Czarne narcyzy

13 czerwca 2017

Katarzyna Puzyńska 
Czarne narcyzy
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2017

Rekomendacja: 2/7
Ocena okładki: 2/5

Prowincjonalni sataniści albo krwawy konkurs talentów

Słowo honoru daję, że Puzyńska mi się zawsze podobała, czego dowodem być mogą zaprzeszłe rekomendacje, a pomocniczo – entuzjastyczna korespondencja moja z wydawcą. Zdarzało mi się chwalić jej sprawność fabularną, zgrabne techniki budowania napięcia, język giętki i efektownie nadbudowane (nawet może prze-budowane – ponad istotną potrzebę, jak na przykład w „Łaskunie”…) psychologiczne portrety bohaterów, z ich głęboko umotywowanymi rozterkami „dusznymi”. Nadal zresztą jest obiecująca.
Ale po ośmiu podejściach mam już trochę dość policjantów z Lipowa, Brodnicy i nawet ex-gliniary Klementyny Kopp, która sama w sobie jest zjawiskiem osobnym, na pewno liderującym stawce pokręconych świrusów. Bowiem Krajowi Autorzy Kryminałów Płci Obojga (dalej w skrócie KAKPO…) z upodobaniem kreują bohaterów iście ekstremalnych. KAKPO zbiorowo, jakby się umówili, kolekcjonują detektywistyczne panoptikum, pełne dewiantów, porąbańców, socjopatów, nosicieli obfitego bukietu wszelkich symptomów zespołu stresu bojowego, alkoholików, przegranych nieudaczników – czasem nawet idiotów… KAKPO czują wstręt do normalsów; wiedzą bowiem, że normals nie sprzeda fabuły. Nawet jeśli bohater w zamyśle ma być zwyczajny, nie patologiczny, to KAKPO zaraz robią z niego supermana, szerloka deus ex machina, subtelnego filozofa, znawcę – gurmanda zgoła serów i win, tudzież literaturysztukiteatrufilmukulturywogóle. Nie wspominam już o kolekcji jazzowych winyli, z Coltrane’em na szpicy… Puzyńska – nieodrodna przecież córa korporacji KAKPO – temu mechanizmowi kreacji również uległa, powołując do życia szaloną, wielce niekonwencjonalną panią Klementynę (a parę innych postaci dotykając pospolitymi prowincjonalnymi patologiami różnego mniejszego sortu; na przykład wyrzucony z policji Podgórski pije na umór – ciekawe, za co…), bo wydawało jej się, że główne dramatis personae muszą takie być – inaczej nie zainteresują czytelnika. Nikt jej nie powiedział (no bo niby kto miałby to być?), że w istocie aż tak afektowane zabiegi kreacyjne (czyli ubieranie bohatera w zbyt obfitą psychologiczną „krynolinę”) niczemu innemu nie służą, jak tylko zamaskowaniu mielizn intrygi. Wręcz odwracają od nich uwagę…
A przy tym wszystkim Puzyńska po prostu zabrnęła za daleko. W ośmiu kolejnych tomach uzupełniała portrety swych bohaterów, dodawała każdemu coś istotnego do psychologicznego profilu – aż się zrobiło za dużo, za gęsto, za kompletnie… Po prostu przeinwestowała; zapomniała o brzytwie Ockhama: nie mnożyć bytów ponad potrzebę! Poprzez to zaniechanie Podgórski, Strzałkowska, Nowakowska i Kopp stali się postaciami przerośniętymi – kiepsko niosącymi swoje zadania fabularne. Są zbyt ociężali, dźwigając nadmiar własnych problemów egzystencjalnych – zanadto, by sprawnie rozwiązywać zagadki obmyślonej przez Puzyńską intrygi. Oczywiście, można powiedzieć, że taka jest codzienność polskiej policji: otorbieni w swych prywatnych pułapkach funkcjonariusze nie mają ani czasu, ani serca, ani ochoty do pracy; nie dostaje im też kwalifikacji intelektualnych, nie mają moralnej przewagi nad Złem… W realu mogą jej nie mieć, ale w literaturze rozrywkowej, nawet niekonwencjonalnej, powinni…
No cóż, można i tak. Ale w zamian choćby intryga mogła być bardziej wyrafinowana (a Puzyńska to akurat potrafi!). Lub chociaż bardziej prawdopodobna… Wiem, wiem – z prowincjonalnych pitawali trudno wykrzesać coś niezwykłego. Zwykle zbrodnie tameczne są prostackie, a namiętności, gry emocji w nich mniej, niż w przebojach disco polo. Ale zbrodnicze sprzysiężenie domorosłych badaczy satanizmu w osobach komendanta policji, lekarza i nieprzyzwoicie bogatych osiedleńców z Warszawy? Pani wybaczy – fantazja złapała dno. Na płyciźnie. Drugi zbrodniczy wątek nieco lepszy i bardziej przystający do rzeczywistości pomorskiego sioła Lipowo z przyległościami: familijna historia splecionych zdrad, nieodgadnionych genealogii, zranionych marzeń artystycznych, klątw i przypadków, wyglądających jak katastrofy. Detektywi mają co robić i uwijają się 24 godziny na dobę przez gęste od zdarzeń pięć dni. To w zasadzie kłam zadaje poglądowi, który sformułowałem wcześniej – że zbyt obciążeni są, by im się efektywnie chciało pracować. Lecz to nie sprzeczność: przecież to Polacy, więc ex definitione osobniki bez wyjątku heroiczne. Takie to nie dośpi, nie doje, nie pomyśli, kulom się nie pokłoni – jeno postawi na swoim. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą pozasłużbowe ambicje… Więc wszystko się rozwiązuje, Oczywiście tradycyjnie nie zdradzę – jak i dlaczego. Ważne, że w pięć dni; szkoda tylko, że autorka poszła na skróty, trzy czwarte żmudnego śledztwa zastępując obszernym i szczegółowym listem zza grobu – od podżegacza-zbrodniarza dla detektywa. Wyjątkowo nie lubię, nie toleruję takich chwytów fabularnych, obnażających o narracyjną bezradność autora. Wstyd!
Przy okazji nie sposób pominąć obserwacji tyczącej brutalizacji języka Puzyńskiej. Skokowy konstatujemy przyrost liczby kurw, chujów, pizd tudzież czasowników jebać i pierdolić ze wszystkim formami odsłownymi, obocznościami i odmianami. Autorka zaczyna pojmować niektóre wysublimowane recepty recepty marketingowe i reguły gry rynkowej – to się chwali… Ale czy to ma sens – a jeśli tak, to jaki?
Podsumowując zatem – gdybym miał coś doradzić, gorąco sugerowałbym Puzyńskiej definitywną i nader szybką (w trybie alarmowym) ewakuację z Lipowa, póki nie jest za późno. Do innego klimatu, innego pejzażu, innych dekoracji i nowych didaskaliów… Pora byłaby na dobrą zmianę. Ale coś mi mówi (dokładnie: kilka aluzji w ósmym tomiszczu lipowskiej sagi), że Puzyńska kotwicy nie podniesie… Chyba się nie mylę, mniemając, że na przykład duże potencjalne możliwości kontynuowania intrygi w nowej odsłonie tkwią we wprowadzonym do opowiadania osiłkowatym Dawidzie – synu Teresy, nieszczęśliwie wybyłej z tego świata ostatniej i jedynej miłości komisarz Klementyny Kopp? I tylko w celu zaczepienia wątków został on wstawiony w tryby narracyjne „Czarnych narcyzów”? Jak ma być, tak będzie… Tylko niech pani, droga pani Katarzyno, nie przesadza z tą szarlotką z kruszonką mamy Podgórskiej. To żaden cymes. Pani wpadnie w wolnej chwili – spróbujemy jabłecznika mojej żony albo pewnej przyjaciółki naszej rodziny… Zapraszam.
Tomasz Sas
(13 06 2017)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *