Ostatni pisarz

31 marca 2025

Marek Krajewski 
Ostatni pisarz
Wydawnictwo Znak, Kraków 2024

Rekomendacja: 2/7
Ocena okładki: 3/5

Na tropie tożsamości, czyli trubadur
w oktagonie

Międzygatunkowa wędrówka autora w poszukiwaniu nowej nyży, w której można by się umościć i karierę bez perturbacji kontynuować – trwa. I dzieje się coraz bardziej nerwowo tudzież chaotycznie. Nawet jeśli ruchy są zaplanowane, wyglądają źle, zgoła desperacko – a rezultaty są marne; słowo „wątpliwe” wydaje się tu być najmniej dobitne, podyktowane wrodzoną łagodnością, wręcz dobrodusznością… Żeby nie było – moją – nie jego. Marek Krajewski – filolog klasyczny, filozof i wzięty pisarz – swą dotychczasową karierę na gruncie prozy gatunkowej zawdzięcza dwóm fenomenalnym kreacjom literackim z nurtu kryminału retro, rekonstrukcyjnego (choć fikcyjnego co do treści, ale w zdumiewająco realistycznych, dopracowanych w najdrobniejszym szczególe dekoracjach oraz okolicznościach przyrody). Obie te kreacje to nietuzinkowi funkcjonariusze policji kryminalnej – figury nieledwie symboliczne, skonstruowane z samych nieoczywistości i bez mała na granicy normy.

Miasto Wrocław – a w zasadzie Breslau, bo tak się ono nazywało w epoce, którą Krajewski obrał za decorum swej literackiej, jak dotąd najlepszej, kreacji – reprezentował herr kriminalrat Eberhard Mock. Miasto Lwów zaś uosabiał komisarz policji Edward Popielski. W sumie dwadzieścia sześć powieści – dokładnie po trzynaście dla każdego… Obaj panowie to figury osobliwe, ekstremalnie (jak na potencjał tolerancji w tamtej epoce) pokręcone, a nawet ześwirowane, dotknięte przypadłościami, które dziś zakwalifikowano by jako krańcowe nieregularności psychologiczne – dewiacje zgoła – i to dewiacje notowane w katalogach schorzeń psychicznych, a na pewno obecne na listach okoliczności wykluczających zatrudnienie w policji. Obu panów w oczach zwierzchności ratowała doprawdy niepospolita skuteczność operacyjna (a to już z woli samego kreatora, który swym bohaterom nadał nadludzkie niemal przymioty detektywistyczne).

Obaj panowie padli ofiarą znanego w fizyce i mechanice stosowanej zjawiska, definiowanego jako zmęczenie materiału… W połączeniu z nieuchronną korozją… W tym pierwszym przypadku zmęczenie mogło być rezultatem długotrwale cyklicznie (lub randomowo) zmieniających się naprężeń (gdy się zgina dziób pingwina), albo stałego, długotrwałego obciążenia, albo również długotrwałego przenoszenia energii kinetycznej dzięki zjawisku tarcia (lub redukcji tegoż tarcia – w łożysku na przykład). W każdym razie wysiłek sprzyja zmęczeniu: nity wypadają, śruby się wykręcają, haki ścinają, podpory się gną, a grawitacja w rezultacie i tak wszystko spłaszcza. Do tego erozja i jej nienażarta córeczka – korozja. Nawet wykuci ze spiżu herosi literatury walczącej z przestępczością mają swoją wytrzymałość graniczną – wbrew poniekąd woli autorów. Bo najpierw się opatrzą publiczności, a gdy autor upierdliwie upiera się przy swoim – stają się ofiarami mechanizmów rynkowych (w najlepszym wypadku; w najgorszym: morderczej zmowy wydawców) albo autorskiego uwiądu… Czyżby zatem droselklapa została tandetnie zablindowana i teraz ryksztosuje? Nic z tych rzeczy – Krajewski jest fachurą co się zowie, a standardową robótkę kryminalną mógłby wykonać dzięki samej pamięci mięśniowej – bez nadmiernego angażowania intelektu. Stało się coś innego…

Mock i Popielski (aczkolwiek niczego tu nie przesądzamy – zwłaszcza efektownej paraboli na orbicie powrotnej) stali ofiarami rozprzestrzeniającej się w uniwersum Krajewskiego zarazy niemocy, nudy, intelektualnej dyskontynuacji, prokrastynacji zgoła. Czyli innymi słowy: zmęczenia materiału… Bo to Krajewski się zmęczył, a instynkt samozachowawczy podpowiedział mu ucieczkę – jedyny rzekomo sposób wyzwolenia się z okowów rzemieślniczej rutyny i profesjonalnej poprawności. Co robi zmęczony autor, którego wszelako silnie motywuje przeświadczenie, iż z czegoś żyć trzeba? Autor szparuje dutki na koncie i rusza w drogę – na poszukiwanie nowego losu, nowej perspektywy intelektualnej, nowych szans i możliwości. Po drodze oczywiście podejmuje próby załatwienia swego egzystencjalnego problemu przy pomocy przygodnych pomysłów, natrafionych przypadkiem. Najpierw uczynił z Popielskiego – kryminalnego łapsa pierwszej klasy – agenta II Oddziału Sztabu Generalnego, czyli funkcjonariusza wywiadu, uwijającego się na cichych frontach od strony sowieckiej, a potem współpracującego z samym majorem Janem Henrykiem Żychoniem (uwaga – postać autentyczna!) z referatu „Zachód”. Dobrze poszło, ale zdechło – bo jak długo można udawać, że Abwehra to idioci?

Porzuciwszy (ale chyba nie definitywnie?) Popielskiego i Mocka autor Krajewski udał się w całkiem egzotyczne rewiry. A to spenetrował dość szczelnie zamknięte i słabo rozpoznane enklawy żydowskiej społeczności austriackiego Krakowa przed wojną (pierwszą – ma się rozumieć…) w niezłej „Demonomachii”, a to sprowadził na świat prozy sensacyjnej niejaką „Ostrą” – pierwszą w swym portfolio bohaterkę (niestety, wbrew tytułowi, pod każdym względem potrzebnym w prozie kryminalnej tępą jak niegdysiejsza żyleta rawa „krwawa” lux) spoza męskiego światka i do tego całkiem współczesną. Ale za żadnym z tych ekscesów nie poszedł w kontynuacyjny trop, przynajmniej na razie – jakby autor nie poczuł mocy przeznaczenia… Za to wybrał trzecią drogę – przyznam, że w przypadku Krajewskiego najmniej przeze mnie oczekiwaną – czyli dystopijną (ostatnio dystopia dominuje bezwyjątkowo – nikt już nie pisze optymistycznych utopii, nienaznaczonych piętnem upadku, entropii czy zagłady…) powieść z gatunku science fiction czy futurologicznej fantasy…

Tekst „Ostatni pisarz” to mikstura wielce osobliwa – w całości trudna do przyswojenia, choć być może jej części składowe byłyby z osobna całkiem strawne. No cóż – miał to być wytrawny i wytworny, nawet wyrafinowany koktajl, ale wymieszano go łopatą (symboliczną, lecz niezbyt czystą…) i całości już nie mogły uratować ani wielobarwne oliwki, ani wermut z nutą sanskrytu. Główna anegdota konstrukcyjna całej fabuły wydaje się łatwa do opowiedzenia – ale to złudzenie. Bezspornym wydaje się tylko mniemanie, iż historia jest to kryminalna, albowiem nieboszczyków, zainstalowanych w toku narracji jest sporo – i to zainstalowanych w sposób gwałtowny, z decydującym udziałem zbrodniczego sprawcy lub sprawców.

A poza tym – wszystko możliwe… Krajewski bowiem – mocą swej wyobraźni, a w zasadzie niczym nieokiełznanej fantazji – zbudował osobliwe uniwersum, w jakim (jego zdaniem) znajdziemy się za jakieś pół wieku. Z okładem – to znaczy, że my, współcześni czytelnicy jego dzieła, raczej nie dożyjemy okazji konfrontacji pisarskiej wizji z rzeczywistością. I dobrze – bo świat wymyślony przez Krajewskiego wydaje się nie do życia. Pominąwszy może niektóre fantazje erotyczne autora – jak na przykład młodociane i bezpruderyjne Azjatki na wrocławskich ulicach, odziane tylko w stringi i szpilki… Ale kto ma biologiczne szanse dożycia do czasów opisywanych przez Krajewskiego, niech się raczej nie nastawia na wizję pisarza – ponure to i bez sensu, choć technologicznie… Szybkie podziemne pociągi w aerotunelach mogą być, podobnie jak inteligentne okularo-komputero-komunikatory, czyli (przepraszam za słowo podatne na ironiczne skojarzenia) smartaje.

Istota wizji Krajewskiego na czym innym jednak polega (i na czym innym się skupia), niż sterowany przez sztuczną inteligencję postęp technologiczny. Całego universum Krajewskiego odtwarzać nie zamierzamy – poprzestańmy na tym, co i on sam uznał za istotne. A ta istota to zwyczaje, obyczaje i nowe techniki, wyrafinowane i wysublimowane, komunikowania się, procesów poznania i nabywania satysfakcji epistemologicznej. Innymi słowy: co ich tam (nasze późne wnuczęta za pięćdziesiąt lat) miało bawić, wzruszać, rozwijać.

W tym wymiarze Krajewski dokonał swoistego przewrotu fabularnego. Zostawił na boku postęp technologiczny i jego konsekwencje – za to zbudował wielce osobliwy świat rozrywki intelektualnej: coś w rodzaju subsaharyjskiej kultury griotów (względnie średniowiecznej kultury wędrownych truwerów, trubadurów – a może achajskich pasterzy, zabawianych przy wieczornych ogniskach przez opowiadaczy dziejów bogów i herosów). W każdym razie sprawa polega na relokacji literatury ze strefy słowa pisanego i czytanego do strefy słowa mówionego – jakby literatura stała się jednym wielkim stand-upem, widowiskiem dla anafabetów przeżywanym zbiorowo i turniejowo… Bo w tym świecie twórcy opowieści fabularnych stają w szranki z innymi twórcami, recytując swe teksty z pamięci, na żywo. Powstają całe szkoły tworzenia zajmujących narracji i jednoczesnego ich opowiadania na estradzie. To tak, jakby pisarze stawali ze swymi tekstami do turniejów walk w klatce, w oktagonie. Literatura stała się domeną solonarratorów (sensy tej nazwy rozszyfrujecie bez wysiłku) uprawiających logomachię, czyli turnieje narracyjne, z grubsza rzecz biorąc. Czyli w zasadzie żywe słowo, bliższe teatrowi czy estradzie (może nawet z elementami sztuki cyrkowej) niż księgarni lub bibliotece.

Osobliwa to koncepcja ewolucji literatury – a Krajewski pożenił ją dodatkowo ze zjawiskiem tzw. sztucznej inteligencji. Oczywiście szczegółów intrygi nie zdradzamy, wszak mamy umowę… Wydaje się nam wszakże, iż pomysł Krajewskiego, jak urządzić po nowemu literaturę – czyli świat słowa w wyobraźni – to zwodnicza aberracja, trop jałowy i zatkany. Ale co tam – pisarzowi wolno; granice zdrowego rozsądku przecież nie są i nie mogą żadną być przeszkodą. A czytelnik? Cóż, jeśli nie dorasta, to tylko jego wina, nieprawdaż? Poczyniwszy to zastrzeżenie, pozwalam sobie mniemać, iż „Ostatni pisarz” to tekst nudny, pomyślany tyle o ile, a w zasadzie zbędny i nieciekawy. Nie tędy droga, panie Marku. Co od lektury odstręczać nie powinno. Lektura bowiem to misterium, w którym zdrowy rozsądek odgrywa minimalne znaczenie.

Tomasz Sas
(31 03 2025)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *