Portret wisielca

9 lipca 2016

Marcin Wroński
Portret wisielca
Wydawnictwo WAB, Warszawa 2016

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Co to znaczy – wpaść w kabałę…

Znów (po raz ósmy zresztą) za sprawą Marcina Wrońskiego mamy okoliczność obcować z funkcjonariuszem Policji Państwowej Zygmuntem Maciejewskim. Tym razem w służbie jak najbardziej – w stopniu podkomisarza ku chwale ojczyzny i satysfakcji obywateli Lublina roku pańskiego jakby trzydziestego któregoś (wieku XX…); dokładnie nie wiemy, bo Wroński myli tropy i czasy, by większą dynamikę dziejów uzyskać… Wolno mu przecież, bo nie jest to wykład ani esej podlegający rygorom naukowym (a historia niewątpliwie nauką jest, aczkolwiek bywa też traktowana jako narzędzie uprawiania polityki czy zgoła malleus maleficarum).
Podlega natomiast „Portret wisielca” reżimowi sprawnego opowiadania i dzięki tej podległości ośmielam się mniemać, że ósma Maciejewskiada jest najlepszą z dotąd wydanych. Nie tylko w komparatystyce wewnętrznej, czyli Wroński do Wrońskiego, ale obiektywnie. Ba, to już wyższa półka!
Eksponując na wstępie to mniemanie, pozwolę sobie wyznać, że dotąd nie ceniłem jakoś szczególnie Wrońskiego. Ot, sprawny rzemieślnik, w snuciu intryg biegły i pracowity, dodatkowo upiększający teksty historycznym sztafażem (wymagającym solidnej bazy danych i upierdliwej kwerendy…). A że Lublin akurat? Ależ bardzo proszę… Może Krajewski penetrować ostępy dziejów Breslau i Lwowa, może Białas eksplorować sosnowieckie zagłębie, może Szwechłowicz czarować na popruskim Pomorzu, w Krynicy lub zgoła Babimojszczyźnie? Mogą, byle nie z obrazą dla zdrowego rozsądku, podstawowych faktów – a i genius loci niech nie poczuje się sponiewierany… Więc ten Lublin z przyległościami (aż po Zamość…) niech tam sobie będzie (i tak nic nie zweryfikuję, a miasto pamiętam słabo z paru krótkich wizyt przed laty).
Z dorobku Wrońskiego wyróżniało mi się osobliwie jeno „Haiti” – za ten wspaniale uchwycony klimat dekadencji wczesnych lat 50., kiedy to wymierający przedwojenny świat bezetów, niepogodzonych i ewidentnych „jurodiwych” cichaczem zarażał budowniczych zrębów nowego ustroju, strażników bezpieczeństwa, hycli moralności socjalistycznej. Zarażał niepodległą innością, mieszczańskimi przymiotami – i na koniec zdefasonował. A Wroński to dostrzegł – jako jeden z nielicznych piszących o tej epoce, i to taki, który z natury rzeczy (spójrzcie na datę urodzenia…) nie może mieć nijakich osobistych doświadczeń ani wspomnień. Chwalebnie…
Generalnie zatem przyjąć można, że to ów historyczny sztafaż trochę zamaskował i trochę ratował solenną nudę tudzież mielizny narracji naszego autora. W „Portrecie wisielca” już takich funkcji nie pełni… Za to jest pełnoprawnym uczestnikiem kryminalno-obyczajowo-politycznej intrygi. Trudno bowiem sobie wyobrazić w innych warunkach podobny konflikt… Oto dwaj teologowie – kabalista i profesor jeszybotu Chajmej Lublin (Mędrców Lublina – wyższej uczelni rabinackiej) oraz biblista z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – chcą dać Polsce nową Pierwszą Księgę, tłumaczoną nie z łaciny, lecz bezpośrednio z hebrajskiego i aramejskiego. Wciągają swych najlepszych studentów do spółki, lecz gorliwość poznawcza młodzieńców (połączona skądinąd z wybuchową sytuacją polityczną – w jesziwie bunt studentów o podłożu doktrynalno-ekonomicznym tudzież antyhierarchicznym, na KUL-u antysemickie, endecko-oenerowskie awanturnictwo korporantów…) prowadzi wprost do złożenia ofiar… Obaj młodzi: samobójstwa – kto wie, może nieco przymuszone. Bezcenna księga kabalistyczna „Zohar”: płonie, szantażysta erotyczny: zdemaskowany i ocalony, jego ofiara: wykluczona. Obaj uczeni – takoż… Komisarz: spada z konia… Tylko Cwajgowej przybyło dwieście złotych, a przodownik Fałniewicz uratował swą służbową dupę…
Historycyzacja intrygi wreszcie nie jest zabiegiem sztucznym. Wroński dowiódł, że potrafi utrzymać narrację w ryzach dzięki postępowi w dziele doskonalenia własnych umiejętności fabularnych. Przeto śledzenie tzw. ciągu dalszego naszego umiłowanego wydaje mi się przedsięwzięciem nad wyraz obiecującym. Jeśli Maciejewski nie wypadnie z siodła na kolejnym zakręcie Historii i utrzyma wodze. Wierzę bowiem (na kredyt nieco…), że najlepsze wciąż przed nami.
Tomasz Sas
(9 07 2016)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *