyrafinowanej erudycji, na stosunkowo niskim stopniu kompetencji – ale jednak lemologa. Obudzony w nocy prawidłowo identyfikuję Pirxa, Tarantogę, Tichego, Trurla z Klapaucjuszem i parunastu innych bohatyrów. Bukoliczny pejzaż osobliwego Państwochodu Kurdlandii moim domem się stał niemalże… Wespół z redakcyjnym kolegą, który przyjaźnią mnie zaszczycał, świętej pamięci Jurkiem Panasewiczem – krytykiem teatralnym, dziennikarzem, szachistą, połówką gwoździa (tę zagadkę rozwiązać mogą dzisiaj najwyżej dwa tuziny ludzi na całym świecie…) i oczywiście także lemologiem (na wyższym niż mój stopniu wtajemniczenia) – lubiliśmy na rozgrzewkę przed czarną szychtą wieczorną w sekretariacie redakcji przerzucać się lemologicznymi zagadkami typu: jakim urządzeniem w ostatnich chwilach życia kierował Pirx? (proste: diglatorem na Tytanie). Albo: jakie nazwisko Terminus najczęściej wystukiwał morsem? (m-o-m-m-s-e-n)…
Więc uważałem się za lemologa. Kiepskiego, ale jednak. Aż do rozpoczęcia lektury książki Orlińskiego. To prawdziwa, jedyna taka summa lemologiae, którą swą zawartością, precyzją i elegancją wywodu zwala z nóg. I pozbawia złudzeń: prawdziwym lemologiem nigdy nie byłem – i nie będę…Czytanie Orlińskiego, nabawiwszy mnie kompleksów (o rozległości liczonej w parsekach…), zobligowało wszakże równocześnie do ponownej lektury operum omnium Lema. Do czego przystąpiłem niezwłocznie, lecz bez zachowania chronologii, bo poczynam od „Fiaska” i „Summy technologiae”… Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
Ważniejsze jest, co właściwie zrobił Orliński? Ściślej: czego dokonał… Bo to dokonanie jest – bez dwóch zdań – wiekopomne i jedyne w swoim rodzaju. Biografistyka jako dziedzina pisarstwa dokumentalnego w ogóle łatwa nie jest, a pokusy przejścia na ciemną stronę mocy (czyli w kierunku mniemań, ocen, dyskusji, komentarzy wartościujących albo zgoła fabularyzacji lub czystej fikcji) – ogromne. Są oczywiście biografowie rzetelni, pedantyczni, odpowiedzialni, skrupulatni – co to każdy fakt przemiędlą trzy razy w trzech niezależnych źródłach, dokumentach, zaprzysiężonych zeznaniach świadków, fotografiach… I poza fakty, w rajską dziedzinę ułudy za skarby świata nie wyjdą. Ale tym prawie nigdy nie udaje się nic odkryć. Drugi gatunek biografów to chłopcy i dziewczęta z tezą. Widzą swego bohatera jako coś potencjalnie ważnego, co dopiero trzeba odgruzować, by zobaczyć, jak ważne jest naprawdę. Więc zabierają się do roboty bez szkiełka, wagi, termometru. Z gołymi rękoma… I głową pełną fantasmagorii.
Gdzie w tym tkwi Orliński? W drugim gatunku. Ale on poszedł znacznie dalej, jego ambicją było Lema rozszyfrować, zdemitologizować. Opowiedzieć na nowo – życie z twórczością wiążąc i tłumacząc bezdyskusyjnie, definitywnie i jednoznacznie. Przesądzająco i rozstrzygająco. Żeby nie było… Łatwo nie miał, bo też i wyboru dokonał trudnego, by nie rzec: ekstremalnego, brawurowo surwiwalowego. Stanisław Lem był bowiem mistrzem świata w zacieraniu śladów, myleniu tropów, kamuflażu, mitologizacji… Istotą jego egzystencjalnej kreacji była maska. Raz przywdziana, okazała się użyteczna. Więc się z nią nie rozstawał, przynajmniej na użytek publiczny, gdy już stał się pisarzem. Poza tym potrafił tę maskę modyfikować, dostosowywać do warunków, do klimatu, do zmiennych wektorów życia… Był sugestywnym manipulatorem i przenikliwym „uciekinierem” od prawdy. Przewrotnym i utalentowanym budowniczym fortyfikacji. Usprawiedliwionym – działaniem w stanie wyższej konieczności. Rezultaty osiągał fenomenalne; w końcu nikt (lub prawie nikt…) tej metamorfozy, tego „odprawdzenia” nie dostrzegł, choć przecież Lem udzielił dwóch obszernych wywiadów-rzek (profesorowi literatury Stanisławowi Beresiowi i dziennikarzowi, krytykowi literackiemu Tomaszowi Fiałkowskiemu) tudzież napisał… tyczącą dzieciństwa opowieść autobiograficzną („Wysoki Zamek”), że już o licznych różnego kalibru autobiograficznych wtrętach i tropach rozsianych w całej jego twórczości nie wspomnę…
Zachodzi podejrzenie (dobrze wszelako umotywowane), że Lem, którego znaliśmy, w istocie był konstruktem inżynierskim, zmistyfikowaną pałubą o sympatycznej powierzchowności, kierowaną, prowadzoną od wewnątrz przez innego Lema, którego prawie nikt na oczy nie widział. A Orliński samodzielnie na to wpadł i postanowił zajrzeć do środka. Bez narzędzi – metodą bezinwazyjną, nieniszczącą, trochę intuicyjnie, porównawczo, ekstrapolacyjnie… Ze świadomością, że jednak paradoks nieoznaczoności Heisenberga trochę może mu namieszać. Ale on postara się ograniczyć fatalne jego skutki. Że rozszyfruje biograficzne znaczenia Lemowych kreacji. I co powiecie? Chyba mu się udało…
Orliński intuicyjnie założył, że dla zrozumienia dzieła Lema od początku przed formalnym debiutem po kres (i poza nim…), najważniejsze jest dotarcie do szczegółów, imponderabiliów i prawdziwych zdarzeń lwowskiego okresu okupacyjnego – pozostających w ścisłym związku z plemiennymi korzeniami przyszłego pisarza. I miał rację. Rodzina (wcale liczna) Lemów (lub Lehmów, bo i w takiej wersji nazwisko występowało…) to byli galicyjscy Żydzi z klasy średniej, zapewne indyferentni religijnie (aczkolwiek w różnym stopniu) i chyba utożsamiający się z polimorficzną burżuazją kaiserlich-königlich Monarchii Austriackiej. Ojciec Stanisława – Samuel Lem – wybrał praktycznie jedyną dostępną ścieżkę kariery w strukturach urzędowych Cesarstwa: był mianowicie lekarzem wojskowym; oficerem innej specjalności niż stabsarzt raczej nigdy by nie został. Zamknięta była przed nim kariera urzędnicza, w wymiarze sprawiedliwości (poza adwokaturą – ma się rozumieć), służbie zagranicznej (z pewnymi wyjątkami); ewentualnie tylko w finansach bywały pewne możliwości. Po powrocie z niewoli rosyjskiej, w obliczu rozpadu imperium Samuel Lem mógł wybrać sobie dowolne miejsce na mapie byłej monarchii i wszędzie byłby u siebie. Wybrał Lwów, co znaczy, że już wcześniej rodzina Lemów była w znacznym stopniu spolonizowana.
Dwadzieścia lat później ten wybór miał dramatyczne konsekwencje (zresztą, gdzieżby ich wtedy nie miał?). Tragiczne tak, jak okupacyjne koleje losów Lwowa – oblężonego przez Wehrmacht, zajętego przez Armię Czerwoną, terroryzowanego przez NKWD, przez bandy ukraińskich nacjonalistów, znów zajętego przez Niemców i wcielonego do GG, terroryzowanego przez Gestapo, wyzwolonego przez 1. Front Ukraiński marszałka Koniewa (przy wsparciu AK w akcji „Burza”), znów terroryzowanego przez NKWD, opuszczonego przez Polaków-repatriantów (choć wobec lwowiaków to słowo to szydercza obelga). Stanisław Lem przeżył w swoim Lwowie, przeżyła matka, przeżył ojciec. Reszta rodziny zginęła, przeważnie w krematoriach Bełżca.
Student medycyny i aspirant literatury (wtedy jeszcze nie całkiem świadomy swego przeznaczenia) objawił się w w 1945 roku w Krakowie trochę jak deus ex machina, jak Obcy z planety, której już nie ma, na którą wrócić nie sposób. Zainstalował się w miejscu przygodnym, ale dogodnym. Nawiązał dialog z tubylcami. O sobie nie mówił wiele, a jeśli – to pokrętnie, ale tę powściągliwość ładnie zamaskował dzięki ogólnej ciekawości świata, nader spontanicznie manifestowanej. Wszyscy to kupili z dobrodziejstwem inwentarza…
Traumatyczne okupacyjne zdarzenia (w tym „spontaniczne” pogromy Żydów) wywarły wpływ przemożny na życie, poglądy, reakcje, nawet idiosynkrazje Lema – co pisarz starannie ukrywał. Orliński zaś pieczołowicie zrekonstruował. Tam gdzie mógł. Tam gdzie nie mógł, zastosował ostrożną probabilistykę. Całkowicie dopuszczalną i usprawiedliwioną – w imię objaśniania żywota i dzieła w stopniu „najmożliwszym” z możliwych. W ten sposób książka Orlińskiego ma walor fundamentalny. Dla wszystkich lemologów (a są ich setki tysięcy, a na świecie miliony; w różnym stopniu zaawansowania…) lektura wręcz nieodzowna, by zrozumieć. Choć co to są sepulki, a zwłaszcza co oznacza sepulenie – wciąż nie wiadomo. Wolno się domyślać. Ale cała reszta lemologii wedle Orlińskiego – bardzo szczegółowa, udokumentowana i bez zarzutu. To jest biografia w sensie ścisłym, jakiej nikt o Lemie nie napisał (nawet się do tego poziomu nie zbliżył…); i zapewne nikt prędko nie napisze. Po cóż bowiem czas tracić na wyważanie już otwartych drzwi?
Ale przy okazji drobna uwaga „lwowska”. Występuje u Orlińskiego pewien galicyjski producent chałwy (którą Lem, jak wiadomo, uwielbiał) – pod nazwiskiem Kawuras. Jeśli się nie mylę, ten lwowski cukiernik – potentat w branży chałwy, czekolad, pralin, pomadek, bombonier i sezonowo lodów – nazywał się Hawurass i był z pochodzenia Ormianinem. Ale oczywiście to nie musi być prawda. Na szczęście prawie cała reszta jest… I jeszcze drobniutka uwaga tatrzańska: ta przełęcz ze strony 128 o niezidentyfikowanej do końca nazwie to zapewne Iwaniacka – między wspomnianymi Kominami Tylkowymi (dziś szczyt nosi dumną nazwę – Kominiarski Wierch) a Ornakiem, przejście  z Doliny Chochołowskiej do Kościeliskiej (albo na odwyrtkę, zależnie od wektora…). Ale to doprawdy drobiazg. Reszta OK, albo niespełna OK… Mimo to czytajcie Orlińskiego, satysfakcja gwarantowana!
Tomasz Sas
(11 08 2017)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *